Witaj! Logowanie Rejestracja
ŚMIERĆ W BIBLIOTECE albo Najbardziej Brutalni - Kibice z Księgarni!



the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
11-10-2020, 20:36 #521
Wszyscy czekali, na to co się wydarzy. We mnie się gotowało. Myślałem, że eksploduję. Gdy dotarli na skrzyżowanie na Warwick Road, firma Chelsea, odbiła w Chester Road. Akurat tam gdzie ja czekałem. Szli środkiem ulicy, a ich główne twarze, maszerowały z czoła, rzucając groźne spojrzenia, na lewo i prawo. Tacy byli rozbujani, że nawet nie przycięli mnie, stojącego tam zboku, za barierką w cieniu. Na prawo od nich.
Przeskoczyłem przez tą barierkę. Ich chłopaki na froncie, byli tak skoncentrowani, że nawet mnie nie przylukali, a ci którzy mnie widzieli, musieli chyba pomyśleć, że jestem jednym z nich, kto dołącza do grupy, bo byłem tam sam jeden. Nie mogli się bardziej mylić.
Po drugiej stronie ulicy, wokół przystanku autobusowego, zgromadziła się firma United. Od kopa, namierzyli tą bandę Chelsea, która się oddzieliła i teraz rozgrzewali się tam, przygotowując się na ich przyjęcie. Cockneys zatrzymali się, by przemyśleć swój następny ruch i to był moment, abym i ja wykonał swój ruch. Z prawaśki zajebbałem pierwszemu lepszemu, który mnie mijał. Chłopisko zaliczył glebę momentalnie. Podbiegłem na początek i tam odesłałem na spanie, kolejnego.
United ruszył, Chelsea zaczęła zdoopcać. Wskoczyłem z powrotem za barierę, żeby nie zostać stratowanym przez naszych chłopaków w szarży. Dołączyłem, do mojego ziomka, Mally'go. Złapaliśmy pierwszy autobus do miasta i śmialiśmy się całą drogę.

* * *

CZASAMI JEDNAK MENTALNOŚĆ, którą wyniosłem z lat siedemdziesiątych, nie pomagała wcale. Gdy wyskoczyłem z puszki, moja psychika, była rozwinięta na tym samym poziomie, jak kiedy mnie wciągnęli. Wciąż byłem pjerdolnięty jak Kapelusznik. Graliśmy z Evertonem u siebie i zamiast pokręcić się po mieście, pojechałem od razu pod stadion, zobaczyć, co się będzie działo. To byli Scousersi i chciałem się do nich dobrać bardzo, ale nie było na to szans. Widziałem kilku naszych chłopaków, ale dało się wyczuć, że coś jest nie tak. Nie potrafiłem jednak rozkminić, co.
Scousersi stali na Scoreboard End, a ja skończyłem na United Road. Wszystko wyglądało jakoś dziwnie. Byłem ulicznikiem. Zawsze potrafiłem przeczytać tłum. Jaki tam panuje nastrój. Ale teraz, wszystko wyglądało inaczej. Inne ubiory, inne twarze, inne sygnały. Wciąż jednak wydawało mi się, że do czegoś dojdzie pod stadionem i zamierzałem w tym wziąć udział.
Po meczu, trzymali Scousersów na sektorze, a ja wyszedłem, z moim ziomkiem Lil'Desem. Cały czas mówiłem: "Right. Zróbmy tak.","Chodźmy tam." A Dessie cały czas kręcił głową i powtarzał: "Nie. Nie. To się już zmieniło." Rozglądałem się dookoła. Gdzie jest nasza Firma? Gdzie są chłopaki? Nie mogłem dostrzec nikogo. "Dobra." Mówie: "Chodźmy na stację United Road. Wszyscy tam będą." A Dessie tylko kręci głową: "Nie nikogo tam nie będzie." Łaził za mną, bo wiedział, że ja nie bardzo kumam, co jest trąfem i bal się, że się mogę zgubić. Wmaszerowałem na stację ciągnąc go za sobą. Staliśmy na peronie. Oprócz nas było tam tylko kilku zwykłych fanów. Do tego czasu, Scousersi musieli już zostać wypuszczani i eskortowani na Warwick Road Station , a to oznaczało, że mogli być w każdym z nadjeżdżających pociągów. Podjechał pierwszy, Dobity jak chooj fanami United.
-Dobra. Wbijamy do następnego!
-Nie, ty czubie. Scousersi w nim będą!
-Poważnie, koorwa?
Ci zwykli fani, co tam byli, też raczej, nie zamierzali wsiadać, do podjeżdżającego pociągu. Wiedzieli, że powinni, wsiąść w ten wcześniejszy. Wycofali się w stronę schodów. Ja tymczasem, byłem we własnym świecie.
-Wsiadamy do tego i jedziemy nim do miasta. Otworzyłem drzwi, postawiłem nogę na stopniu i strzeliłem w mordę pierwszego z brzegu.
-Come on! You scouse cunts!!
Wyskoczyłem z powrotem na peron i flankowany przez Little Dessie'go poszedłem w długą, jako że innego wyjścia nie było. Kilkunastu z nich, biegło tuż za nami,dysząc żądzą naszej krwi. W szpagatach wyskoczyliśmy ze stacji i pamiętam, że myślałem wtedy: "Koorwa, rzeczywiście. Już nie jest tak jak kiedyś." Myślałem gorączkowo: "Tak dłużej nie może być. Gdzie są do chooja wszyscy?!" I mówię do Dessie'go: "Right. Nie zamierzam ,tego przeżywać nigdy więcej. Zamierzam coś z tym zrobić. Już niedługo"

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-10-2020, 21:14 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.


the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
12-10-2020, 12:57 #522
* * *

MŁODSZE CHŁOPAKI od nas, wkrótce przekonali się, kim jestem. To nie zajęło dużo czasu. Tacy kolesie jak bliźniacy Gallagher (Zbieżność nazwisk chyba przypadkowa. W Stanach, jest dwóch baseballistów, co wyglądają jak bliźniacy i tak samo mają na imię i na nazwisko. I nie są spokrewnieni. Nie jednemu kibicowi wis.. Burek. - dop.tłum.), czy Hotshot, oni robili dokładnie to samo, co ja, gdy byłem w ich wieku. Starsze chłopaki, siedzą i knują, a młodzi biegają i kręcą tym wszystkim. Nazywaliśmy ich 'Young Uns' (Coś pomiędzy Młode Strzelby, a Żółtodzioby. Tak ja to widzę. Taka jest moja koncepcja. - dop.tłum.).Z czasem wysunąłem się na czoło, bo byłem tym, na którego patrzono. Starałem się być na czele, mieć nad tym kontrolę. I z czasem do tego doprowadziłem. Nie zamierzałem, mieć nikogo nad sobą. Kogoś, kto by mi mówil, co mam robić. Odpowiadało mi to jak najbardziej, bo byłem pewny tego, co chciałem zrobić. Czasami ludzie narzucają swoje opinie. Czasami, nie jesteś w stanie zapanować nad najebbanym tłumem, który złapał korbę w momencie. Ale 9, na 10 razy, gdy przewodziłem tłumowi, oni szli za mną i robili to, co im mówiłem, bo chcieli to robić. Większość polegało na mnie. Zostawiali cały ten biznes mi, a sami mogli się napić browara. Oczywiście, kilka roczników przegapiłem. I kilka nowych twarzy, próbowało się przebić. Wyrobić sobie markę. Nie miałem z tym żadnych problemów. Czasami rzeczy układały się nie po myśli. Ale to również nie był problem. Spytajcie Napoleona.
Nigdy nie mieliśmy nazwy swojego gangu. Niektórzy z nas, przedstawiali się jako InterCity Jibbers, ale było to oczywiście, z przymrużeniem oka. Nigdy nie mieliśmy zebrania, jak inne ekipy, w sprawie wyboru właściwiej nazwy. To jakaś patologia. Na jakim świecie ci ludzie żyją. Chodźcie będziemy Headhunters. Albo chodźcie będziemy się nazywać Baby Squad. Albo Soul Crew. Ja pjerdolę! Nie ma żadnej Soul Crew, bo tu nie ma żadnego rytmu. To jakaś dziecinada. Ekipy, które wymyślają sobie nazwy, chcą w ten sposób zaznaczyć swoją obecność, dać o sobie znać. Nie potrafią tego zrobić, własnymi pięściami i butami, więc cóż im pozostaje? Nam nigdy nie zależało, by osiągnąć rozgłos w ten sposób. Przez 30 lat byliśmy frontierą tego całego cyrku i przez 30 lat, żaden z nas nie napisał książki. Ta jest pierwsza. Nikt nie miał czasu na spisywanie wspomnień. Wszyscy wciąż byli zajęci napjerdalanką.
Dlaczego ci ludzie, najpierw kogoś nadoopcają, a później rozsypują wizytówki nad pobitymi? Kto to wymyślił? No chyba jakiś cięźki debil. Zabawa dobra dla gówniarzy. Ktoś leży w kałuży krwi, skopany do nieprzytomności przez bandę szakali, z wizytówką przyklejoną, do rozwalonego łba. Taka była ich mentalność.

* * *

DWANAŚCIE MIESIĘCY PO wyjściu z więzienia, ohajtałem się. Z Debbie. Biedna dziewczyna, nie miała pojęcia o mojej przeszłości. Nigdy nie robiłem z tego tajemnicy, ale też nigdy tego nie reklamowałem . Nie byłem normalny, wiem. Ale co tak naprawdę jest normą? Złapałem bakcyla, będąc jeszcze glutem i ten bakcyl, wciąż tkwił we mnie. Nie zmieniłem się ani na jotę.
W naszą pierwszą rocznicę, wypadły derby i obiecałem Debbie, że będę na 7. w domu. Wpierw, była gorąca dyskusja i ostatecznie, zaakceptowałem jej nieprzekraczalne ultimatum czasowe. To był naprawdę przełomowy moment w moim życiu. Zamierzam kontynuować jak do tej pory, czy wreszcie zacznę słuchać i coś zrobię ze sobą? Gdybym przegapił derby, byłby to początek końca ,mojej kariery okołofutbolowej. Zgodziłem się na kompromis. Zgodziłem się być z powrotem na siódmą, bo chciałem uniknąć stanu wojennego na chacie. Patrząc wstecz, nie wyobrażałem sobie, żebym gdzieś w środku awanti, spojrzał na zegarek i "Oho! W pół do siódmej. Sorki chłopaki, muszę się zrywać!" Ale tak wtedy myślałem.
Jak zwykle, to były zwykłe derby. Awantury z rana. Awantury pod stadionem. Awantury na stadionie i na mieście, po meczu. Z baru do baru. Polowanie na City, luźnymi watahami. Skończyłem, prowadząc atak na Rose's Bar w centrum miasta. Ktoś dał cynę, że City tam jest. Zbiegliśmy w dół ulicy. Potem pod ten lokal i oni tam byli. Zostali rozpizgani. Krzesła i stoliki, leciały na nich gradem,by ostatecznie odebrać im ochotę do konfrontacji z nami. Zobaczyłem Sully'go. Kibica City, którego znam. Wyciągnąłem go z pod butów naszych lads (nie po raz pierwszy) . Musiałem to zrobić, bo to był chłopak, ze starej szkoły. Nie mogłem pozwolić, żeby go tam zaorali. To byłoby przegięcie pyty.
To był mój ostatni wyczyn tego wieczoru. Wciąż jednak, gdy stanąłem na wycieczce, przed moimi drzwiami, na zegarku była 22.30. Nie chciało być inaczej. Dodatkowo, taszczyłem, najebbanego kumpla i udawałem, że sam, nie jestem najebbany. Do drzwi pukałem, cichutko jak myszka. Drzwi się otworzyły i stała tam kobieta we łzach. "Kochanie! Wszystko będzie w porządku. Zakładaj suknię i idziemy do klubu. Przecież wróciłem, tak jak obiecałem." Ja próbuję ustać prosto, a ona rzuca się na stolik przed lusterkiem, zanosząc się ciężkim szlochem. Nic już nie mogłem zrobić, ani powiedzieć, by naprawić tą sytuację, więc obróciłem się na pięcie i poszedłem do pubu, po drugiej stronie ulicy, a stamtąd do klubu. Wyszedłem o 4.30 rano.

* * *

W 1984, WYLOSOWALIŚMY Juventus, w Pucharze Zdobywców Pucharu. Zdecydowałem, że uderzam w szaloną podróż, bo zbyt długo siedziałem w zamknięciu. Potrzebowałem powrócić na szlak. Czternastu z nas, wyposażonych w jakieś bułgarskie (Lewe. - dop.tłum) karty kredytowe, udało się na wycieczkę. Plan przewidywał: chlanie i zabawę. Spotkaliśmy się w piątek, w porze kolacji i wyruszyliśmy do Harwich (Port w pobliżu Manchesteru. - dop.tłum.) .Nie była to z pewnością najkrótsza trasa. Tam zdecydowałem, że powinniśmy wsiąść, na 26 godzinny prom do Szwecji, płynący przez noc. Pomysł najbardziej pojebbany z możliwych. Uwierzcie, nie jest się łatwo zaokrętować na takim statku, bez biletu. Ale jakoś przepychając się i robiąc mnóstwo zamieszania, udało nam się wyminąć kontrolerów sprawdzających miejscówki. Na takim promie, wszyscy mają kabiny. To znaczy wszyscy ci, którzy wykupili miejscówki. W dzień, jednak nie ma problemu. Oszyliśmy sklep bezcłowy. Alkoholu mieliśmy akurat na tyle, by podtrzymać nas przy życiu. No i polały się bronki, sytuacja zaczynała stawać się coraz bardziej chaotyczna. Poszliśmy na dicho. Żadne laski, nie były zainteresowane nami, w takim stanie, więc najebbaliśmy się jeszcze bardziej. Paru chłopaków wyszło się odlać i wrócili z torbą pieniędzy, wytarganą z jakiejś kabiny. Było wśród nas, paru zwykłych kibiców, takich co to: "Nie. Ja nie mogę. To jest kradzież." Ale pozostali nie mieli takich skrupułów. Torba znalazła się u jednego z Januszy, ale ochrona z promu, zaczęła się nami interesować. Byliśmy jedynymi na promie, którzy leżeli na różnych pokładach, pod barami, więc Sherlocka Holmesa, nie było wzywać potrzeby. Wiedzieliśmy, że z rana, gdy przybijemy do nabrzeża, będą problemy, ale naszym jokerem w talii, naszym asem z rękawa, był Tommy i jego ziomek, którzy wyglądali na zbyt porządnych, by podróżować w naszej wesołej kompanii. Jak po nocy, przychodzi dzień, tak wszyscy, zostaliśmy zatrzymani przez policję i celników, po przybyciu do portu. Wszyscy, oprócz Tommy'iego i jego funfla. To było, jak gwiazdka z nieba pod choinkę. Jedynym problemem, były te trefne karty kredytowe, które niektórzy z nas, wciąż mieli przy sobie. Próbowano je skitrać, jednak dwie osoby zaliczyły wpadkę i w kajdankach, oraz w towarzystwie szwedzkich psów, wróciły na prom. Reszta ryszyła na tour po bankomatach, z których wytyraliśmy tysiące funtów (Chyba w szwedzkich koronach. - dop.tłum.) i o 17.30, z torbą gotowizny zajumaną na promie, wtryniliśmy się do pociągu, do Danii.
Wysiedliśmy w jakimś popieprzonym miasteczku w Szwecji. Gdzieś w połowie drogi, do punktu docelowego. Znaleźliśmy tam wielką restaurację, czy bar. Wbiliśmy tam i już wtedy pajnta browara, kosztowała 5£, więc lewe plastiki, znów dostały po piśdzie. Tam prawie nikogo nie było, ale i tak wjechaliśmy tam z typowym brytyjskim nastawieniem: "Jesteśmy u siebie!". Mieliśmy tam zostać, tylko na jedną kolejkę. Zanim dopiliśmy nasze drinki, przykleiły się jakieś szwedzkie świnki, więc właściciel karty kredytowej, która już została zaakceptowana, zdecydował, że zostajemy na jeszcze jedną kolejkę. Piętnaście minut później, całe miejsce tętniło zabawą, a sufit w lokalu, podskakiwał w rytm głośników. Na parkiecie bawił się tłum chłopaków i dziewczyn. Piwo, drinki i pot po doopie barmana, płynęły strumieniami. Nikt w ciągu jednego wieczoru, nie miał skierowanych na siebie, więcej palców wskazujących, niż nasz dobroczyńca , właściciel kredytówki. "Sześć piw! Na tamtego gościa!", "Dla mnie cztery podwójne JD's! Na rachunek tamtego typa!". Nie było temu końca. O 1.30 zawlekliśmy jednego typa, by podpisał rachunek. Nie wiedział, jakie nazwisko było na karcie. Wogóle nie wiedział, że coś podpisuje. Ale barman się tylko uśmiechał i wszystko było gitara. Potem poprowadziliśmy 60 osobowego węża, angielsko-szwedzkiego, przez całe miasto. Wchodząc do innej knajpy, która już zamykała, tańcząc tam na stolikach, wychodząc tylnymi drzwiami.

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-10-2020, 13:24 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
12-10-2020, 17:07 #523
Skończyliśmy na stacji, śpiąc na peronie, z torbami pod głowami. O 5.30, przyjechał pierwszy pociąg. Nie interesowało nas dokąd jedzie. Po prostu wsiedliśmy do niego i poszliśmy spać. W pewnej chwili, pojawił się kanar, domagając się okazania biletów. Powiedzieliśmy mu, żeby się odpjerdolił się i poszliśmy dalej spać.
Obudziłem się z pyskiem owczarka alzackiego, tuż przy mojej twarzy i z patrolem policji, stojącym za nim i trzymającym go luźno na smyczy. Farmazony, kręcenie makaronu na uszy. Niewiele mogliśmy wskórać. Policjanci stwierdzili, że nie możemy kupić biletów, bo na peronie nie ma inspektora. Kanar chciał nam je sprzedać, chyba za pięciokrotną cenę, plus jeszcze władować konkretne kary. Skończyło się tym, że otworzyliśmy torbę z promu, odliczyliśmy żądaną sumę i wyrównaliśmy wszystko.
Ostatecznie dojechaliśmy do Turynu, przez Paryż, gdzie sytuacja zrobiła się niewesoła, bo przy wymeldowywaniu się z hotelu, karty kredytowe zaczęły padać i musieliśmy się stamtąd, ewakuowć w podskokach. Ścigani przez obsługę. Musieliśmy się ukryć na budowie i spać tam, aż do rana. W restauracjach, jedliśmy, tak szybko, jak tylko się dało, nie będąc pewnym, czy plastiki zadziałałają. Jeden od nas, spotkał nawet potem, amerykańskiego pisarza, Billa Bulforda, który podążał za fanami United, robiąc researching, do swojej nowej książki "Among the thugs". Oto fragment, który możecie tam znaleźć:

Jedna osoba z innej grupy, pokazała mi mapę, z zaznaczoną niebieskim długopisem, pokonaną do tej pory trasą. Z Manchesteru, przez Londyn, Sztokholm, Hamburg, Frankfurt, Lyon, Marsylię, aż tutaj. Nie do końca, było to odzwierciedleniem Grand Tour, podejmowanych przez młodych ludzi z szacowanych rodów, w XVIII i XIX stuleciu. Wszystkich jedynastu, ta podróż kosztowała 7£. Słownie: siedem funtów.7 funtów w plecy, teraz dopiero zrozumiałem ich priorytety. Powiedzieli mi, że niczego nie zrozumiałem. Że jak będą wracać, tą będą do przodu.

Tak to wtedy właśnie wyglądało. Jedź z pustymi kieszeniami, obejrzy mecz i wróć z kradzioną torbą, wypchaną skradzionymi fantami.
Znałem Turyn, z mojej poprzedniej wizyty. Wylądowaliśmy na dworcu kolejowym, wcześnie z rana,jak za dawnych czasów. Szybko nabyliśmy kilka tych ogromnych butli wina, po 75 pensów za sztukę. Smakowało jak ocet, ale po paru pierwszych, byliśmy gotowi, wyruszyć w drogę.
Zatrzymaliśmy się w takim mini-parku, na przeciwko dworca i czym wyżej było słonko, on the blue Italian sky, tym więcej Czerwonych, zbierało się, na tym skwerku. Wielkie butle z tymi kwasami, padały jedna za drugą i po pewnym czasie, cała okolica, wypełniła się tańczącymi i śpiewającymi fanami Czerwonych. Policja musiała zamknąć ulice dojazdowe.
Prawdopodobnie przez zatrucie tym wińskiem, nie pamiętam, jak dotarliśmy na stadion. Nie pamiętam, że szliśmy, a potem, wbiliśmy w tramwajkę. Kompletnie żeśmy się pogubili i odłączyliśmy się od głównej ekipy. Skończyło się tak, że nie poszliśmy na sektor United, tylko wbiliśmy gdzie indziej. Wylądowaliśmy na głównej trybunie, ale to nic, bo i tak nie mieliśmy biletów. Staliśmy tam i śpiewaliśmy. United prowadził. Wydaje mi się, że strzeliliśmy bramkę i awansowaliśmy, ale gra się jeszcze nie skończyła. Wyskakiwaliśmy na ogrodzenie, jak pjerdolnięci. United, był po przeciwległej stronie i widzieliśmy, że cały mecz, są bombardowani przeróżnymi pociskami. To nie było w porządku.


Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-10-2020, 17:13 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
13-10-2020, 12:46 #524
Gdy Juve wyrównało, zrobiło nam się niedobrze. Zeszliśmy do prawego narożnika trybuny i zaczęły lecieć na nas różne przedmioty zza bramki. Chroniło nas ogrodzenie, ale i tak byliśmy najebbani i podkoorwialiśmy ich, jeszcze bardziej. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z niebezpieczeństwa. To nie był stadion. To była jama niedźwiedzia.
Mecz się skończył. Może byłem najebbany, ale na tyle przytomny, żeby pamiętać, żeby nie wychodzić od razu. Powstrzymałem też innych. Zamiast tego poszliśmy na przeciwległą trybunę i tamtędy wyszliśmy na zewnątrz, unikając zasadzki. Pod stadionem panowała atmosfera nienawiści. Włosi to przeskoorwysyny. Potną cię, podźgają nożami. Główna ekipa United, byla trzymana na sektorze, a potem konkretna nasza banda, wyszła na zewnątrz. Szukaliśmy ich, ale nie mogliśmy do nich dołączyć, bo byliśmy między Włochami. Później doszły nas słuchy, że nasi poszli do centrum. Namierzyli tam jakichś Włochów i pojechali z nimi. Potem poszli na stację i od nowa jazda. Wszyscy trzymali się razem i zaliczyli dobry fajcik. Wszyscy byli zadowoleni z siebie.
Moja rada jest taka. Nigdy nie jedźcie do Turynu i nie włóczcie się wieczorem przed i po meczu, na ulicach. Jedźcie razem i trzymajcie się razem, bo każda osoba na skuterze, może robić za obczajkę dla jakiejś większej grupy. To jest bardzo niebezpieczne miejsce, podobnie, jak większość dużych miast we Włoszech. Dziś jest tak samo, a może nawet gorzej. Musisz mieć oczy, dookoła głowy.

* * *

Gdy stałem się kimś, kogo słuchano w firmie, moje życie zmieniło się, w ciągłe: "Co robimy? Gdzie idziemy? Co teraz?". Byłem stale pod presją i zdarzało mi się podejmować błędne decyzje. Środowy mecz w Pucharze Ligi, na Tottenhamie, to była jedna z największych awantur. Jako, że mecz był wieczorem, w środku tygodnia, nie przyjechało nas tylu, co zwykle, z Manchesteru, ale mieliśmy dobre wsparcie Cockneys. 150 ekipy od nas, niewielka banda, jak na nasze standardy, po meczu, przeszła przez skrzyżowanie, no i się zaczęło.
Bijatyka sprawiła, że staliśmy się atrakcją wieczoru, przyciągając Yids z wszystkich stron. Z najdalszych zakątków północnego Londynu. Po przejściu jakichś 50 jardów, nasza liczba, spadła dramatycznie, do około 40 głów. Reszta, po prostu spjerdololiła w ciemną noc. Walki jeszcze nie osiągnęły jakiegoś mega-ciężkiego stadium, ale oni widzieli, co się zbliża i woleli się ztlenić. Nie mieli na to ochoty. Byłem z paroma małolatami z Manchesteru, z Robertem z Peckham (Płd. Londyn -dop.tłum.), jego braciakiem i paroma innymi. Poszliśmy dalej, w górę ulicy i Spurs byli przed nami, po bokach i za nami. Nie dało się już zrobić kroku, w żadnym kierunku. Doskakiwali do nas ze wszystkich stron i mimo, że póki co, trzymaliśmy ich na dystans, wydawało mi się, że nie mamy szans tego przeżyć. Dotarliśmy do miejsca, z którego już naprawdę nie mogliśmy się ruszyć i kazałem wszystkim z naszej grupy, żeby się zatrzymali i stanęli plecami do ściany. Tak, by nie mogli nas otoczyć. Psy próbowały powstrzymać część z nich, ale większość ruszyła na nas. My, 40 rozbójników, próbowaliśmy się obronić na przestrzeni jakichś 15 stóp. Paru młodszych chłopaków, skitrało się za mną i zdjęci przerażeniem, złapali się za poły mojego płaszcza. Gdy Żydy zaczęli atakować z obu stron, tych dwóch pojebbanych małolatów za moimi plecami, zaczęło wymachiwać mną jak tarczą. Mieliłem piąchami, jak oszalały, aż moje łapy zrobiły się ciężkie, jak z ołowiu, ale nie mogłem skrócić dystansu, bo tych dwóch idiotów, trzymało się mojego płaszcza i tylko wydzierali się piszcząc panicznie: "Tony O'Neill!! Tony O'Neill!!" Przestałem liczyć petardy, jakie przyjąłem na twarz. Porządnych haymakerów. Ale pracowałem łapskami, jak dobrze nakręcona machina do napjerdalania. Jakiś jebbnięty Yid, zanurkował mi pod ramię i z potężnym zamachem, wypłacił mi sierpa. Razy dwa, razy trzy, razy cztery. Nim skończył, już następny podpiął mnie z boku. Głowa, odskakiwała mi we wszystkie strony bezładnie. Stałem na nogach, tylko dzięki tym dzieciakom, które zdążyły mi już potargać płaszcz, od kołnierza po pas, obracając mną, w kierunku nadlatujących strzałów . Nie miałem siły stawiać oporu. Powoli wytracałem świadomość. Psy nie były zbytnio pomocne. Wielu z nich, po prostu aresztowało pierwszą z brzegu osobę, by mieć powód, żeby się stamtąd zwiatrować.
Musieliśmy iść dalej. Z niewielką pomocą policji, udało nam się wyrwać stamtąd i zaczęliśmy się przemieszczać wzdłuż drogi. Poprowadziłem naszą grupę, w boczną uliczkę, bo chciałem nas zabrać z głównej drogi . Tam nadzialiśmy się, na ekipę czarnych dzieciaków. Uciekając przed potopem, schroniliśmy się do piekła. Rzucili się na nas i musieliśmy zdoopcać z powrotem na High Road. Było coraz gorzej.
Ostatecznie dotarliśmy na stację metra Tottenham Hale. (Prawie jak Tottenham Hell. Smile - dop. tłum.) Pobici, skopani, ale wciąż razem. Wiedzieliśmy, że na Seven Sisters Road, nigdy nie mieliśmy widoków dotrzeć (Tottenhamem Hale, to jedna stacja wcześniej, lub dalej. Zależy, czy ktoś jedzie do, czy z miasta.-dop.tłum.) Wejście na stację, do upragnionego sanktuarium, mieliśmy już w zasięgu wzroku, ale jeden konny policjant, w całej swej bezmyślności, zablokował je bestią, na której siedział. Yids wciąż nas napjerdalali, jako że pozostałych trzech policjantów, cała nasza obstawa, stanowili dla nich, niewielką przeszkodę. Ktoś w końcu w akcie desperacji, przemknął pomiędzy końskimi kopytami do hallu stacji metra. Reszta już miała naprawdę dosyć, bycia masakrowanym na ulicy i wszyscy poszli w ślady tamtego desperado, mykając dwójkami i trójkami, pod końskim brzuchem. Nigdy nie dowiedziałem się, o co chodziło, temu psu na koniu, ale nie mieliśmy wyjścia, z tymi wszystkimi bandziorami na karku.
Udało nam się jakoś przetrwać na peronie. Nie mieliśmy żadnych większych obrażeń. W końcu nadjechał pociąg i wylądowaliśmy w okolicach dworca Kings Cross St.Pancrac's . Mecz skończył się dawno temu. Był taki pociąg 00.30, do Manchesteru i w niego, żeśmy celowali. Myśleliśmy, że to koniec naszych problemów. Wystarczająco, jak na jeden wieczór. Staliśmy za remizą strażacką na Euston. Ale Spurs też tam byli. Przyatakowali z bocznej uliczki, lecąc na nas z rympałami. Wiedzieli dobrze, że prędzej, czy później, musimy się pojawić na Euston. Próbowaliśmy ich powstrzymać, ale ostatecznie, zdoopcaliśmy na dworzec kolejowy. Tam było więcej policji. Co za dzień? Co za noc? Więc dla wszystkich tych, którzy twierdzą, że United uważa się za takich, co to nigdy nie dostali wpjerdol,oświadczam: DOSTALI. I to przy wielu okazjach. Ale co z tego?

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-10-2020, 12:56 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
13-10-2020, 18:49 #525
Rozdział XII

THE I.C.F
DUŻE, ZORGANIZOWANE EKIPY. O to chodziło, w latach 80tych. My mieliśmy największą. Największą ze wszystkich. Man. Utd., był jedynym zespołem, gdzie na każdym wyjeździe, meldowały się chłopaki. To mogło być parę stów (Trzeba pamiętać, że w j. angielskim, słowo couple oznacza, zarówno kilka, jak i parę, czyli dwa. Tak jak dwa buty, to dla Anglika para, tak i dwie stówy, to może być też parę stów. You know what I mean, yn'yt? - dop.tłum.), mogło też być i więcej. Byliśmy jedynymi, którzy mogli to o sobie powiedzieć. Nawet psy mogą to potwierdzić. Duża ekipa, często kolidowała, z itencjami, bo trudno się nie rzucać w oczy, jak jesteś konkretną bandą. Zwłaszcza, że policyjne oczy, zaczęły się wpatrywać w tłum, znacznie uważniej niż kiedyś. Wielu, więc odbijało na samym początku i kitrało się w pubie, by uniknąć policyjnych prześladowań. Problem z United był taki, że chętnych do awantury było mnóstwo. Zjeżdżali się z różnych miejsc i nikomu nie można było, powiedzieć: "Spjerdalaj!", bo byliśmy jedną, wielką rodziną. Nie tworzyliśmy żadnych elitystycznych klik.
Ale inni, tak. Najlepszym przykładem, jest InterCity Firm, West Ham United (kolejna idiotyczna nazwa ekipy). Dbająca o swoją reputację. Byli nietykalni. Nikt nie miał startu do nich. Potrafili zdruzgotać przeciwników, bez wyprowadzenia, jednego ciosu. Mniejsze ekipy, zdoopcały na sam ich widok, nie chcąc się przekonać, jak ciężkie są pięści twardzieli z tego heavy weight mob, z East Endu. Ale między nami, swoją reputacją, jakoś nie potrafili skruszyć lodów. (Jak to?? Hicky Hickmott z Chelsea pisał, że oni są jak lody na patyku. Ice-Cream Firm. Lubią stopnieć, gdy się robi gorąco.-dop. tłum.) My dorastaliśmy siejąc postrach i grozę, na stadionach w całym kraju. Tacy żeśmy się urodzili. Znaliśmy ich arogancję i kozactwo, ale wiedzieliśmy, że bez sprzętu w łapach, już tak ostro nie wiraszą. Dla mnie to była najlepsza wskazówka, że nie są wcale tacy dobrzy, na jakich próbują się lansować.
W styczniu 1983 roku, podczas mojej odsiadki, West Ham, przywózł na Old Trafford, ekipę, którą wielu określało jako, najlepsza banda przyjezdnych, z angielskiego klubu, w historii Czerwonych Diabłów. Przyjechali wcześnie pociągiem, w trzy-cztery stówy i Cass Penant, wraz z trzema dychami innych, na 10 minut przed meczem, wbił na paddok, od strony United Road i zaliczył tam krótkie starcie, po czym, wyjechali stamtąd na butach. To wydarzenie, stało się niemal kamieniem węgielnym, pod budowę ich monolitycznej legendy. W której, tak naprawdę, nic nie trzyma się kupy. Przede wszystkim, w tamtym okresie, nasza główna ekipa, siedziała na A, B, C i na K Stand. Nie na paddoku. Po co było iść na United Road, skoro tam nie było naszych chłopaków. Po drugie. Co się stało z nimi po meczu. Zerwali się, jak zwykle. Wyjść wcześniej. Rzucić czymś, krzyknąć i spjerdalać, zanim pojawi się główna ekipa United i rozdoopcy ich w pył. To była ich taktyka. I oni dobrze o tym wiedzą.
Chelsea twierdzi, że oni też dokonali podobnej sztuki. Twierdzą że w 250 głów, wyszli wcześniej ze Scoreboard End, bo pewnie mieli dość, tekturowych kubków z moczem, rzucanych na nich z trybuny powyżej i poszli na Stretford End, który jak twierdzą, zajęli. Cytując słowa Steve'a "Hicky'ego" Hickmott'a, z jego książki Armed For the Match: "Cały Stretford End wydoopcał, gdy wpadliśmy tam, z okrzykiem wojennym.", oraz, że: "Cały United, wystartował w powietrze, unoszony myślą techniczną Chelsea." Hicky. Całe odszkodowanie, które dostałeś, za te trzy lata niesłusznej odsiadki, powinieneś przeznaczyć na Fundację Old Boys United, za te farmazony, co żeś w tej swojej książce o nas powypisywał. Jak wpadnę kiedyś do pubu" Psie Jaja" w Tajlandii (Właścicielem, chyba nie był Hicky, który niedawno rozstał się z tym światem, Rest in peace Blue Hero, tylko inny kibic Chelsea. - dop.tłum.), spodziewam się darmowego browca przez cały dzień i chętnie, wysłucham twojej pełnej wersji, tamtych wydarzeń. Lepiej, żebyś miał świadków, którzy potwierdzają twoją relację, bo mi, nie udało się znaleźć żadnego. Jeśli jest chociaż, delikatny cień prawdy w tej bajkowej historii, powiedz mi jedną rzecz. Jak to możliwe, że wychodząc po schodach, ze Scoreboard End, nie poszliście na górę, na K Stand, skąd rzucano w was moczem, przez cały mecz? To chyba nie było, dla was tajemnicą, że tam jest nasza ekipa. Ale wy dobrze wiecie dlaczego tam nie poszliście. To byłby koniec waszej drogocennej reputacji.
I.C.F była taka sama. Po raz kolejny, nie potrafili zrobić, tego, co zrobić powinni. Przyjechać w porze otwarcia pubów. Rozłożyć się w kilku lokalach w centrum i czekać na wszelkich chętnych napastników. Wiedzą, że byśmy tam na nich czekali gotowi. Co więc robią? To co zwykle. Nie robią nic. Przyjad na Piccadilly. Hurabura. Jakieś szarpaniny. Multum psów. Mega policjyjna eskorta. Wyjazd z centrum, prosto na stadion.
Cztery dni po meczu w Turynie, graliśmy z West Ham u siebie. Miałem przy sobie CS gaz. Nowość w tamtych czasach. Cały czas miałem go w kieszeni. Spodziewaliśmy się, że znów pojawią się pociągiem i cała London Road i podjazd na Piccadilly, od góry do dołu, był zajebbany United. Wszyscy, kręcili się od 10.30 ,wokół pubów, sklepów i na Flipperach. Nie wiem jak inni, ale ja miałem przemożną chęć, żeby ich skubnąć.
Poszła cyna, że wjechał pociąg, z którego wysiadło 150, prowadzonych przez Billa Gardnera. Przed stacją, tylko kilku policjantów, stało na posterunku. Większość przebywała w hali dworca, by zaopiekować się przyjezdnymi. Nie mogliśmy się powstrzymać i ruszyliśmy po podjeździe do wejścia. Ja oczywiście z czoła. Drzwi otworzyły się szeroko i wpierw wyszło kilku policjantów. Jeden z posem na smyczy. Nie zdawałem sobie sprawy, że smycz jest dosyć długa, tylko pozwijana. W trzy sekundy Scooby-Doo, skoczył mi na konstrukcję. Pjerdolona wonderbeast , chciała mnie zagryżć. Potargał mi koszulę i zaczął przeżuwać moją skórę na karku. Dopiero wtedy paru Dibble, rzuciło się na mnie. Mniej więcej w tym samym czasie, reszta ich kolegów, zepchnęła ekipę United z podjazdu.
Pomimo, że tam się wyrywałem, widziałem jak wyprowadzają West Ham. Ani przez chwilę, nie próbowali się wymknąć, z pod kontroli, w poszukiwaniu atrakcji. Gardner szedł na przedzie. Wielki kloc. Stali między policjantami, otoczeni policyjnymi sukami, czekali na wolną drogę, na przemarsz. Był taki moment, gdzieś w połowie, gdzie cała ich ekipa, zatrzymała się i zbiła się w kupę, bo nie byli pewni, czy coś tam przed nimi, na nich nie czeka. Ta banda szła tylko tam, gdzie prowadziła ich policja.
Pozwólcie, że jeszcze raz, posłużę się książką Billa Buforda "Among The Thugs". Przeczytajcie sobie, jak to wyglądało jego oczami.

Szli w trzech kolumnach. Gdy dotarli do High Street, zatrzymali się, pozostając w formacjach. Na ich czele, stał dość wysoki gość, z potężnymi barami. Coś koło 35 lat. To był Bill Gardner. Stał tam oparty, z założonymi rękoma, wspierając się jedną nogą o mur. Obok, stali jego leutlanci. Ramiona skrzyżowane na piersiach. Lekki rozkrok. Czekają. Wszyscy nosili ubrania w podobnym stylu. Jeansy, skurzane rozpięte kurtki, t-shirty. Wielu z nich miało, podobne blizny na twarzy. Wykrzywione w łuk, typowe dla ran, zadanych nóżem. Stali i czekali, aż policja, oczyści przed nimi drogę.

Akurat to urocze cameo przegapiłem, bo byłem w tym czasie, wrzucany, na tył policyjnego vana. Próbowałem gdzieś upchać w siedzenie ten CS gaz, ale musiała spaść zatyczka, jako, że moje oczy, natychmiast zaczęły łzawić i przełyk zaczął mnie palić, jak skoorwysyn. Gdy wytoczyłem się na zewnątrz, na Bootle Street Police Station, byłem skopany, pogryziony przez psa i zagazowany. Musieli zawieźć mnie na oględziny do szpitala, po których i tak zostałem wrzucony do celi, na Bootle Street.
Obudził mnie policjant, który wcielił się tego dnia, w rolę dobrego gliniarza. "A co my tu mamy?“ i pokazuje mi ten miotacz gazu. "To chyba twoje?"
Było około 17.30, a drutnęli mnie gdzieś, w pół do dwunastej. Nic wcześniej, nie było o tym mowy i być może, dopiero teraz to znaleźli, ale nie mogą mi już tego przybić.
-Nie mam pojęcia, o co ci chodzi człowieku.
-Nielegalne posiadanie czegoś takiego, jest równoznaczne, z nielegalnym posiadaniem broni palnej. - Tak powiedział. Po przyjacielsku. Jak kumpel kumplowi. Myślał, że się przypucuję. Debil.
O 18.00, przedstawiono mi zarzuty i zostałem zwolniony. Czekał na mnie Derek Whittaker i razem uderzyliśmy do pubu. Na rozprawie, nie przyznałem się do agresywnego zachowania. Co mnie wyjebbało z butów, to to, że policjant, który mnie aresztował, wogóle pominął w swoich zeznaniach fakt, że zanim mnie skręcono, zostałem zaatakowany przez jego psa służbowego. Po przeciągających się prawniczych przepyhankach,prorok i wszyscy zgodzili się w końcu, na rok w zawiasach.

Caution! WET PAINT



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
14-10-2020, 12:10 #526
50 str. do końca książki.-dop.tłum.

* * *

W 1985, graliśmy z West Ham, w ćwierćfinale Pucharu Anglii. Na tym wyjeździe, I.C.F, towarzyszyła ekipa reporterów z kamerą i fragmenty, znalazły się w filmie dokumentym, zatytuowanym "Hooligan". Przynajmniej raz, na taśmie filmowej, znalazł się dowód, na ich "niepokonane gówno".
Wszyscy po raz kolejny, stawili się u nas na to spotkanie. Ja sam dotarłem do miasta, około 11. i wokół Piccadilly Gardens, już zdążyły zebrać się tłumy. Nagle coś, gdzieś się wydarzyło i cały United, ruszył do szturmu, jak armia zombies, wybudzona z letargu. Ja ścigałem jakichś typów z West Ham, pod Woolworth'sem. Zobaczyliśmy jak psy mielą Jeff'a Lewisa koło przystanku, bo właśnie miał przyjemność, kogoś znokautować,więc wszyscy ruszyliśmy w tamtym kierunku. Wszyscy zaczęli się tłoczyć, napierać i domagać się zwolnienia Jeff'a, który przecież, "świadki widziały", został zaatakowany i tylko próbował się bronić. Przestraszony policjant, nie miał innego wyjścia. Musiał go puścić.
Potem ktoś dostał w zęby, na Piccadilly Gardens i Dibble złapał kogoś z West Ham . Nasi chcieli lać obu. I psa i tego Cockney'a, ale ich powstrzymałem. Ja i mały Mally Russell, który wogóle nie umie się bić i nie potrafiłby walczyć nawet o swoje życie, skończyliśmy, ścigając jeszcze paru, z tyłu za Yates's Wine Lodge. Miałem na celowniku jednego chłopa, ale go gdzieś zgubiłem. Za chwilę patrzę, a on skrada się z powrotem, skubaniutki. Tu cię mam. Teraz on mnie nie widział. Podbiłem i wypłaciłem mu lepę w ucho. I znów się zerwał. Pobiegłem i skończyło się pościgiem, za kilkoma, przez Plac Stephensona. Za mną biegła ekipa United. Ekipa West Ham przede mną , nie zamierzała się zatrzymać. Nie mogłem ich dogonić, więc ja się zatrzymałem. Dysząc jak pies, oparłem łapy na kolanach. I nagle jebb! W tył głowy. Pierwszy z United, który mnie dogonił, myślał, że jestem, ostatnim z West Ham i zapjerdolił mi w łeb, na poprawienie kondychy. No myślałem, że mnie chooj strzeli.
-Sorki! Naprawdę, sorry. - mamrotał przeprosiny zakłopotany.
Takie rzeczy się zdarzają. Wróciłem z powrotem, w okolice Piccadilly. Wciąż nie spotkaliśmy ich All Stars team i krążyła fama, że przyjechali bardzo wcześnie i przeszli, gdy na mieście prawie jeszcze nikogo nie było.
Mówię więc: "Dobra. Wszyscy tu są! Pomyślmy gdzie oni mogą być. Chodźmy tam. Znajdźmy ich. I rozpjerdolmy." Wiedzieliśmy, że nie ma ich na mieście, bo do tej pory, zostaliby już namierzeni. Rozpoczęliśmy więc nasz marsz. Zlokalizowaliśmy ich w Bull's Head, na Chester Road. Prawie pod stadionem. Typowa I.C.F. Kilka mil od miejsca akcji. Wyszliśmy z centrum i przeszliśmy pod Mancunian Way. Szliśmy przez osiedla. Sama firma, same chłopaki. Ale były nas setki. (Ja pjerdolę. Wejź tu się nie rzucaj w oczy. Dobrze ktoś powiedział, że oni powinni sobie założyć własną "organizacje" i bić się między sobą. - dop. tłum.) Przeszliśmy przez park, w boczną uliczkę i Bull's Head, mieliśmy w zasięgu wzroku. Policja stała na końcu ulicy, ale przy nas, nie było nikogo. Podbiegliśmy tą boczną uliczką, pomiędzy mundurowymi. Ci z West Ham, co stali na rogu, spalili wroty, od kopa do pubu. Tak szybko, jak tylko się dało. Im bliżej byliśmy pubu, tym więcej funkcjonariuszy z wyciągniętymi pałami, pojawiało się na naszej drodze. Odgrodzili nas od pubu, solidnym kordonem. West Ham siedział bezpieczny w środku. Nie wyskoczyli nawet na zewnątrz się pokazać. (Może wstyd im było. - dop.tłum.)
Ewentualnie, odeskortowano ich stamtąd. Pomaszerowali w dół ulicy. Wciąż podążaliśmy za nimi. Skracając, dotarliśmy przed nimi, na skrzyżowanie, pod innym pubem, Northumberland. Z osiedla wychodziły nas dosłownie rzesze. Prawdziwy tłum szedł przez wysypisko. Bill Gardner wyłonił się z grupy i wraz z czterema, swoimi przybocznymi, ruszył w naszym kierunku, przechodząc przez jezdnię,gdy tam wyłaniały się kolejne nasze szeregi. Pewnie myślał, że psy go zaraz zhaltują i wciągną ich z powrotem za kordon. Nie wiem, czy się ździwili. Chyba tak , bo Dibble, zostawił ich samych. Paru naszych chłopaków było tuż obok i ich atak skoncentrował się oczywiście na przywódcy ICF. Bill szybko wyłapał,że jest error i prędko podreptał z powrotem w okolicę swojej firmy.
Prześladowaliśmy ich, aż pod sam stadion, co zarejestrowała kamera, będącej z nimi ekipy filmowej. Skończyło się jednak tym, że sami byliśmy prześladowani przez policję i nie mogliśmy się dorwać do nich. Straszna szkoda. To było dla nich spore wydarzenie, ćwierćfinał FA Cup i gdy dochodziliśmy pod stadion, cały ich pociąg, był eskortowany z Warwick Road. Teraz już byli w pełnym składzie i muszę im oddać sprawiedliwość, że podjęli prężną próbę i pod bramkami, starcia wybuchały non stop.
Jednego nie mogłem zrozumieć. Byli tutaj, konkretną bandą na Scoreboard, mimo to, 10 minut przed końcem, Bill Gardner z J Stand, sygnalizuje swojej ekipie, że mają wychodzić. Dlaczego nie poczekali na koniec meczu i wszyscy razem nie uderzyli na United?Dlatego, bo wiedzieli, co by się wtedy stało. Wiedzieli, że United zaatakowałby Scoreboard End z dwóch stron i przy takim scenariuszu, Gardner nie miałby, nad tym kontroli. Mógłby wyłapać kilka klapsów na dziąsła, ponieważ jest znaną pośród nich twarzą. Więc wychodzą wcześniej ze stadionu i kogo mają przed sobą? Nikogo. Chłopaki, gdy zorientowali się, co się dzieje, chcieli się pozabijać, żeby ich dogonić. Gdzie oni idą?! Zdoopcają na stację! Zostawiają całą resztę West Ham, samą sobie. Ich priorytetem było, wyjść ekipą i dotrzeć bezpiecznie na Piccadilly. Jak nie, jak nie mieli z kim walczyć?
Gdy to się wszystko działało, dostateczna ilość United, zgromadziła się na zewnątrz, by ich zaatakować na rogu Chester Road. Wszystko to można zobaczyć na filmie dokumentalnym. To czego tam nie widać i o czym nie usłyszycie od nich, to spotkanie twarzą w twarz, Billa z Harrym the Dogiem . Znali się, bo spotkali się na MŚ w 82, w barze w Bilbao. Jako, że wokół sytuacja, nie układała się po ich myśli i większość gości, trzymała się już, za oklepane twarze, Gardner krzyknął w stronę Harry'ego: "Łuuooołł!! Może już wystarczy?!! Zabieraj ich stąd!!" Ciekawe, czy kiedykolwiek, napiszą o tym, w jakiejś ze swoich książek.

Kurcze pióro. Zawsze myślałem, że to po tym awanti, kolo z West Ham, udzielając wywiadu w pociągu, do filmu "Hooligan", po raz pierwszy użył terminu Men In Black, w stosunku do ekipy United (Kolejna "debilna" nazwa dla firmy). "Wtedy ci faceci w czerni, pojawili się dosłownie zewsząd. Nas było 300-400, a ich ciągle przybywało, ale to my ustaliliśmy wynik." Yyhmm. You wish. Widocznie mi się coś popieprzyło, jak temu rudemu, co udzielał wywiadu. Autor książki, chyba wie lepiej. - dop.tłum.

Caution! WET PAINT



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
14-10-2020, 17:04 #527
Pamiętam tamten dzień, gdy byłem jeszcze szczylem i widziałem tą dużą grupę Scousersów, idących do miasta. Wtedy uświadomiłem sobie, że w tej grze, chodzi o to, żeby wrócić na Piccadilly, w jednym kawałku. Dobra. Każda ekipa, może tego dokonać, jak wyjdzie 10 minut przed końcem. No, ale I.C.F, jeszcze tam nie dotarła. Zaliczyli nawet odjeżdżając jakieś, drobne sukcesy, bo niewielkie grupy od nas, czekały na nich, na różnych stacjach i nad niektórymi, mogli nawet zyskać przewagę. Kiedy ich pociąg, zatrzymał się na Deansgate, trochę United, wbiło się im tam na pokład. Gardner i jego ziomale, skoczyli na nich, machając ostro piąchami i chociaż United podjął tam jakąś próbę, nasze chłopaki musiały się wycofać pod zaciekłym naporem gości. Znów, jakiś tam rezultat dla nich. Udało im się to jednak, tylko dlatego, że wciąż umykali przed główną watahą. Gdy dotarli na Oxford Road, United było już tam tylu, że oni się bali wysiąść z pociągu. Pojechali, więc na Piccadilly i spjerdolili z miasta, razem ze swoją ekipą filmową.

* * *

ROK PÓŹNIEJ , przyszła nasza kolej, na złożenie im wizyty w Pucharze Anglii. Mecz miał być rozegrany w sobotę, ale dwa razy, ze względu na masakryczne, warunki atmosferyczne, był odwołowany w ostatniej chwili. Trzy dni z rzędu, wyczekiwałem na Piccadilly o 12. w południe, na prognozę pogody i panował koorewski mróz. Wreszcie, w środę, pogoda złagodziła się trochę i okrojonym składem, ze względu na perypetie z przekładaniem, wyruszyliśmy, na Upton Park. Na Euston, dojechaliśmy z opóźnieniem, więc bez żadnego zbędnego pjerdolenia, wbiliśmy do metra i pojechaliśmy na stadion. Wszystkich nas było z trzy paki. Dużą część stanowiły chłopaki z firmy, uzupełnione naszym cockney kontyngentem, ale było też z nami, całe mnóstwo zwykłych fanów.
Zatrzymaliśmy się na Plaistow, we wschodnim Londynie i z jakichś powodów, kilku chłopaków rzuciło hasło: "Chodźcie wysiadamy tutaj!" To był stały punkt programu, przy wyjazdach do Wschodniego Londynu. Ludzie wysiadający i wsiadający do metra, na jakichś dziwnych stacjach, kłucący się między sobą, gdzie powinniśmy wysiąść. Tym razem jechaliśmy spóźnieni i wiele osób nie widziało żadnego sensu w tym, żeby tam wysiadać.
-Wysiadamy!
-Nie! Nie wysiadajcie! Dokąd chcecie teraz koorwa iść?
Teraz jak tak pomyślę, to może to byli Cockney Reds, którzy chcieli, żeby wszyscy wysiedli, bo wiedzieli, że West Ham, gdzieś tam pije w okolicy (Łaał! Zajebbista organizacja, zwłaszcza na takim wyjeździe. Co na to Buckethead? Ty, kto to jest Buckethead? - dop.tłum.). Nie wiem. Jedno, co mogę powiedzieć, to to, że ani ja, ani nikt z głównych chłopaków, nic nie wiedział w tym temacie. My chcieliśmy jechać pod stadion. Jednak cała ta debata, zaowocowała tym, że coraz więcej osób zaczęło wysiadać i nawet ci zwykli kibice, którzy z oczywistych przyczyn, nie chcieli rozstawać się z ekipą, zapewniającą im względne bezpieczeństwo.
Nie byłem zbyt uszczęśliwiony, bo nie lubię takich nagłych, nieprzemyślanych posunięć. Jednak gdy większość, znalazła się na peronie, nie było już sensu się spierać. Z pewnością nikt z nas wychodząc tam po schodach, nie spodziewał się, że u góry będzie fight. Gdybym chociaż miał cień podejrzeń co do tego, na bank nie guzdrałbym się gdzieś w środku całej grupy.

Caution! WET PAINT



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
15-10-2020, 15:42 #528
Nie stałbym w kolejce do schodów ruchomych, tylko na samym początku, ustawiałbym chłopaków. Przygotowywał ich na rozjebbanie kogokolwiek, kto tam będzie na nas czekał.
Byłem dopiero w połowie schodów, gdy pierwsze osoby od nas, zaczęły przechodzić przez bramki. Dało się słyszeć głośny krzyk i było oczywiste, że tam u góry, już się zaczęło. West Ham czekał przed stacją, po drugiej stronie ulicy, uzbrojony po zęby. Tych paru pierwszych, co wyszło ze stacji, zostało trafionych, praktycznie wszystkim, co tylko mogło posłużyć, do zaatakowania przeciwnika. Dlatego tak ze szczegółami, buduję scenerię całego wydarzenia, żebyście mieli porównanie, czytając, co na temat tamtej awantury, zostało napisane w książce Cass'a Penanta, "Congratulations. You have just met the I.C.F". To nie była relacja Cass'a, tylko jakichś chłopaków od nich, którzy tam byli. Twierdzą tam mianowicie, że dostali cynę od jednego z Cockney Reds, że będziemy wysiadać na Plaistow i próbować, zaatakować jedną z ich głównych kuflotek, the Brit. Zorganizowali więc zasadzkę, czekając w dwóch innych pubach, w pobliżu stacji. W the Reglan i w the Vic. Gdy tylko zobaczyli pierwszych 20 Mancs, wychodzących ze stacji, ruszyli, żeby ich stłamsić i upchać z powrotem na stację, gdyż wiedzieli, że jak pozwolą nam wyjść wszystkim, będą mieli przejebbane. Autorzy tej relacji, stwierdzają też tam, że "Obie strony, były tam ze sprzętem." Ja mogę potwierdzić, że oni byli na bank. Mieli amoniak, kilofy, młotki, butelki, łopaty, siekiery i noże. Jakiś budowlaniec, wydawał im nawet narzędzia z vana. Żeby wszystko było jasne. Czy my kiedykolwiek jechaliśmy na wyjazd ze sprzętem? Nigdy. Wychowaliśmy się, walcząc na łapy. Po drugie. Połowa z nas, to byli zwykli kibice. Na pewno, nie żadni kombatanci. Po trzecie. Gdyby to było zaplanowane z naszej strony, to czy zaplanowalibyśmy to tak, żeby dać się złapać, na schodach ruchomych i w wyjściu ze stacji? Bylibyśmy tak głupi, żeby nonszalancko wleźć prosto w zasadzkę, której w takiej sytuacji, na bank byśmy oczekiwali? I wreszcie po czwarte. Przyjeżdżając pociągiem na Euston, gdzie było pełno psów, idąc na stację metra, gdzie również kręciła się policja i wsiadając prosto do pociągu, jaki sprzęt mogliśmy mieć przy sobie? Pilniczki do paznokci?
Później dowiedzieliśmy się, że pośród tych pierwszych, co zostali zaatakowani, zaraz po wyjściu ze stacji, był szesnastoletni kibic United. Został on pchnięty nożem kuchennym w klatkę piersiową. Rana była tak głęboka, że przebiła mu płuco. Gdy leżał krwawiąc na ziemi, dobiegli do niego i zaczęli go butować. Dopiero interwencja funkcjonariusza British Transport Police, położyła temu kres i prawdopodobnie, ocaliła mu życie. Wszyscy co tam byli, myśleli, że chłopak się przekręcił. Dopiero jakiś czas później, dowiedzieliśmy się, że przeżył, ale jest w stanie krytycznym. Innemu małolatowi, musieli założyć 20 szwów, na ranę ciętą policzka.
Nie mogliśmy się zorientować, co się tak naprawdę dzieje. Było ciemno. Skoorwysyński zamęt i wszyscy się pchali na górę na tych schodach. Udało mi się tam przedrzeć. Przeskoczyłem przez bramki do hallu biletowego. Od razu naświetlono mi sytuację, relacjonując w paru słowach o tym, że pierwsi od nas, co wyszli, zostali dobrze rozdoopceni przez ciężkozbrojnych. Wszyscy, albo się rozbiegli, albo cofnęli na stację. Nikt nie wiedział, co się teraz działo na zewnątrz. Następnie, gdy część z naszych była w hallu, otworzyły się oba skrzydła drzwi na stację i do środka zaczęły wlatywac pociski. Zacząłem nawoływać wszystkich i zaczęli podchodzić.
-Dawać koorwa tutaj!!
-Wszyscy koorwa!! Tutaj! Do mnie! Już!!
Nie było żadnego starcia. W zasadzie, to nawet nie widziałem jednej osoby z West Ham, ale cegły, kamienie i deski, leciały przez drzwi gęsto. Ludzie wpadali w panikę. Słychać było tylko jeden wrzask i łomot lecących pocisków. Mieli chyba tam zaparkowaną wywrotkę, którą porwali z pod złomowiska, gdzie czekała na rozładunek z rana. Było koorewsko ciemno. Udało nam się zamknąć te drzwi, żeby się jakoś przegrupować i żeby ludzie, przestali być bombardowani wszelakim tałatajstwem. Stało tam z nami trzech policjantów z BTP, kompletnie posranych. Mieli jednak na tyle przytomności umysłów, by zaryglować te drzwi od stacji. Słychać było, że West Ham na zewnątrz, próbuje je wyważyć butami.
Stałem teraz z czoła i zebrałem wszystkich wokół siebie. Po naszej prawej, były jeszcze jedne podwójne drzwi, tylko mniejsze. Podszedłem do nich z moim bratem i otworzyliśmy jedną połowę. Druga była zblokowana. Złapałem za połamany taboret, który musiał nadlecieć od strony straganów przed stacją i czekałem, aż West Ham pojawi się pod tymi drzwiami. Dzieciak przyblokował nogą te drzwi, zostawiając szparę, akurat na jedną osobę. Gdy tylko pojawiła się tam głowa któregoś z napastników waliłem resztką tego fikoła z całej pyty. Policjanci krzyczeli, że mamy zamknąć te drzwi, ale młodemu i mi, zbyt się to podobało, by przerywać sobie, taką zajebbistą zabawę. Bez nerwówy, na spokoju, kontrolowaliśmy całą sytuację. Robiliśmy to, nie tylko dla tych zwykłych kibiców, którzy byli z nami, ale również dla siebie.
Za każdym razem, gdy pjerdolnąłem któregoś, na zewnątrz, robiła się pustka. Co jakiś czas, zamykaliśmy te drzwi, a gdy otwieraliśmy je ponownie, oni znów tam byli. I znowu kilku z West Ham, miało nieprzyjemność, poznać gorszą połowę pana taboreta. Po takich trzech kolejkach mówię: "Right. Wychodzimy do nich." Nie wszystkim się to uśmiechało, ale ktoś musiał podjąć jakieś decyzje. Zaczęliśmy się przygotowywać, do otwarcia tych małych drzwi. Na zewnątrz, jakby się uspokoiło, ale wciąż atmosfera była pod wysokim napięciem.
Zebraliśmy się, a kiedy zaczęliśmy wychodzić, znów poleciał na nas grad pocisków. Po raz pierwszy doszło do zwarcia. Nie było tego za wiele. To było jak walka z jakimiś cieniami, czy fantomami. Było ciemno. W tych ciemnościach, trudno było rozeznać kto, jest kto. Nie mogliśmy zobaczyć, ilu ich jest. Nie widzieliśmy, czy idą ze sprzętem, a jeśli tak, to z jakim. Mogło ich być 20, ale równie dobrze mogło ich też być 200. Nie mogłem tego jednoznacznie stwierdzić. Co ja widziałem, to niewielka grupa w pobliżu, gdzie wszyscy byli uzbrojeni. Jeden z nich, pryskał amoniakiem z białego kontenera.
Skończyło się tak, że cofnęliśmy się na stację, ale oni nie weszli za nami. Nie byli zainteresowani, pomimo tych wszystkich przedłużek, które mieli w łapach. Zaryglowaliśmy z powrotem te drzwi. I wtedy nadszedł classic. Przez szparę w drzwiach, dostrzegłem, wielkiego typa z West Ham, machającego pachołkiem drogowym. Trzymał go nad głową i atakował drzwi. Złapałem za mojego wiernego fikoła, a dzieciak w ostatniej chwili, otworzył temu wielkiemu drzwi na oścież przed nosem. Chłop pewnie myślał, że ze swoim pachołkiem, odbije się od nich, więc możecie sobie wyobrazić, wyraz niedowierzania i przerażenia na jego twarzy, gdy zamiast się odbić, wpadł tam do nas, razem ze swoim stożkowatym, biało-pomarańczowym przyjacielem. Natychmiast do tej zakłopotanej dwójki, dołączyła połówka, mojego taboretu. Ztaboryzowałem ich konkretnie. Dzieciak prał jego kumpla. Gdyby nie strach, nie wiem, czy temu wielkiemu, udałoby się stamtąd zerwać, ale gdy zobaczył, że wszyscy rzucają się w jego kierunku, z automatu zrobił nawrotkę na glebie i na czworakach spjerdolił na zewnątrz.
Zabraliśmy się w końcu z Plaistow, bo ktokolwiek tam był na zewnątrz, też w końcu musiał stamtąd zdoopcać. To nie mogło trwać w nieskończoność. Dla niektórych, to było naprawdę, bardzo intensywne przeżycie, w temacie emocje, ale ja cieszyłem się z tego i całą dalszą drogę na stadion, byłem tym podekscytowany. Wszyscy też gadali o tym dzieciaku, który wyłapał kosę. Na stadionie, poszliśmy na krzesełka za bramką i siedzieliśmy tam, obok zwykłych fanów United. Nic się nie działo, przez cały mecz. Nie przepuścili na nas jednego ataku. Niektórzy fani United, wybiegli nawet na murawę, gdy United zdobył gola. Wypatrzyłem też, tego dużego z West Ham. Nie miał już swojego pachoła. Miał za to dobrze rozjebbany łeb. Wszyscy jego ziomale, pytali się co mu się stało i kierowali go w stronę punktu pierwszej pomocy medycznej. Po meczu West Ham, znów coś próbował, ale zostali rozgonieni, przez Mr.Grogan'a&Co. Mecz skończył się remisem, więc w następną sobotę, graliśmy z nimi powtórkę na OT. To co na nich czekało, możecie sobie wyobrazić. Nawet nie wykorzystali całej puli, przyznanych im biletów. Czy I.C.F się pokazała? Nie zamierzam sobie doopy zawracać, odpowiadaniem, na tak naiwne pytania.

Caution! WET PAINT



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
15-10-2020, 16:00 #529
* * *
JEDNO NIESŁAWNE STARCIE z West Ham, trafiło na nagłówki, większej ilości tytułów, niż wszystkie inne, razem wzięte. To było na promie przez kanał, 7. sierpnia 1986 roku. United grał przedsezonowy sparing z Ajaxem w Amsterdamie i West Ham, też miał mecz, gdzieś w Holandii. Około 20 z nich, zaokrętowało się na ten sam prom, wraz ze 150 Reds i rozpoczęły się wałki. West Ham "okopał" się w barze, na najwyższym pokładzie, a United przystąpił, do oblężenie ich twierdzy. Walki trwały ponad godzinę, co odbiło się szerokim echem, jako że kapitan statku, wydał rozkaz zawrócenia do Harwich. Ta awantura, mogła mieć wpływ, na wydłużenie zakazu gry w Europie, dla angielskich klubów, po tragedii na Hysel i parę osób, które były w nią zaangażowane, wyłapało później, dość surowe wyroki. Prokurator określił to potem, jako akt piractwa po środku mórz (To jest taki termin, chyba z prawa morskiego-tantamount to an act of piracy on high seas. - dop.tłum.).Trochę go chyba poniosło.
Nie było mnie tam, ale wspominam o tym, by ponownie skorygować pewien mit, a raczej parę mitów, stworzonych przez bajkopisarzy z WHU. Pierwszy, to to, że była to wiekopomna wiktoria, nad znienawidzonym wrogiem z Manchesteru. Drugi, to taki, cytuję z ich książki: "Naliczyliśmy 22 fanów United, opuszczających prom na noszach i byli też tacy, których zwożono po trapie, na wózkach inwalidzkich." Po pierwsze. To nie była to nasza, typowo chuligańska ekipa. Było tam mnóstwo zwykłych kibiców i Barmies, którzy jechali się napić i po prostu rozerwać. Owszem, czasem włączali się oni do walki, gdy byli dobrze najebbani, albo po prostu, w nastroju na mały rompel-strompel. Ale to z pewnością, nie była nasza firma. Pod żadnym względem. I po drugie, my potrafimy przyznać, że osiągnęliście tam dobry rezultat, ale pisanie o dwudziestu ofiarach transportowanych na noszach i wózkach inwalidzkich? Wy pjerdolący głupoty cockney-farmazoniarze! Wstyd, że ktoś kto to napisał, nazywa siebie wogóle chłopakiem i futbolowym chuliganem.
Little Dessie, był na pokładzie, zamierzając się wraz z grupą przyjaciół, rozkoszować urokami, holenderskiego lata.

Lil'Dess: Barmies siedzieli na dole, śpiewając i tankując. To były dla nich piękne dni. West Ham zachowywał się cicho. Jedyną ich szansą, było zgromadzić się na, jakiejś zamkniętej przestrzeni, więc poszli do tego baru na najwyższym pokładzie. Kiedy się zaczęło, ja i paru ziomków, którzy byliśmy trzeźwi, próbowaliśmy to powstrzymać. Jaki jest sens, napjerdalać się na promie? Krzyczeliśmy: "Jebbać to koorwa! Zostawcie. Zobaczymy się z nimi, jak dopłyniemy!" Ale nikt nas nie słuchał.
West Ham miał z pewnością świetną gatunkowo firmę. Nie ma co do tego, żadnych wątpliwości. Awanti było prima sort. W końcu Barmies zdali sobie sprawę, że sami sobie z nimi nie poradzą. Wtedy do akcji wkroczyliśmy my. Podbiegliśmy na górę, równoległymi schodami. Biegłem od czoła, z wężem strażackim, a szklanki odbijały się od mojej głowy. Ktoś odkręcił tego węża, ale nie mieliśmy pojęcia, że pompy, zasysają wodę prosto z morza. Ciśnienie było przeskoorwysyńskie. Uniosłem się w powietrze jak Marry Poppins (Jedna taka, co latała na parasolce, albo raczej pod nią, nad Londynem i śpiewała: "Chim, chimney chim! Chim, chimney, chim! Chim chim chee-roo! We hate this bastards in clarots and blue!" Wink - dop.tłum.).
Oni ponoć naliczyli ileś tam noszy i wózków inwalidzkich, na których transportowano naszych rannych, po przybyciu z powrotem do Harwich. Absolutna bzdura. What a bollocks! Oni spokojnie i po cichu, zeszli na ląd. Na brytyjską ziemię. My popłynęliśmy dalej i obejrzeliśmy meczyk naszej drużynki. Wcale nie musieli wysiadać. Tak zdecydowali. Widać nie uśmiechała im się dalsza podróż, w naszym towarzystwie. Mogę przysiądz z ręką na sercu, że wszyscy od nas, schodzili z promu na własnych nogach i nikt nie miał poważniejszych obrażeń. Jedynymi osobami skręconymi, byli Barmies. Bo byli barmy (rozwydrzeni, nie potrafiący się zachować. - dop.tłum.) i każdy z nich, miał kegę browara w brzuchu. Oglądać ich w akcji, to jest naprawdę ósmy cud świata.

The I.C.F wybroniła się tam, głównie dzięki zajęciu, strategicznej pozycji. Trudno się walczy z zaciętym oporem przeciwników, idąc pod górę . Próbowałem wiele razy i zawsze kończyło się obrażeniami. Po co jeszcze było doklejać do tego jakieś debilne, powymyślane historie? (To samo robił Millwall, gdy na początku l. 80, Chelsea na the Den, wjechała im dwukrotnie na sektor, na Cold Blow Lane, dwoma różnymi ekipami. Ekipa Babsa, radziła sobie całkiem nieźle, zanim wyjechała stamtąd na butach. Bushwackers rozpowiadali później, że wyrzucili sztuczną rękę Babsa na murawę. Bejoki zapomnieli, że nikt, nigdy Babsa z protezą nie widział. Pewnie zajebbali któremuś ze swoich dziadków, co mu niemiecka bomba urwała witę, żeby tylko nakręcić aferę. O ile wogóle była tam jakaś proteza na murawie. - dop.tłum.)

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-10-2020, 20:16 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
15-10-2020, 20:06 #530
Ostatecznie dokument "Hooligan", awantura na promie i policyjna operacja undercover, pod kryptonimem "Gol samobójczy" , położyły kres działalności I.C.F. Z tego co słyszałem, to część z ich decyzyjnych, zmieniła scenę chuligańską, na scenę klubową. W wielkim stylu. Inni zaczęli robić karierę w ochronie. Zawsze pozostaną w mojej pamięci, jako solidna ekipa. Potrafiąca się bić, ale podobnie jak Millwall i Scousersi, zawsze ubezpieczająca się sprzętem, z obawy przed porażką. Dla mnie zostać zrobionym, to był element tej zabawy. Tak długo jak dobrze się bawiliśmy.

Rozdział XIII

SCOUSERSI
ZACIEKŁA RYWALIZACJA , POMIĘDZY Manchesterem i Merseyside, została dość dobrze udokumentowana. Dla wielu kibiców, ta rywalizacja była nawet bardziej zawzięta na trybunach i poza nimi, niż na boiskach. Nie wiem skąd brało się to negatywne nastawienie, mieszkańców Liverpoolu do nas. Na pewno działał tu kompleks mniejszości. Nieważne ile sukcesów, zwłaszcza Liverpool FC, odnieślił na boiskach, a będąc szczerym, przez dekadę praktycznie, robili, co chcieli, my i tak byliśmy powszechnie uznawani za największy klub. Bardziej atrakcyjny, niż oni. I może nienawidzili nas dla tego, że poza boiskiem, zawsze byliśmy chętni, żeby się z nimi sprawdzić. Nawet u nich pod drzwiami.
Z naszego punktu widzenia, pomijając zazdrość, jaką z pewnością odczuwało wielu fanów United, patrząc na ich pękającą w szwach, gablotę z trofeami i obserwując ich, rozbijających się po Europie, myślę, że wynikało to, z tych ich wszystkich krzywych akcji. Chciałbym zobaczyć statystyki, wszystkich pociętych, podźganych nożami i obrabowanych przez Scousersów. Nie tylko z United, ale też z takich klubów jak Ipswich i nie tylko lads, ale też zwykłych kibiców i zwykłych ludzi, nie zainteresowanych wogóle futbolem. Dlatego nazywamy ich szkodnikami. Tu nie chodzi o ich zwykłych fanów, tylko o te drobne pasożyty, gnidy biegające z przedłużaczami. Wyszukiwarki ofiar. W Manchesterze, nigdy nie było czegoś takiego. Czasem, gdzieś można było usłyszeć, jakąś dziwną historię, że ktoś wyłapał kosę. Ale to należało do rzadkości. To co u nas było sensacją, u nich było codziennością Owszem, zdarzało się we wczesnych latach 70tych, że ktoś obskoczył wpjerdol, tylko dlatego, że miał barwy, ale tak było wtedy wszędzie. A gdy my jechaliśmy na wyjazd i okazywało się, że akurat jest jazda pod wozem, to my nie obskakiwaliśmy wpjerdol. My byliśmy masakrowani. I to sprawiło, że staliśmy się tym, czym byliśmy. Za każdym razem jak wyjeżdżałeś z miasta, mogłeś się spodziewać, że gdzieś tam na ciebie, czeka jakiś świr.

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-10-2020, 20:26 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
16-10-2020, 09:14 #531
Jedyny przypadek, o jakim ja słyszałem, że jakiś Scouser, został pochlastany przez nas, to był rewanż za wcześniejsze pocięcie chłopaka od nas. Graliśmy z Liverpoolem. W ciemnościach przedzieraliśmy się przez Scotland Road. Pedały, próbowali nas zajść od tyłu, zbiegając ze skarpy. Zrobiliśmy nawrotkę, sto osiemdziesiąt na łapie i kilku typów od nas z kosałkami, dopadło tam dwóch, którzy biegli z czoła. Trochę ich tam pozacinali. To miało takie trochę osobiste podłoże. Dwóch głównych sprawców miało swoje powody, żeby to zrobić. Oprócz tego jednego razu, nigdy więcej nie słyszałem, żeby jacyś kibice United, podróżowali na mecz ze sprzętem.
My nie chcieliśmy nikogo chlastać. Nie chodziło nam o to, żeby najebbać zwykłych fanów. Chcieliśmy ich ekipy. I o tym jest właśnie nasza historia. Ustalmy więc, niepodważalne fakty, mając na uwadze, selektywną pamięć Scousersów. Zaatakowaliśmy the Kop i dwukrotnie byliśmy na Kemlyn Road. Byliśmy też na Main Stand na Goodison Park.To są fakty. Zawsze ich testowaliśmy, jak żadna inna firma.
Wynająłem kiedyś autokar do Liverpoolu i poprowadziłem setkę United na trybunę Kemlyn Road. Weszliśmy kilka minut przed rozpoczęciem i trochę Scousersów, co byli na dole, wykazali się jajami i próbowali nam się postawić w korytarzach. Reszta od nas, co jeszcze nie zdążyła przejść przez bramki, przepchała się przez nie i Liverpool został wygoniony na górę. Podążyliśmy za nimi, oklepując kilku po drodze. Zanim dotarliśmy na samą górę,byłem już na samym przedzie i oni wszyscy wiedzieli już, że się zbliżamy . Sektor United, mieliśmy po prawej. Gdy tylko znalazłem się przy wejściu na trybunę, ktoś chlusnął mi wrzącą herbatą w twarz. Co mogłem zrobić? Nie było szans, żebym się cofnął, bo za mną napierała reszta, z siłą moreny lodowca. Ktoś wyprowadził strzała w moim kierunku, ale już linie miejscowych, zaczęły się sypać, jak zamki z piasku. Nic nas nie mogło zatrzymać. Liverpool powinien czekać na na dole. Wiedzieli, że mamy bilety na ich trybunę. Znają swoich koników, a oni znają naszych koni. Skąd niby mieliśmy te bilety. W tej branży, wszyscy kręcą ze wszystkimi. Gdy wpadły tam psy, wszyscy klapnęli sobie na fotelikach, z których wygoniliśmy Scousersów, ale policja nas otoczyła . Ale przynajmniej, byliśmy tam. Co jeszcze mogliśmy zrobić? Ich nie było tam, gdzie być powinni i nie zrobili tego, co do nich należało.
Dwadzieścia pięć minut od rozpoczęcia meczu, zeszliśmy na dół i wiedzieliśmy, że Scousersi, też się tam zjawią. Znali wynik. Byli tam oczywiście. "Wypjerdalać!" Taca na paje i wszystko co tam było, poleciało na nich (Paje, ang. pies, to tradycjna zagrycha na meczach. To są takie ciastka, ale nie z kremem. Z kurczakiem, albo z jakimś innym mięsem. Zależy, co tam auto akurat przejechało. Czasami z piwem, albo z pieczarkami. With mushrooms. - dop. tłum.). Skończyliśmy, siedząc na dole na krzesełkach, aż do końca przerwy. Wiedzieliśmy, że teraz problemem, będzie wyjść. Na trybunie było tylko ze trzech policjantów. Gdy zaczęło się na dole, policji nie było wogóle. Odczekaliśmy ze dwie minuty i wychodzimy. I z punktu afera. Wszyscy Scousers lecą z wrzaskiem na nas. Wychodzimy prosto na nich. Kilku najodważniejszych, zostało przetestowanych. Ze trzech chłopaków od nas zostało drutniętych. Potem zmuszeni zostaliśmy przejść do okoła, na Anfield Road End.
Inna historia, której nie usłyszycie od Scousersów, to gdy na początku lat osiemdziesiątych, 200 United, poszło na the Kop. Ja wtedy byłem za kratami, ale z tego co słyszałem, sektor United był przepełniony i te dwie stówy, włóczyły się wokół stadionu. I to było dobrą chwilę przed meczem. Próbowali znaleźć drogę, na którąkolwiek trybunę. Dowodzący obstawą całego meczu, wpadł na świetny pomysł, by wpuścić ich na the Kop, zanim on się w całość wypełni. Zostali wepchnięci w kąt po prawej, na samej górze, stojąc twarzą do boiska. Śpiewali głośno przez cały mecz, sprawiając z pewnością, ogromny dyskomfort, całemu the Kop i tym na Kemlyn Road End. Scousersi dostawali korby, żeby się przedrzeć przez policyjny kordon, ale nie mogli ich stamtąd wypjerdolić. Jeśli chodzi o mnie, to nie słyszałem, żeby jakaś inna ekipa, miała bandę na the Kop i wytrwała tam cały mecz (Pamiętajmy tylko, czyj to był pomysł, kto United tam wprowadził i obstawiał przez cały mecz. - dop.tłum.)

* * *

W 1984., w październiku, graliśmy z Evertonem na wyjeździe. Byłem zaraz po wyroku. Zkwaszony i wkoorwiony. Podczas odsiadki, nasłuchałem się tych wszystkich historii o tych wszystkich bitwach na śmierć i życie ze Scousersami, o wrednych zasadzkach, o przedłużaczach, o chlastaniu. Dobra. Ale nie tym razem. Tym razem zrobimy to jak należy. Siedem autokarów, czekało tamtego ranka, zaparkowanych pod pubem Dog and Partridge, na Old Trafford.

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-10-2020, 09:21 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
17-10-2020, 15:42 #532
Równa się - 350 top boys. Przyłyczyliśmy 250 biletów, na ich główną trybunę, od jednego obrotniaka, który miał je prosto z klubu. Zamierzaliśmy im pokazać, jak to jest się robi i to na ich własnym terenie. Każdy na zewnątrz, wygłądał jak kostka lodu, zapomniana gdzieś w kącie zamrażrki, ale założę się, że w środku, każdy miał wulkan Krakatau, tuż przed erupcją. Dojechiśmy do Liverpoolu, bez policyjnego ogona. Przejechaliśmy przez Croxteth i zaparkowaliśmy. Zaczęliśmy się wysypywać z pojazdów i wszystkie chłopaki czekały, aż się zbierzemy, przed dalszym marszem z buta. Przechodnie, zatrzymywali się na nasz widok z rozdziawionymi gębami, gdy pomykaliśmy bocznymi uliczkami. Przeszliśmy za jakimś kościołem i wychyliliśmy się na Gwladies Street, na rogu Main Stand. Rozdoopcyliśmy paru z Evertonu, co tam stali. Potem podbiliśmy pod kołowrotki. Ulica już wrzała w tamtym momencie. Scousersi nadbiegali ze wszystkich pubów wokół stadionu. My trzymaliśmy się w zwartej grupie.
Nasz plan przewidywał, dostać się na trybuny, tak szybko, jak tylko to możliwe. Zanim zjawią się psy i nas powstrzymają. Gdy pierwsze 25 osób, zdążyło się wbić do środka, pojawił się Dibble i zablokował kołowrotki, przepychając nas do bramek, kawałek dalej. Ci co byli w środku, walczyli na schodach, z których byli spychani, by za chwilę, znów na nie wbić. Słyszeliśmy krzyki atakujących i wrzask tych, co bronili dostępu na trybunę. Widzieliśmy też, że na innych bramkach, Scousersi chcą się pozabijać, żeby tylko dostać się do środka przed nami. Na ten widok i u nas zintensyfikowała się nerwówa. To był wyścig. Kto pierwszy w środku.
Ostatecznie psy kompletnie zgubiły wątek i wszyscy przepchaliśmy się przez bramki. Każdy jeden z nas, gdy tylko obrócił się za nim kołowrót, biegł na trybuny, przyłączyć się do akcji. Ale zanim ja tam dotarłem, już tam żadnej akcji nie było. United było tam po prostu za dużo. Everton schronił się na dalszą połowę trybuny. Ci z Evertonu, którzy próbowali się tam jeszcze dostać, byli ciepło witani przez nas na krzesełkach. Ale na dole, wciąż się działo. Nie było jednak już szans, żeby nas stamtąd się pozbyć. W końcu pały zjawiły się w znacznej liczbie i uspokoiły ten cały rozpiździej.
Gdy zacząła się gra, rzucaliśmy wzajemnie w siebie spojrzeniami, plus oni jeszcze, dorzucali okrzyki, że po meczu zostaniemy pocięci i całą resztę tego gówna. I wtedy padła bramka. Wszyscy szturmem rzucili się nich i trzeba im przyznać, że się postawili. Następny gol - to samo. Jedziemy z nimi. Wpadają psy i przerywają wszystko. Na tablicy 3:0,znów heja na Scousersów. Psy nie mogły sobie z nami poradzić.
Po czwartym golu, siedzieliśmy już na doopach. Nie mieliśmy siły. Byliśmy zjebbani. To by było na tyle, tego dnia. Przegraliśmy 5-0 i psy upewniły się dwukrotnie, że już więcej zamieszania, tego dnia nie będziemy powodować. Pomimo rezultatu na boisku, to był piękny dzień, a nagrodą za podjęty przez nas wysiłek, był wyraz twarzy Scousersów. Robiło im się niedobrze na nasz widok.

Caution! WET PAINT



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
18-10-2020, 10:57 #533
Rok później, los zparował nas z Liverpoolem, w półfinale FA Cup. Mecz miał być rozegrany na Goodison. W latach 80tych, nie mieliśmy lepszych powodów, by się wzniecić, niż dobra jezda w Pucharze. To była nasza jedyna szansa na sukces. Hype się zrobił maksymalny. Nasz plan przewidywał złapanie pociągu z Victorii, gdzieś koło 10.30. Firma jaką mieliśmy na zbiórce, wyglądała kosmicznie, jak inwazja z innej galaktyki. Jak powiedział kiedyś marszałek Wellington, o swoich wojskach: "Nie wiedziałem, co oni zrobią przeciwnikom, ale mój Boże! Ich widok, przerażał mnie samego.". Wszyscy kombatanci, z bliznami na twarzach, budzących przerażenie, przerwali, na tą okazję, swe emeryturki. Plus wszystkie świeżaki z młodej ekipy, też były tam obecne.
Wiedzieliśmy, że Liverpool będzie na nas czekał w centrum, ze wszystkim, co uda im się zmobilizować. Wiedzieliśmy też, że Everton, gra w drugim półfinale na Villa Park. Część z nich zapewne będzie wsiadać do pociągu na Lime Street, gdy my będziemy tam wysiadać ze swojego. Dwie ekipy szczurów Mickey, w cenie jednej. Full deratyzacja za pół ceny. Perfekt. Wchodzę w ten interes. Wiedzieliśmy, że będzie przejebbane, ale byliśmy na to przygotowani. Wcisnęliśmy się, w każdą wolną przestrzeń w pociągu i pisząc wcisnęliśmy się, mam dokładnie to na myśli. W środku była miazga. Jak piechota, upychana na barki desantowe. Podejrzewam, że i nastoje, wśród tych, którzy płynęli przez kanał w D-day, były podobne. Mieszanina niepewności, determinacji, utopione w morzu ekscytacji. Na temat tego, co wydarzyło się potem, krążą różne wersje. Nasz pociąg zwolnił przejeżdżając przez stację Edge Hill, która jest na obrzeżach centrum Liverpoolu, potem wjechał do tunelu i zatrzymał się z piskiem hamulców. Dobrą milę od Lime Street. Niektórzy twierdzą, że ktoś tam ztargał hama. Znaczy się, zaciągnął hamulec bezpieczeństwa, dlatego pociąg się zatrzymał, w samym sercu ciemnej doopy. To znaczy w tym tunelu. Ale gdy przejeżdżaliśmy przez Edge Hill, widziałem tam mnóstwo psów, policyjnych vanów i nawet zaparkowane autobusy. Co oni tam wszyscy robili?
Według mnie scouse-psiarnia planowała sobie, że nas wysadzą właśnie tam, na Edge Hill, żebyśmy się przypadkiem, nie zderzyli z Evertonem na Lime Street. Stamtąd chcieli nas odeskortować na stadion. Nigdy wcześniej, tego nie próbowali. Muszę przyznać, ciekawe posunięcie. Coś jednak nie pykło. Może nie wzięli pod uwagę faktu, że pociąg jest masywnie zatłoczony. Chodzi mi o masę własną 800, lub więcej pasażerów. Może hamulce, przy takiej masie, nie zadziałały tak jak powinny. Rezultat był taki, że przestrzeliliśmy peron grubo i skończyliśmy w tym tunelu.
Co robi United? (To co zrobiłaby Cracovia. - dop. tłum.) Wysiadamy i po torach idziemy na Lime Street. Nie żartuję. Setki lads, wyskoczyło w ciemności, wypatrując szyny pod napięciem. Ryzykując usmażenie kilkunastoma tysięcami volt, albo że pociąg w każdej chwili może ruszyć, poszli na spotkanie, ze Scousersami . Pies z manchesterskiej policji, który był w wagonie, na samym początku, próbował powstrzymać kilka pierwszych osób. Dostał w cymbał i został odstawiony na bocznicę. To było jedno wielkie szaleństwo. Chyba największe jakie widziałem. Ludzie wpadali do studzienek, wydoopcali się na jakichś szpejach i plątali w jakichś drutach. Wpadali w kałuże jakiejś kolejowej mazi. Było przedoopcone. I jednocześnie, podobało nam się to jak skoorwysyn.
Po przejściu gdzieś około pół mili, na nasypie pojawili się liverpoolscy policjanci i gotowali tak, że prawie im para z doopy leciała.
-Pojebbało was!! Wrzeszczał jeden.
-Wszystkich was mogło pozabijać!
-Jedyni zabici, będą wśród tych koniobijców, co czekają na nas na dworcu. Brzmiała nasza odpowiedź. Odłączyli zasilanie trakcji i udało im się nawet zatrzymać część chłopaków, ale minimum 400 z nas, kontynuowało swój marsz w stronę stacji . Psy dosłownie wychodziły ze skóry, ale nic nas nie mogło powstrzymać.
Nie wiem, czy jesteście w stanie sobie wyobrazić tą scenę na Lime Street, którą przyszło oglądać Evertończykom,stojącym na peronie, jadącym na swój wyjazd. Spróbujcie. Setki chłopaków z United, wyłaniających się z tunelu. Czarnych od smarów i pyłu węglowego. Gdy dostrzegli swoich przeciwników, marsz zmienił się w trucht, a za chwilę trucht zmienił się w bieg po torach. Cały dworzec wypełnił dziki okrzyk:
-WOJNA! WOJNA! WOJNA!
-U!-NI!-TED!!!

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-10-2020, 11:07 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
18-10-2020, 15:44 #534
Po rampie wybiegliśmy na peron, przelatując przez dworzec jak plaga. Siejąc zagładę i zniszczenie. Everton, co tam był, zerwał się, ale potem na ulicach przed dworcem, próbowali robić podejścia w małych grupkach. Zostali rozgonieni, jak stado wróbli przez husarskie konie. Zbiegliśmy dalej w dół ulicy. Podbiegliśmy pod Ratusz Św. Jerzego. Tam Scousersi czekali na nas w pełnym zgrupowaniu. 700 sztuk na bidę. Wszyscy wyciągali szyje w naszym kierunku.
Nie wahaliśmy się, ani sekundy. Znowu okrzyk: "Wojną! Wojna! Wojna!" W pełnej szarży, przebiegliśmy przez drogę i skoczyliśmy na nich. A oni zaczęli zdoopcać. Siedemset myszek, na łapu capu, zaczęło się stamtąd ewakuować nie podejmując walki. Gloria i chwała. Część w końcu się opamiętała i próbowała się postawić, ale nie była to próba udana i widać było, że brakuje im motywacji. Nikt wcześniej nie zrobił czegoś takiego Liverpoolowi, ani nikt później, już tego nie powtórzył.
Ruszyliśmy na stadion, w szampańskich nastrojach. Dzień miejscowym policjantom, już zdążyliśmy zamienić w nocny koszmar. Musieli obstawiać Everton, jadący na Villa Park, mieć oko na te rozgonione 700 Scousersów i jeszcze martwić się naszą Firmą, a właściwie dwiema. Właśnie. Powróćmy teraz, do tych, którzy zostali zatrzymani na torach i zawróceni na Edge Hill. Zostali odtransportowani prosto na Goodison i teraz trzymali ich za trybuną Park End. Nie ustawali w wysiłkach i po dziesięciu, po dwudziestu, zaczęli się wymykać z pod policyjnej opieki. Zebrali się z powrotem pod Stanley Pub. Ten Liverpool, który myśmy poderwali do biegu, nie zwalniając pognał w stronę stadionu. Prawdopodobnie z nadzieją, że będą się mogli odegrać, dojeżdżając naszych Januszy w koszulkach i rodziny z dziećmi, na swój zwykły, bezlitosny sposób. Starannie dobierali trasę, unikając wszelkich dalszych kontaktów z nami. Nie wzięli tylko pod uwagę, że do tej pory, mieli doczynienia, tylko z połową naszej Firmy. Nie mieli pojęcia, że następne parę stów chłopaków od nas, kręci się pod stadionem. Ich twarze, to musiał być piękny obrazek, gdy nasza banda pod Stanley'em, wypadła na nich z bocznej uliczki. Znów spjerdalali, po całej dwupasmówce. Paru z nich, powyciągało kosałki i parę kurtek i płaszczy pocięli, ale efekt tego był niewielki. Kolejna gremialna zdoopcanka z ich strony. Poznikali w uliczkach i alejkach, spjerdalając we własnym mieście.
Psy nadbiegły ze wszystkich stron. Ostatecznie, otoczyli tą naszą drugą Firmę i odstawili z powrotem pod Park End. Dopiero gdy policja otoczyła United, firma Scousersów, zaczęła się wychylać z ukrycia. Wyglądali na pogrążonych w głębokim szoku. W końcu, kilku nie wytrzymało. Podbili i zza pleców policjantów zaczęli dociekać, rzucając pytania:
-Jak to możliwe, że wasza firma, dotarła tu tak szybko z Lime Street?
-To nie my. Padła odpowiedź.
- Tamci, to jest inna nasza firma.

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-10-2020, 15:50 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
19-10-2020, 11:05 #535
-My wysiedliśmy na Edge Hill.
Pokazało się, że oczywiście mówili prawdę, jako że wkrótce potem, zjawiła się nasza główna ekipa, pod eskortą. Obie grupy, dzieliły się historiami, jakie były ich udziałem. Ja z moim braciakiem, byliśmy na Bullens Road i ulica była wypełniona w połowie nami, w połowie nimi. Nie było takiej opcji, żebyśmy im pozwolili przejść. Tuż przed rozpoczęciem meczu, zebrali się do kupy i spróbowali na nas ruszyć. My wciąż byliśmy przed bramkami, na Bullens. Razem z panem Groganem i jego spółką z nieograniczoną nieodpowiedzialnością. Gdy przechodzili przez dwupasmówkę, wszyscy zwrócili się w ich kierunku i ruszyli z kontrą. Odepchnęliśmy ich ponownie.
Mecz zakończył się remisem 1-1, a to oznaczało powtórkę, w środku najbliższego tygodnia, na Maine Road. Na zewnątrz, jak zwykle pomeczowe gry wojenne. Nasz zaciąg liczebnością powalał z nóg i na obrzeżach tego Morza Czerwonego, co rusz jakieś miejscowe falochronki, chciały się sprawdzić ze sztormem, jaki niósł nasz front szeroko baryczny. Część chłopaków, poszła na parking ze zwykłymi kibicami. Inaczej staliby się oni pewnym celem ataków Scousersów. Bilans dnia był dla nas bardzo korzystny. Dla Liverpoodli - katastrofalny. Powtórka w Manchesterze, to był w jeszcze większym stopniu, spektakl jednego aktora. A właściwie jednej trupy. Red Issue, opublikowało potem relację jednego z chłopaków, w której znajdziecie więcej szczegółów, niż zachowało się w mojej pamięci:

Południe, to była najwcześniejsza pora, na jaką mogliśmy wyznaczyć zbiórkę. Wspomniane było około osiem pubów. Wszystkie położone dość blisko siebie, tak, że w razie W, mogliśmy się sprawnie i szybko zlecieć w jedno miejsce. Przeczucie mieliśmy takie, że Mickeys, nie pojawią się wcześniej, jak koło drugiej, trzeciej, albo nawet czwartej, piątej. Skoro nie było pośpiechu, towarzystwo zaczęło się rozłazić, złazić, żeby znowu się rozejść. Popołudnie już było zaawansowane i zebrało się nas tam trochę. Zamiast ośmiu, wypełniliśmy chyba z 15 pubów. W tym 50 głów. W tamtym 200 i kilkaset, w kilku następnych. Stale mniejsze grupy, wyruszały na patrole, rzucić okiem na tą, czy inną stację, zobaczyć , czy ktoś nie nadjeżdża. Po jakimś czasie wracali, kręcąc przecząco głowami, w odpowiedzi na pytające spojrzenia, wyczekującego tłumu. Wydawało się, że z braku opozycji, pozostaje tylko nachlać się i dobrze się zabawić z kumplami. Popołudnie przerodziło się w masową popijawę. Stadion na Maine Road, miał pojemność z 50 000, więc spodziewano się,że dwadzieścia koła brudasów się pokaże. Ale żeby nikt nie przyjechał? Póki co, ani widu, ani słychu. "Nie no! To jest nie do pomyślenia, żeby się nie pokazali!" Słychać było w tłumie, liczne narzekania. Ktoś przekonywał zawzięcie: "Powiem wam, co pieprzeni Mickeys zamierzają zrobić. Oni wskoczyli do specjala! Nie przyjadą zwykłym!Nawet ich nie zobaczymy na mieście!" Zdecydowaliśmy, że ruszamy na Moss Side i tam się spotkamy, pod pubem na Hulme. Niektórzy z chłopaków, szli nawet z buta, żeby jakoś czas zleciał. Kontrast do ostatniej soboty, pełnej wrażeń od początku do końca, nie mógł być bardziej wyrazisty. Z poszczególnych stacji kolejowych nadchodziły raporty. Wszystkie podobne w treści-Nie dostrzeżono ani pół cienia Scousersa. Niewiarygodnym było, żeby Liverpool się nie pokazał, więc jedyną ich możliwą opcją w tym momencie, było wmieszanie się w tłum cywili, podróżujących specjałami.
Pierwszy z nich miał wjechać o 17.30. Logika podpowiadała, że policja będzie ich prowadzić, albo raczej zapakuje w autobusy i zawiezie na stadion. W wyniku braku konkretnych informacji, większość kontynuowała skazaną na porażkę, walkę z nałogiem i tylko mniejsze grupy zapaleńców wojennego rzemiosła, nie odpuszczały, kręcąc się po mieście i wypatrując przyjezdnych.
Pierwszy news pojawił się w chwilę po przyjeździe pierwszego specjala. Ktoś widział całą flotyllę autobusów, zajeżdżających od tyłu na Victorię, prawdopodobnie, by przetransportować śmietnikowców na stadion. United drynił już od jakichś pięciu godzin i nie był specjalnie w nastrojach, by wracać się do miasta i wplątywać w zorganizowaną policyjną operację. Nawet najbardziej optymistycznie nastawione bandziory, zdawały sobie sprawę, że poza rzucaniem cegieł w autobusy, niewiele tam będzie do roboty. Takie rzeczy nigdy nie były elementem naszego stylu.
Wszyscy trzymali się w okolicy the Gamecock, kminiąc, że musimy po prostu iść pod stadion i tam się z nimi spotkać. Półfinał Pucharu Anglii, dwie godziny do rozpoczęcia meczu i nawet nie powąchaliśmy jednego Scousersa.
Zdecydowano, że ruszamy w stronę stadionu i 700 chłopa, odstawiło szklanki z piwem i driny i poderwało doopcie. Po drodze nasza banda puchła jeszcze bardziej, gdy mniejsze firmy z okolicznych pubów i ci co stali na rogach, zaczęli do nas dołączać. By napawać się tym wspaniałym widokiem, ruszyliśmy w dół Great Western Street, zwłaszcza że w tamtym okresie, właśnie tam parkowano autokary przyjezdnych.
Autokary ze Scousersami, stały tam oczywiście. Policji znowu, aż tak dużo tam nie było. Kilka niebieskich kropek. Śmietnikowcy wesoło śpiewali w autobusach, dopóki nas nie zobaczyli. Wtedy nagle wszystko ucichło. Wiedzieli po co tam przyszliśmy.

Caution! WET PAINT



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
19-10-2020, 16:55 #536
W większości to byli zwykli fani, ale kilka autobusów ze scouse-barmies, kiepsko wybrało moment na parkowanie. Zaczęli w nas rzucać mięsem, myśląc pewnie, że w razie, jakby co, to psy ich uratują. Barany. Ale policji jak już pisałem, za dużo tam nie było. Widok ich twarzy, gdy bez problemu przeszliśmy przez ich obstawę, nadawał się do uwiecznienia i powieszenia na ścianie, w galerii osobliwości. Niekończący się strumień płynął w ich stronę. Może tylko z 10 jardów szeroki, ale długi chyba na pół mili. Barmies z Liverpoolu, kompletnie chyba nie zdawali sobie sprawy, jaką pomyłką bolesną w skutkach, było wznoszenie okrzyków: "Munich" i cała reszta tego gówna, którym nas obrzucili. Chłopaki z Firmy, poczuli się dotknięci. Dlatego ruszyli na nich. Wkrótce zaczęli być dojeżdżani. Większość zaczęła zdoopcać, ale było wśród nich parę tęgich wiatraków, dobrze machających łapami i trzymających się razem. Niestety, nie opanowali w dostatecznym stopniu reguł, rządzących w tej grze. Dużo czasu nie zajęło i oni także zostali przetyrani. Wkrótce zjawiły się psy na motorach i oczywiście wezwały posiłki, więc była to najwyższa pora, żeby się stamtąd zrywać. Zostawiliśmy rozjebbanych Scousersów, w świetle migających niebieskich sygnałów. Kolumna, którą jeszcze przed chwilą, można było liczyć w setkach, szybciutko rozmieniła na grupki dziesięcio i dwudziesto osobowe. Wszyscy rozeszli się w te ciasne uliczki, których nigdy na Moss Side nie brakowało. W przeciągu paru sekund, zanim się rozdzieliśmy, poszło hasło, że spotkamy się pod Parkside, które znajdowało się po stronie stadionu, przypisanej tego dnia Scousersom. Mieliśmy nadzieję, że tam się może coś poważnego wydarzy. Nadzieje te jednak, szybko wygasły, bo gdy tam przybyliśmy, pub był pełen United. Niektóre oddziały, przedzierały się tam przez Sherwood i Clermont, ale i tam wszystkie tereny były pod mancuniańską kontrolą. To samo w pubach w okolicy. W the Osborne i w Lord Lion. Gdzie się podziali wszyscy Scousersi? Doszły nas słuchy, że część ich autobusów parkowano na Hough End, więc może będą w the Princess. Niewielka grupa odbiła w tamtym kierunku, ale to był kolejny foulstart. Nikogo tam nie było, oprócz jakichś szalikowców. Poszli się przejść dookoła stadionu i powrócili biegiem, przynosząc wieści. Policja rozładowuje nowe autobusy, z Victorii, pod trybuną Kippax. Widziano tam elementy z firmy Liverpoolu. Byli wymieszani z całą resztą pasażerów specjala. Tak jak podejrzewaliśmy, zesrali się.W końcu po siedmiu godzinach, od pojawienia się pierwszych naszych chłopaków na mieście, nawiązaliśmy solidny kontakt z przeciwnikiem.
Zaczęto się spierać, jakie podejście będzie najwłaściwsze. Całą tą krótką, acz burzliwą naradę podsumowały słowa: "Nie ma co czekać, bo policji, będzie tylko coraz więcej i poumieramy ze starości jak będziemy czekać. Chodżmy tam teraz i zróbmy to, bo lepszej okazji już na bank nie będzie."
Więc teraz. Okolica Maine Road, to wspaniała sceneria, by rozejść się po uliczkach, a w ostatniej chwili, gdy się z nich wynurzysz, wygląda to, jakby było was tam tylko trochę. Dopóki wszyscy się stamtąd nie wydostaną.

Caution! WET PAINT



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
20-10-2020, 09:56 #537
W tym konkretnym przypadku, spotykaliśmy się ponownie, za trybuną Platt Lane End. Za trybuną Scousersów. Stadion został podzielony na pół, wzdłuż lini środkowej boiska. My mieliśmy North Stand. Cała Platt Lane, roiła się od Scousersów, stojących w kolejkach, by jak najszybciej, dostać się na trybuny. Większość się nawet nie obróciła w naszą stronę. I dobrze, bo to nie oni byli naszym celem. Kilku oczywiście musiała się wymknąć jakaś głupia uwaga, czy nieopatrzne słowo pod naszym adresem, gdy przechodziliśmy tamtędy i kilka wychowawczych klapsów na dziąsło, zostało tam wypłaconych, ale większość, była temu przeciwna i powstrzymywała nerwowych. Nie było sensu ściągać sobie policji na głowę, przy okazji awantury z Januszami. Chcieliśmy ich chłopaków. Gdy już ich dorwaliśmy, psy o dziwo, zamiast nas próbować rozdzielić, woleli nas odseparować od reszty.
Do okoła stadionu, za kończącymi się ciasno zabudowanymi uliczkami (Nie wiem, czy wyobrażacie sobie, jak dawniej stadiony piłkarskie w Anglii, były wtłoczone między budynki mieszkalne. Dawniej pod większością trybun, normalnie mieszkali ludzie. Na nowych obiektach już tego oczywiście nie ma. A na starych, są to teraz, albo pustostany, albo pomieszczenia, czy sklepiki klubowe, jak na Craven Cottage.-dop.tłum.), biegnie ta alejka kończąca się, wjazdem na parking, pod Kippaxem. Nasza Firma tam wsiąkła i cel był jeden, wyłonić się tuż pod ich Endem i jechać z nimi, nie dając nikomu, czasu do zastanowienia. Idąc tą alejką mijasz boczne ściany domów. Między każdym podwójnym rzędem szeregowców, uliczka. Mijamy pierwszą. Potem drugą i trzecią. Gdy zbliżaliśmy się do czwartej, wysypało się jakieś siedem dych ich ekipy. Nasza przednia straż, dała znać okrzykiem. Oni zareagowali właśnie chyba na ten hałas. Raczej nie na nasz widok, bo ciemno tam strasznie było i i tak chooja było widać. Może dlatego się postawili, a może po prostu to były konkret chłopaki. Z tych, co to nie lubią gubić sandałów podczas ucieczki. Liczby tutaj nie grały tak wielkiej roli, bo w tej ciasnocie i tak niewięcej, niż dziesięciu chłopa, mogło stanąć mano a mano. Scousersi wychylili się mniej niż dziesięć jardów od nas i okrzyk bojowy rozległ się po obu stronach.
Lali się dobrze, ale tak po prawdzie, to w tej pozycji, nie mieli zbytnio wyboru. To było jedno z tych awanti, gdzie jak nie domagasz, to padasz. Nas było dziesięć razy tyle, co ich. Brutalny festiwal, typu - ząb za ząb, zaczął się rozwijać. Coś co niektórzy, nazywają krwawym mordobiciem. Jednak napór setek, robił swoje i Scousersi, choć byli nieźli, zaczęli się powoli cofać. Wjazd na parking pod Kippaxem, był coraz bliżej. Nie wiem, czy zdali sobie wreszcie sprawę z rozmiarów naszej bandy, czy po prostu, uciekł z nich zapał bojowy. Było widać po ich twarzach, że zdają sobie sprawę, że gdy konfrontacja przeniesie się, na otwartą przestrzeń podziemnego parkingu, zaczną być jebbani. Ale wtedy już tak po całości i z każdej strony. Musieli widzieć, co się zbliża. Nie mogli być, aż tak głupi. Na bank wiedzieli to ci, co stali u nich w trzeciej i w czwartej lini. Gdy u nas ciśnienie rosło i za plecami robiło się coraz gęściej, u nich na tyłach, zaczął się odpływ i typy nie przejmując się tym, że ich koledzy z czoła wciąż walczą, zaczęli myśleć już tylko, o ratowaniu własnych doop.
Wtedy wypadki potoczyły się już szybko i młócka weszła w fazę krytyczną, kiedy to ostatnich piętnastu, czy dziesięciu, zbija się w ciasną grupkę i jeden po drugim, padają pod lawiną zasypujących ich ciosów. Tu sprawy wymknęły się trochę z pod kontroli i tych paru ostatnich, było oranych niemiłosiernie, tam i z powrotem. (Pewnie każdy se chciał kopnąć, z tych dalszych rzędów United. Linie od 94, po 157 - dop.tłum.) Jeden z nich, wcale nie ułomek, zdołał się podnieść, w samą porę dla małolata z Cheetham Hill, który nadlatywał z butlą cidra w dłoni. Nawet dzięcioła było widać na etykiecie. Jak puknął tego wielkiego tą butlą .. Masakryczna bomba. Łeb mu wygięło lepi niż 180° i jak się pewnie domyślacie, zwalił się ponownie na glebę nieprzytomny, jak wór ziemniaków. Nie chcę tu się zgrywać na szlachetnego rycerza w lśniącej zbroi, ale przerabiałem ten temat ze Scousersami od trzydziestu lat i tamtego wieczoru, naprawdę wywalczyli sobię trochę szacunku u nas. Tych ostatnich piętnastu, musiało zaliczyć gleby. Nie było wątpliwości co do tego. Ale nic poza tym. Dość i wystaczy. Niestety, ci od nas co byli z tyłu nie żałowali sobie i Scousersi wciąż zaliczali przekopę. Nagłupsze w tym było to, że ci, którzy kilka minut temu byli w centrum całej akcji, byli teraz masakrowani przez tych, którzy parę minut wcześniej stali tak daleko, że nawet nie widzieli, co się dzieje. Jeden Mickey, znów dostał butelką w łeb. Wszystko to poszło już, o wiele za daleko. Dawno powinno się skończyć. Nie chciałem na to patrzeć, więc zacząłem tłumaczyć kilku osobom od nas, że to już nie ma sensu i że powinniśmy dać sobie spokój. Tak, jak się spodziewałem, nie wszystkich udało mi się przekonać. "Myślisz, że gdyby dwie dychy od nas, znalazły się w podobnej sytuacji w Liverpoolu, to co by się z nimi stało? Odpuszczonoby im z wielkopańskim gestem?!" Wielu nie wykazało zrozumienia: "Jebbać koorwy! Bez litości! To za te dziesiątki naszych kibiców, zrobionych przez nich!". "Daj se na wstrzymanie! Za tobą nikt, by się tam nie wstawił!"

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 20-10-2020, 10:54 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
20-10-2020, 17:42 #538
Oni byli wkoorwieni, ja byłem rozczarowany. Dało się słyszeć, że na Kippax ostro się dzieje. A ja tutaj próbowałem się wykłucać z chłopakami, ratując scouse-ciężkorannych. Powinniśmy się zainteresować tym, co się tam dzieje, a nie martwić się na tymi rozjebbanymi Scousersami. Niektórzy z chłopaków jednak uważali, że mają wystarczające usprawnienie. "Gdyby to nie byli Scousersi, to już byśmy odpuścili."
W końcu pojawiła się tam policja, za którą jechały karetki pogotowia. Schodzimy ze sceny na lewo, w stronę Kippax, by przekonać się, jak się tam przedstawiała aktualnie sytuacja. Przedstawiała się jak obraz wojny, w pełnym rozkwicie. Polem walki był cały parking, a policyjne konie, szarżowały tam i z powrotem.
United przegonił Liverpool pod tą połowę trybuny, na której już było pełno naszych. To nie była nasza firma w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale nie brakowało tam barmies-zagryziaków i chłopaków-walczaków, którzy na bank nie raz z Firmą biegali. Dajcie im wolną przestrzeń, z kilkuset Mickeys na niej i oni już będą wiedzieli, co mają z nimi zrobić. Liverpool został zmuszony, przesunąć się z pozycji defensywnych na pozycję rzeź niewiniątek. Cala akcja, rozlała się na okoliczne ulice i alejki. Scousersi byli przyszpilani, wyławiani i ulegali fragmentaryzacji. Burdel tam był taki, że w pewnym momencie, zacząłem się zastanawiać, kto, jest kto. Stoisz przez chwilę, w jakiejś oazie względnego spokoju, nagle widzisz jakichś typów, idących równoległą uliczką, "O koorwa! Scousersi!" I hejka od nowa. I znów i znów. Niektóre scouse-teamy, pokusiły się o odbicie parkingu i niektóre z tych prób, były dość solidne, ale kończyły się za każdym razem, tym samym. Pogromem. Ostatnie pół godziny przed pierwszym gwizdkiem, to był jeden ciągły rozpiździej. Policji, nie bez problemów, udało się w końcu, przywrócić tam jako taki porządek. Wybitnie pomogło im w tym to, że sami wykazali się przez dobry moment niepohamowaną ultra-agresją. Walczących stopniowo ubywało z placu broni.
Szliśmy z powrotem w kierunku Kippax Gdzieś ze trzy dyszki nas było. Nagle przed nami, pojawiła się około dwudziestoosobowa grupa chłopaków. Początkowo nie mogliśmy rozkminić, kto to jest, więc przeszliśmy na drugą stronę ulicy, żeby przekonać się z bliska. Oni stanęli i co do tego nie ma wątpliwości, zaczęli przygotowywać się na starcie. Nie mogło być więc wątpliwości, że to Scouse. Pośród nas było sporo tych chłopaków, którzy jechali z przodu, podczas tej jazdy w alejce, ale ktoś rzucił motywacją: "Dobra. To będzie wisienka. Dawać! Najlepsze co nas dzisiaj spotkało!" Fair Play, Scousersi stali przez chwilę i trwała zacięta wymiana ciosów. Ale gdy zaczęli zdoopcać, podjęli błędną decyzję i zamiast w stronę stadionu, pobiegłi w uliczkę szeregowców. Ścigaliśmy my ich, ale poukrywali się w jakichś dziurach. Mówię wam, skoorwiele muszą to mieć w genach.

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 20-10-2020, 18:33 przez the Painter.



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
21-10-2020, 13:14 #539
Tylko kilku ostatnich, co się popotykało i się zkotłowali, zostało dorwanych nikt jakoś nie mógł znaleźć odrobiny współczucia dla nich. W końcu to byli Scousers i w dodatku się wykazali, więc zasłużyli na dobrą przekopkę. Ich ziomale wyłonili się na końcu ulicy i zaczęli wrzeszczeć na nas, żebyśmy zostawili tamtych sześciu, czy siedmiu, co mieli robione fatalitie. Jednak na nasze propozycje, by się wrócili i im pomogli, pozostali głusi.
Starszy jakiś typ, w białym podkoszulku na ramiączkach, otworzył drzwi i wyszedł przed swoje domostwo rozglądając się na boki.
-No! Co tu się do cholery wyprawia?!-Zaczyna sapać.
-Nic takiego. Paru Scousersów próbowało szczęścia. - Tłumaczył ktoś dziadkowi cierpliwie.
-Ale im nie poszło! - Dorzucił ktoś z tłumu.
-W takim razie to rzeczywiście nic takiego.-odetchnął starszy pan z ulgą.
- Myślałem przez chwilę, że to wam nie idzie. Ja też jestem sam Czerwony. No, ale jeśli to Scousersi dostają łomot,to nie będę wam przeszkadzał.
I powiedziawszy to, skinął na pożegnanie głową i zniknął za swoimi drzwiami.
(Ja pjerdolę! Jeszcze się mecz nawet nie zaczął. To jakaś książka w książce. Niespełniony talent z tego reportera Red Issue. Coś jak ja. - dop.tłum.)
Teraz meczyk. Na trybunach wylądowałem w pobliżu lini demarkacyjnej. Liverpool wyszedł na prowadzenie, po swojaku Poul'a McGrath'a. Po pierwszej połowie, czuliśmy się wszyscy, jakby nas ktoś wypatroszył. Poza zupą chmielową, byłem na czczo cały dzionek, więc w przerwie, poszedłem coś zszamać. Wracam z pajem i z pajntą na trybuny (Oh! Pamiętacie te piękne dni). Linia segregacyjna, wyglądała tak, że paroma taśmami, obwiązano barierki, a po środku, posadzono na schodach stewardów. Zanim zdążyłem jeszcze wrócić na swoje krzesełko, Brian Robson dostał dobrą piłę na dobieg. Przebiegł z nią zaledwie kawałek i huknął prawe widły. Piękny 25-jardowiec. Wzór. Na naszej połowie stadionu, nastąpiła erupcja. Po drugiej stronie jakiś Scouser zaczął amokować z okrzykiem: "Munich!", więc zajebbałem mu moją pajntą w ryj i poprawiłem pajem,z mięsem i ziemniakami.
Wiem, trochę żałosne, jak rzucanie w kogoś keczupem, ale w takich chwilach, nie myśli się racjonalnie. Więc przyznaję się, zrobiłem to, ale w wyjątkowych okolicznościach. Po wymianie słownych nieuprzejmości, chcieliśmy w kilka osób, przejść bliżej i od słów, do czynów, ale policja nie zamierzała stać i się przyglądać. Sytuacja się uspokoiła dość szybko. Siedliśmy z powrotem na doopach, w znacznie lepszych nastrojach. Gdy zbliżała się osiemdziesiąta minuta, Sparky ukłuł po raz drugi. I znów nasze trybuny eksplodują w szale radości. Znów ich zrobiliśmy w półfinale. Po ostatnim gwizdku, kontrast nie mógł być wyraźniejszy. Scousersi, ze spuszczonymi głowami, wymykają się po cichu w ciemną noc. My z okrzykiem radości, wyskakujemy na murawę, ciesząc się i świętując finał, wywalczony z niemałym trudem. Tłum paradował dookoła boiska, robiąc rundy honorowe z Robsonem na ramionach.
Co było łatwe do przewidzenia i w praktyce nie do uniknięcia, ktoś w końcu zasugerował, żebyśmy się przemieścili w stronę Platt Lane, gdzie na trybunie pozostała, całkiem spora grupa Scousersów, urządzając sobie, za piętnasto-stopową siatką, festiwal napinki. Wspinali się na to ogrodzenie, prawie jakby chcieli przez nie przejść, więc podbiliśmy tam z pytaniem, co ich powstrzymuje. Dlaczego nie wejdą na murawę i tam nie kontynuują swoich pogróżek w naszym kierunku. Jeden, ale za to jaki, znalazł się tylko chętny. Reszta, typowi Scousersi. Przez ogrodzenie, to setki odważnych, ale żeby przejść na drugą stronę, to tylko jeden się potrafił pokazać. Teraz nie wiem jak, czy ten typ spadł z ogrodzenia, czy może tam była jakaś fosa, w każdym bądź razie, wyjebbał się w pobliżu reklam i chłopaki, co tam stali najbliżej, mieli chyba czas ciągnąć zapałki,o to, kto go będzie napjerdalał.

Caution! WET PAINT



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.

the Painter
Liczba postów:1,030 Reputacja: 5,037
22-10-2020, 12:33 #540
Staraliśmy się za wszelką cenę, przedrzeć do nich przez to ogrodzenie i oni się cofnęli, ale zanim doszło do czegokolwiek, policja już tam była i uspokoiła całą sytuację. Zepchnęli nas z powrotem na murawę, więc poszło hasło: "Za piętnaście minut na Rusholme High Street."
Na zewnątrz wyglądało to tak, jakby Liverpool się stlenił cały i rozpłynął w ciemnościach. Porównanie do tego, jak myśmy się zachowywali w ich mieście, w weekend, to był jeden wielki kontrast. Wszyscy Scousers, którzy wciąż byli w Manchesterze, znajdowali się już na Victorii, albo pośpiesznie zmierzali w jej kierunku. Autobusami, taksówkami i na nogach, United podążał za nimi. Pół godziny później, staliśmy i kminiliśmy pod Ardale. Ekipę mieliśmy przepotężną. Ponad 900 chłopaków rozlokowało się w kilkunastu barach. Jak zwykle, powysyłane na obcinkę grupki, szybko powróciły z raportami. Autobusy ze Scousersami, parkują po prawej, obok stacji, tam gdzie dzisiaj stoi Arena of Manchester. Policja podstawiła pół tuzina autokarów, ale ze względu na ruch, panujący na ulicach, był to bardzo powolny proces. Nie mieli wystarczającej ilości autobusów, by przewieźć wszystkich za jednym razem, więc gdy już wysypali się ci, którzy przyjechali jako pierwsi, pojazdy pojechały z powrotem na Maine Road po resztę.
Gdy stwierdziliśmy, że już jest odpowiednia pora, jak jeden mąż, ruszyliśmy w stronę Ducie Bridge Pub, który znajduje się na tyłach dworca. Byliśmy pewni, że sześć autobusów full Mickeys, zjawią się tam w niedługim czasie. Oto i one. Jedno spojrzenie i wszyscy już biegną w ich kierunku. Nie mieliśmy żadnego planu ataku. Po prostu chcieliśmy ich zatrzymać i dobrać się do nich. Wyraz na ich twarzach, zmienił się gwałtownie. Od markotności, po przerażenie. Nie zamierzali do nas wysiąść, więc oberwało się trochę autobusom i kilka szyb, zostało wyszkolonych. Gdy patrzyłem, jak się tam kitrają w środku, korek się trochę zluzował i ruszyli do przodu.
W niedługim czasie, znaleźliśmy się za dworcem na wprost ustawionych pod ścianą fanów Liverpoolu. Zaatakowaliśmy ich od kopa. Policja jednak zaprowadziła porządek i odesłała nas z powrotem. Liverpool próbował przeprowadzić jakiś pokazowy kontratak, ale była to zwykła sztuka dla sztuki, bo nie mieli szans, żeby się przedrzeć przez policję. To tylko podgrzało atmosferę. Do dziś nie mogę uwierzyć, w to co stało się później. Policja wybrała ten moment, by zacząć rozładowywać autokary ze świeżo przybyłymi Scousersami, właśnie w tamtym momencie, na zewnątrz kordonu. Poważny błąd. Ruszyliśmy z automatu i niektórzy z nich podjęli idiotyczną decyzję, by się nam postawić. Zostali rozjechani. Całe to miejsce, pogrążyło się w chaosie, a Mickeys, jeden przez drugiego, próbowali na powrót, wepchnąć się na pokład autobusów. (Ja pjerdolę! Jeszcze 4 strony opisu tego meczu. Już nie mogę. - dop. tłum.)
Dibble pojawił się z interwencją i zepchnął United,aż za Ducie Bridge, a potem na główną ulicę. Mając policję przed sobą, cofnęliśmy się i obeszliśmy dworzec. Teraz byliśmy przed nim. Policja nas ściga. Wyobraźcie to sobie. Tysiąc chłopaków biegnie przez Victorię, w stronę peronów, gdzie stoją specjale. Oczywiście wewnątrz, rozbrzmiewa ogłuszające: "War! War! War!". Dzięki akustyce w hali, przykrytej starym dachem, poziom decybeli jest niesamowity. Psy nas jednak dopadły i przy pomocy tych, którzy byli w środku, udało im się nas wypchanąć na zewnątrz. Spróbowaliśmy raz jeszcze, zaatakować od tyłu. Pech Scousersów chciał, że akurat wysiadali tam z kilku ostatnich autokarów z Maine Road. Wysiadła ich jakaś setka
Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, gdy ruszyli na nas. Nie wiem, co oni sobie myśleli. Niektórzy z nich wyglądali na chłopaków, ale było też tam mnóstwo takich, co wyglądali jakby ich ktoś namówił na ten wyjazd. To była rzeź. Ścigaliśmy ich dosłownie wokół dworca. Ale niekażdy rodzi się sprinterem i wkrótce ci, którzy nie mieli wrodzonych talentów lekkoatletycznych, zaczęli zalegać na chodnikach. Jednego co ścigałem, słyszałem jak się rozryczał w biegu i sapiąc łkał i pociągał nosem. Powaliłem go prawym sierpem z bocura. Gdy się wyjebbał w powietrzu dało się wyczuć bijący od niego strach. Podobnie jak, od kilku innych. Byli lekko oklepywani na glebie, ale to nic, w porównaniu z tym, co spotkałoby Mancsów, w podobnej sytuacji w Liverpoolu.
Policja odzyskała kontrolę i odepchnęła nas, z powrotem pod Ardale. Wciąż byliśmy nakręceni jak nakrętki, ale biorąc pod uwagę, panujące okoliczności, wielu chłopaków, zdecydowało się już rzucić ręcznik na ring i udać się na późnego, zasłużonego drina. Teraz psów było w okolicy tyle, że Scousersi, zrobili się prawie tacy agresywni, jak my poprzednio. Podczas krótkiej konwersacji, zaczęliśmy im wrzucać, jak żałosne było ich szoł, zaczynając od tego, że przyjechali specjałami. Dwa razy tylko mogliśmy się im dobrze przyjrzeć. Na dworcu i na stadionie. Ani raz nie zerwali się by nas poszukać. W Liverpoolu, przynajmniej podjęli dobrą próbę.
Zanim udaliśmy się gasić pragnienie, po tym pracowitym dniu, ktoś zaproponował, by jeszcze jeden, ostatni raz, zajrzeć na dworzec. W jakieś dwie dyszki, poszliśmy znów, pod Ducie Bridge Pub. Skręciliśmy w lewo, zamierzając na tyły Victorii. Wpadliśmy na podobną ilościowo grupkę Scousersów. Oni wiedzieli kim jesteśmy i my wiedzieliśmy, kim są oni, więc nie było potrzeby, by się wzajemnie sobie przedstawiać. Jeden z typów od nas, wjechał w nich od razu, a reszta podążyła za nim. Laliśmy się z nimi po środku ulicy i muszę przyznać, że byli nieźli. Liczby były podobne, tyle, że między nami, był jeden specjalista od nokałtów z Salford. Oni takiego nie mieli. Gdy już uśpił trzech, czy czterech, stanęli przed problemem, bo ktoś musiał się z nim zmierzyć i nie było wśród nich zbyt wielu chętnych. Zerwali się więc. Deptaliśmy im po piętach, aż do wejścia na dworzec. Gdy udało im się osiągnąć tą zbawinną przystań, my już nie podążaliśmy dalej za nimi. Nie zamierzaliśmy się ściąć, z połową GMP (Greater Manchester Police-dop. tłum.) we dwudziestu.
Gdy wracaliśmy, tych czterech znokałtowanych już się jakoś pozbierało. Gdybyśmy byli przeskoorwysynami, oklepalibyśmy ich jeszcze raz, ale nie byliśmy. Postawili się. Wyłapali swoje. Wystarczy.
-Spox. Walczyliśmy dzielnie, ale wam nie pykło. Dość.
-Wiemy, że daliśmy doopy, nie przyjeżdżając normalnym. Marne daliśmy dzisiaj przedstawienie, ale postawiliśmy się wam na koniec, bo chcieliśmy, żebyście wiedzieli, że nie wszyscy u nas są wydygańcami.
-Obskoczyliśmy. Fair Play. Bierzemy to na klatę.
Po tej krótkiej wymianie zdań, rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Oni na stację, a my na drina. Jeden z chłopaków, wciąż nie mógł się nadziwić: "Koorwa! Dopiero 11. wieczorem, a tu ani jednego Scousersa, który chciałby się sprawdzić."

* * *

Smile Smile Smile

Caution! WET PAINT



Róże są czerwone, a fiołki niebieskie.
Lepiej być byle kim, niż psim być wytryskiem.






Skocz do: