Witaj! Logowanie Rejestracja
ŚMIERĆ W BIBLIOTECE albo Najbardziej Brutalni - Kibice z Księgarni!



the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
23-10-2020, 11:33 #541
W 1985., MIELIŚMY SZANSĘ, pokrzyżować plany Evertonu na potrójną koronę. Graliśmy z nimi, w finale Pucharu Anglii, na Wembley. Tego dnia, było tam mnóstwo Scousersów i Mancsów bez biletów, ale wydaje mi się, że wszyscy oni, znaleźli drogę na trybuny. Każda szpara, każda dziura, wyłom i małe drzwiczki, zostały tamtego dnia wykorzystane.
Przed meczem United dosłownie zalał cały Londyn. Było nas tylu, że wyglądaliśmy jak siły okupacyjne, przygotowujące się do dalszej inwazji. Wprost nie do uwierzenia. Jedyne problemy jakich ja doświadczyłem przed meczem, to było w piątkowy wieczór. Zostałem odprowadzony z Leicester Square, na komisariat. Byliśmy w klubie, wszyscy trafieni i tańczyłem najebbany w oknie, gdzie zwykle tańczyły, wyrozbierane suki. Chlać zaczęliśmy jeszcze przed południem. Straciłem równowagę, złapałem się zasłony i zrywając ją, wypjerdoliłem się na glebę. Pech chciał, że akurat Old Bill stał przed tym oknem i obserwował moje popisy taneczne. Tak, czy siak, obrabowaliśmy kasę i owocarkę, więc czas był najwyższy, żeby się stamtąd zrywać. Jako, że miałem największe problemy z koordynacją ruchową, jako jedyny zostałem wciągnięty. Wypuścili mnie parę godzin później.
Zatrzymaliśmy się w B&B (Bad&brekfast-rodzaj motelu, ze śniadaniem-dop.tłum.), niedaleko Kings Cross. O 5.30 rano, włóczyłem się wokół Euston, gdzie jak zwykle przy takich okazjach, drzemało całe mnóstwo United. I jakoś tak wyszło, że o tak wczesnej porze, zaliczyłem starcie, z dwudziestką nocnych gapowiczów z Evertonu. Stałem na samym dole schodów przed dworcem i ładowałem z buta i machałem łapami jak oszalały. A dookoła, rozbudzeni ludzie, przecierali zaspane oczy i bez zastanowienia przyłączali się do walki. W końcu w jakieś cztery dyszki, pogoniliśmy Scousersów w stronę Kings Cross. Jednak w naszych annałach ten dzień zapisał się nie awanturami, nie wynikiem na boisku, ale słynną promocją, u jubilera na Swiss Cottage.

Little Dessie: W 1983 roku, United spotkał się na na Swiss Cottage, gdy graliśmy finał FA Cup z Brighton na Wembley. Wythenshawe, Collyhurst i Salford, wszyscy tam byli i to był wspaniały dzionek. Rok później, Everton grał w finale przeciwko Watford. Wtedy to oni się tam zbierali. Gdy więc nadszedł rok 1985 i w finale miały się zmierzyć drużyny United i Evertonu, pojawiło się pytanie, kto się zbiera na Swiss Cottage.
W dużej grupie, podjechaliśmy tam metrem. Wychodzimy ze stacji i co.. Jest tam pełno Evertonu, zajęli pub, a w pubie mieli amonicję. Butelki, szklanki, krzesła. Ale przeczekaliśmy pierwszą salwę i ruszyliśmy na nich, a właściwie to w pościg za nimi w górę High Street. Na ulicy zapanował chaos. Psy nie mogły tego wszystkiego ogarnąć.
Jeden Azjata, wyszedł ze swojego sklepu jubilerskiego, oglądać jak ścigamy Everton. Cały tłum od nas, zatrzymał się na ten widok. Zatrzymali się też, uciekający Scousersi, mając niezłą zagwozdkę, czemu przestaliśmy ich gonić. Dla nas nie było się nad czym zastanawiać. Gonić cały dzień Everton, czy wypromować jubilera i się trochę zarobić? Nie wiem jak wy, ale dla nas wybór był prosty. Wszyscy, którym się udało, a chętnych, jak się domyślacie, nie brakowało, wbili na żywioł do tego sklepiku i shaza po całości. Bierz co chcesz. Właściwie to tylko bezradnemu właścicielowi nie udało się tam wejść przez dłuższą chwilę, a potem to już nie było po co tam włazić. Większość z tych, co brała udział w tej akcji promocyjnej, natychmiast uderzyła w drogę powrotną do domu. Nikt nie będzie się szlajał cały dzień i awanturował na ulicach, z majtami pełnymi trefnej biżuterii. Bądźcież poważni. To był niezły wynik.
Złodziejka na wyjazdach, to było dla wielu chłopaków, sens tego wszystkiego, w tamtych czasach. Zwłaszcza podczas meczy pucharowych na kontynencie. Kto pierwszy wchodzi, najlepiej na tym wychodzi ubrany. Tak się wtedy mówiło. Przyjeżdżaliśmy do jakiegoś europejskiego miasta, dzieliśmy się na mniejsze grupy i chłopaki ruszały na bezgotówkowy shopping. To było tak samo ważne jak awantury. Gdy byłem gnojem, błagałem starego, żeby mnie zabrał na Old Trafford. Szliśmy na mecz, miałem może 5,albo 6 lat i ojciec przerzucał mnie przez ogrodzenie. Oszukiwałem i kradłem, nawet nie wiedząc o tym. Tak zostałem wychowany.
(To się nazywa opis meczu. Suche fakty. Wszystko co najważniejsze. Bardzo mi się podobało.-dop.tłum.)

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 23-10-2020, 15:35 przez the Painter.



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.


the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
24-10-2020, 16:09 #542
Jak już pisałem, ja sam nigdy nie byłem za dobrym złodziejem. Nie miałem do tego iskry bożej. W zimie nosiłem cegły na budowach, a latem zacząłem pracować, przy koncertach gwiazd muzyki pop. Robiliśmy całe trasy z grafftersami (Jak już pisałem wcześniej, grafft, to nie była tylko złodziejka. Każda nieopodatkowana forma zarobku. - dop.tłum.) Jeździliśmy po całej Europie, sprzedając t-shirty, przed halami, w których odbywały się koncerty. Zasadniczo, cel był zarobkowy, ale głównie to była beczka śmiechu i niejedna piwa, opróżniona w kuflotekach. Mało co zaglądałem do domu , a kasy przywoziłem jeszcze mniej.
Jeździliśmy na wszystko. Na czym się tylko dało zarobić. Trasa Eltona Johna, to było złote runo. Konkret hajc. Dobry sos. Nikomu się nie chciało tego robić, więc ja i jeden dzieciak się tym zajęliśmy. Okazało się, że jesteśmy na trasie monopolistami. Mieliśmy pełne ręce roboty i kieszenie pełne gotówki. Rozpizgaliśmy ten interes. Robiłem pierwszą trasę Michael'a Jacksona po Włoszech i graliśmy w piłkę na Schodach Watykańskich, za co byliśmy ścigani przez gwardię szwajcarską. Ze ździwieniem odkryłem, że podobnie jak na scenie chuligańskiej, także w grafftingu, Manchester United, ma największą firmę, zarówno w kraju, jak i za granicą. Od czasu do czasu, wpadaliśmy na Scouse-graffterów, ale graffterzy z Manchesteru i z Liverpoolu, dobrze znali się nawzajem i rzadko dochodziło między nimi do jakichś scysji. Zawsze w takich sytuacjach, ze względu na moją reputację, byłem przepychany gdzieś do tyłu i dobrze nade mną czuwano, żebym czegoś nie wykręcił.
Czasem zdarzyło nam się jakieś starcie, z ochroną imprezy. Zwłaszcza w Niemczech. Raz doszły nas słuchy, że oklepali paru chłopaków i pozabierali im podkoszulki, więc gdy cała impreza dobiegła końca, wyruszyliśmy na poszukiwanie tych ochroniarzy, by się z nimi rozliczyć. Było wśród nas kilku dobrych walczaków i wszystko zaplanowaliśmy sobie w szczegółach. Sprzedawaliśmy podróbki oryginalnych gadżetów i to był massive business. Na Wembley raz widziałem chyba z 400 chłopaków, tym się zajmujących.
Raz pojechałem tam zrobić koncert Madonny, ale stwierdziłem, że przy takiej konkurencji, to chooja zarobię. Poszedłem więc do znajdującego się w pobliżu pubu the Torch. Od landlorda, udało mi się wypożyczyć kubeł na śmieci. Ubłagałem go jeszcze, żeby wypełnił mi go lodem. Potem poszedłem do Tesco i kupiłem browców i cidrów, za wszystko co miałem. Przez cztery dni siedziałem z tym kubłem, pod tym pubem i sprzedawałem puchy, jedna za drugą. Landlorda to waliło, bo i tak pub był non stop dojebbany. Jeżdziłem moim vanem, tam i z powrotem do hipermarketu i byłem zarobiony po uszy.
Jedyny raz, co widziałem jakiś fajt między grafftersami, to było, jak grupa kolorowych z Birmingham, pojawiła się na Wembley. Gadałem z paroma osobami od nich i to była ekipa takich kick-bokserów. Ogólnie siedzących grubo w temacie martial arts. Ze względu na szemrany charakter tego interesu, wszelkie nieporozumienia i dysputy, wyjaśniane były zazwyczaj bez świadków i bez robienia jakichś cyrków. Ale wtedy tamta grupa, była po środku Wembley Way, gdy jacyś Cockneys, próbowali zrobić kilku z nich. Ci czarni byli mocno przygnieceni przewagą liczebną przeciwników, ale postawili się dobrze i pojechali z Cockneyami.
Znam osobiście, tylko dwóch chłopaków, którzy byli twarzami w swoich ekipach i poznałem ich właśnie przy okazji robienia koncertów. Jednym z nich był Riley z Leeds. Chłopak ze złota, nie żadna ciota. Był na wszystkich koncertach Madonny, we wszystkich miastach. Drugi, to Hicky z Chelsea. Sporzo typ. Wygadany i głośny jak wszyscy południowcy (Chodzi raczej o południe Anglii -dop.tłum.) Zdaje sobie sprawę, że nie jest jakimś super-fajterem, ale kocha być częścią ekipy i wszystko im organizować. Chciałbym tylko, żeby się raz, czy dwa zorganizowali dobrze i odwiedzili nas w Manchesterze.
Graffcierstwo w końcu wymarło śmiercią naturalną. Ale dzięki temu, że trochę się tym zajmowałem, zwiedziłem całą Europę. Zawsze była dobra zabawa. Te wspomnienia, z wślizgiwaniem się na promy, ukrywanie w minibusach. Moja luba, Debbie, miała na ten temat, taką samą opinię, jak na temat wszystkiego, czym się zajmowałem. Wyrywała sobie włosy z głowy.

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-10-2020, 16:22 przez the Painter.



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
25-10-2020, 11:54 #543
Rozdział XIV

ONI MYŚLĄ, ŻE TO JUŻ KONIEC
TO BYŁ ZWARIOWANY wieczór, gdy przykleiła się do mnie ksywa, pod jaką zna mnie dziś wielu chłopaków. Po derbach z City, trafiliśmy do jednego dwupoziomowego boozera, w jednej, z bocznych uliczek za Piccadilly. Jeden z chłopaków znał właściciela i ugadał się z nim, że przyprowadzi nas tam. Miał z tego jakiś procent. Wiedział, że za kołnierz, nie będziemy wylewać. Jedyne czego my potrzebowaliśmy, to miejsce, w którym będziemy się mogli zebrać, napić i skąd z pewnością później, wyruszymy, by zaatakować gdzieś City na mieście. Właściciel zapytał mnie: "Zajmiesz się barem na górze Tony? Beczkowe już się skończyło, więc dawaj tylko puchy po funciaku." I podrzucił kilkanaście zgrzewek puszkowego na górę.
Stałem na górze, za barem i sprzedawałem chłopakom piwo po funcie. Wtedy sobie pomyślałem: "Co ja tutaj robię, sprzedając chłopakom piwo za kasę!? Przecież ja tu nie pracuję!" Pociągnąłem za dźwignię od lanego cidra i okazało się, że działa i pompuje. Jebbać puszki! Party time! Zacząłem nalewać chłopakom, ale nie mogłem nadążyć z nadstawianymi szklankami, więc wytargałem z pod baru takie srebrne wiaderko, do którego cidr lał się cały czas, a chłopaki szklankami, tylko nabierali sobie z niego. Inni robili sobie drinki w pajntowych szklankach, racząc się alkoholem z butelek zza barem. To było jak stado piranni, które poczuły krew sączącą się z ofiary. Gorączka. Na dole opustoszało, gdy dotarły tam wieści, że: "O'Neill polewa za darmo!" Landlord, nic nie mógł zrobić. Zanim skończyło się Ale, byłem już dobrze zrobiony. Pamiętałem jednak, że muszę się rozliczyć. Z 90£,które miałem, odliczyłem 45 i zaniosłem je landlordowi. Cała miejscówa pękała w szwach. Odpalono gaśnice, które zostały opróżnione na barmana, czyli na mnie. Skończyło się tym, że stałem za barem i śpiewałem nasze bojowe pieśni, z tym wiadrem na głowie, a oni rzucali we mnie, czym się dało. Gaśnicami, szklankami, popielniczkami, wszystkim. Miałem na przeciwko siebie, jakichś 250 najjebanych jak bateria chłopaków.
Wtedy, około 10., wyszliśmy na ulicę. Widoczek, naprawdę malowniczy. Całe miasto chyba słyszało jak śpiewamy: "Gdzie jest to City?! O koorwa, gdzie jest to City?!!!" Poszliśmy pod pub Crown & Kettle, na Ancoats, bo ktoś rzucił hasło, że City tam było. Udało im się zablokować nam wejście, ale mi udało się wcisnąć moją głowę z wiaderkiem, przez okno do środka i zacząłem ryczeć jedeną z najpopularniejszych przyśpiewek na trybunach: "Przekopiemy!! Wasze łby!! Przekopiemy!! Wasze łby!!" Policja czekała na nas, na dole Oldham Street, by się nami zaopiekować. I dobrze, bo w takim stanie, mogliśmy nawet podpalić całe miasto. Nie wykluczam niczego. Od tamtej pory, przylgnęła do mnie ksywa Buckethead.

* * *

ZNAM DZIESIĄTKI historii, o bijatykach na derbach. Jednak ta o ataku pod pubem Whalley, oddaje, mniej więcej je wszystkie. Pierwszą, zasadniczą sprawą w dzień derbów, to jest, gdzie się spotyka City. Ustalenie tego, zawsze nastręczało nam trochę problemów, bo oni się zawsze, dobrze kitrali. Zawsze obawiali się, że pojawimy się gdzieś z doopy i zaczniemy ich skubać. Przez całą moją karierę na trybunach, ani razu nas nie wydzwonili. Nie skontaktowali się z nami przed meczem, żeby zagrać w otwarte karty. "Słuchajcie, my spotykamy się tu i tu. Gdzie wy się spotykacie? Dobra. Przyjdziemy tam i się sprawdzimy." U nich temat miejsca zbiórki, zawsze kmwtw. Przeważnie kończyło się tak, że biegaliśmy po jakimś Fallowfield, czy gdziekolwiek indziej, tropiąc ich zawzięcie, a oni się kitrali, próbując zacierać za sobą ślady. Miejsce naszych zbiórek, dla nikogo nie było tajemnicą, ale City nigdy się nie pofatygowało, żeby nas zaatakować. Zawsze woleli wyłapywać pojedyncze osoby od nas.
Tamtego dnia, graliśmy na Old Trafford i byliśmy pewni, że prędzej, czy później, pojawią się na scenie. Pomysł mieliśmy taki, że tym razem, spróbujemy zadziałać z wyprzedzeniem, antycypując ich posunięcia. Spotkaliśmy się w kuflotece, w której nigdy wcześniej, ani nigdy później, żeśmy się nie spotykali. To było gdzieś pomiędzy Whalley Pub, na granicy Whalley Range, a Chester Road. 400 głów od nas, zebrało się tam o 10. rano i plan był, że będziemy łapać robaki, gdy będą się prześlizgiwać, od strony Hulme, albowi Moss Side.
Wtedy, z tego co słyszałem, City spotykało się gdzieś, wpobliżu Maine Road. Wysłaliśmy zwiadiwców, którzy mieli ich namierzyć, ale bez powodzenia. Dobrze przewidzieliśmy ich ruch, bo ruszyli właśnie w stronę Whalley. Niedobrze, że nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Ale fart był po naszej stronie tamtego dnia i zupełnie przez przypadek, oni szli dwie ulice od tego pubu, w którym dryniliśmy. Nie mogliśmy tego, lepiej zaplanować. Mogli iść jeszcze dwie przecznice dalej i wtedy chooja by z tego wyszło. Ale nie szli.

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-10-2020, 12:07 przez the Painter.



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
26-10-2020, 11:05 #544
W końcu ktoś zadzwonił i dał cynę, że ich firma idzie przez park i że są na Whalley. W pobliżu, ani śladu psów. Żadna z ekip nie miała ogona. Galante. Wreszcie ich dopadniemy. Idziemy. Skręcamy w dół i dookoła pubu. Kilku stało na obczajce, ale to chyba była najgorsza obczajka na świecie. Gdy wyszliśmy zza rogu i nas zobaczyli, z automatu zerwali się do środka. My ruszamy na nich. Zanim zdążyli ostrzec, kogokolwiek, my już praktycznie, byliśmy na progu. Starczyło im czasu tylko na zatrzaśnięcie drzwi. Próbowaliśmy grzecznie, najpierw pukając z buta, żeby nam otworzyli, ale zatrzasnęli się tam, jak świnka przed złym wilkiem. Zaczynaliśmy się niecierpliwić. Otoczyliśmy lokal, co bardziej napaleni, zaczęli stukać w okienka. Jak zwykle przy takich okazjach, zbiło się kilka szyb Wszyscy namawiali ich żeby wyszli, zachęcając okrzykami. Cofnęliśmy się na chodnik, chcąc ich ośmielić. Uchylili drzwi. Gdy pojawili się w przejściu, bractwo, znów ruszyło na nich. Ci, z City, co już byli w drzwiach, nie mogli się cofnąć z powrotem do środka, bo wypychali ich na zewnątrz, bohaterowie drugiego planu. Niektórzy z nich próbowali rzucać na nas krzesła i inne przedmioty, będące na wyposażeniu pubu, nad głowami swoich kolegów. Był taki moment, że przechwyciłem jednego z tych rzuconych fikołów i zamachnąłem się nim, stojąc w samym środku przejścia do tego boozera. W ostatniej chwili, zajarzyłem się, że znam tego typa, którego wziąłem na celownik, ale co zrobić jak krzesło było już cal od celu. Przyjął dobrą bombę w banie. Po znajomości. Ale nic osobistego. Taka jest gra.
Ci od frontu, zostali rozjebbani dobrze, ale wszyscy, o własnych siłach, cofnęli się do środka. Wtedy wyskoczył dzieciak, machający przedłużką. Wyglądało jakby miał utorować drogę dla reszty na zewnątrz. Otoczyliśmy go próbując złapać go za ramię z przedłużaczem. Wyłapał kilka docelowych na głowę, po których stracił elastyczność ruchów i został rozdoopcony w końcu dobrze. Nikt z kolegów mu nie pomógł. Zajechał radiowóz na sygnałach, hamując z pichami. Myślał chyba, że nas przestraszy, ale wzbudził tylko agresję. Po 22 sekundach, puszczał już sprzęgło i na wstecznym mielił na zad tym, co zostało z jego radiowozu. Koguta się pozbył szybciutko, więc tylko klakson mu został. Byliśmy jednak pewni, że posiłki zjawią się wkrótce. I rzeczywiście. Zaraz podjechało kilka vanów. My jednak już mieliśmy plan wykonany, więc oddaliliśmy się stamtąd, a Dibble, ciągnął się za nami.
City w końcu, wyszli na zewnątrz. Kilka stów, żałosny widok. Ruszyliśmy w stronę Old Trafford, rozchodząc się po drodze, przystając tu i tam w małych grupkach. Czekaliśmy, aż psy będą eskortować City. Gdy szli, widzieliśmy, że wielu z nich jest dobrze zakrwawionych. Gdy doszli do Warwick Road, jak to było wtedy w zwyczaju, wszyscy zaczęli ich bombardować szklankami, butelkami i puszkami, albo próbowali przechwycić, tych co odstawali od grupy. Zostali tego dnia dobrze rozpracowani.
Postawiliśmy, na dziwny pub, na obrzeżach jakiegoś dziwnego osiedla, ale się opłacało. Złapali przynętę, haczyk i wędkę, poczym zostali uśpieni podbierakiem.
Jak już wspomniałem, Ciy miało ochotę na sparing, pod warunkiem, że liczby były, grubo po ich stronie. Nawet mnie się takie spotkanie z grupą City przytafiło. To było w Cyprus Tavern, do której oni swego czasu, lubili zaglądać. Wbiłem tam z Małym Desem i kilkoma młodzieżowcami, po powrocie z wyjazdu na Derby. City grało u siebie i Cyprus Tavern, uważali za swoją oficjalną miejscówę, więc było ich tam trochę. Atmosfera była ponura. Ja i Dessie, zwalaliśmy to z chooja. Nikt do nas nie wyskoczył. Skoorwysynki jednak obserwowały nas uważnie i widzieli, że z każdym kwadransem, jesteśmy coraz bardziej porobieni.
Na koniec wieczoru, doczłapaliśmy do schodów, po których zamierzaliśmy wyjść na zewnątrz na ulicę. Podbił do nas bramkarz i mówi: "Uważajcie, bo oni tam na was czekają wszyscy na górze." "Jebbać ich! Idziemy. Gdzie oni są?! " Niespecjalnie nas wystraszył. Te małolaty, co byli znami, nie wyglądali na przeszczęśliwych, bo zdawali sobie sprawę z proporcji, ale ja i Des, nie robiliśmy sobie nic z tego. Szedłem pierwszy, a oni nie mieli innego wyjścia, tylko podążać za mną. Gdy tylko wyłoniłem się na ulicę, City wytoczyło się zza rogu, podskakując w bokserskich postawach.
-Come on!
Ruszyliśmy na nich i o oni się rozpierzchli, ale zaraz zostałem otoczony z każdej strony. Byłem zbyt pijany i było ich zbyt wielu, bym mógł walczyć z nimi wszystkimi. Poleciałem na maskę samochodu. Odbiłem się od niej, jednak wciąż na nogach i wciąż trzymając gardę. Nie było innego wyjścia. Rzuciłem się do ucieczki, śladem młodszych chłopaków. Uciekając, zacząłem się śmiać, bo to naprawdę był pojebbany pomysł, żeby tam iść drynić do ich knajpy. Młodzi się tym przejęli. Uważali, że to plama na honorze, że ich pogoniło City, ale tłumaczyłem im, że to nic takiego. Od samego początku, ta misja była skazana na niepowodzenie. Czego się spodziewali? Ja i Des, mieliśmy z tego bekę, ale małolaty, wzięli to do siebie.
Dotarliśmy do Oxford Road, cały czas mając ścigające nas City, w zasięgu wzroku. Za zakrętem, kazałem im się zatrzymać, bo byłem pewny, że nie wszyscy tam biegają tak samo szybko, więc na bank ich grupa pościgowa, zdążyła się już rozciągnąć. Stała tam skrzynka z butelkami po piwie, więc kazałem wszystkim, żeby się dozbroili.
Pierwszy co wyskoczył zza winkla, został poczęstowany butlą przeze mnie. Rozprysnęła mu się na mordzie i spłynął. Młodzi zrobili dwóch, czy trzech innych i humory poprawiły im się wyraźnie. Pierwszy dostał butelką, drugi znokałtowany, trzeciego przekopują na glebie, ale wiedziałem, że reszta nadciąga za nimi.
"Dawać!!" Opróżniliśmy zawartość kraty, na pozostałych ścigających i ruszyliśmy w dół w stronę uniwersytetów. Zatrzymaliśmy taryfę, wsadziłem do środka kilku małolatów, a sam z Dessie'm, uderzyliśmy własnymi drogami na house.

Caution! WET PAINT



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
27-10-2020, 11:18 #545
Niektórzy z tych Citizens, byli ode mnie z Wythenshawe, ale nigdy nie traktowałem tych rzeczy personalnie. Whatever happens, happens..(Cokolwiek się dzieje, się dzieje.. - dop. tłum.). Zaliczyłem w życiu całe mnóstwo takich walk i następnego dnia, po prostu o nich zapominasz. Jeśli tego nie potrafisz, lepiej się nie angażuj.

* * *

W POŁOWIE LAT 80., Maggie Thatcher, wydała polecenie, rozprawienia się z chuliganką, ale tak po całości. Horror na stadionie Hysel, tragedia w Bradford, śmierć kibica Leeds, podczas awantur na Birmingham i nasza Bitwa na Promie, z WHU. Te wszystkie wydarzenia sprawiły, że dla wielu wyrok, został wypisany wielkimi literami na murze. Kompletnie z doopy Hicky i cała jego banda z Chelsea, zostali wciągnięci w wyniku długotrwałej tajnej operacji policyjnej (Kryptonim bodajże Extra Time. Po dwóch, czy trzech latach, doszło do ponownego procesu. Oskarżeni zostali oczyszczeni z zarzutów, wyroki skasowane, a odszkodowania wypłacone, z kieszeni podatników. Powód? Nierzetelność materiału dowodowego,użytego podczas pierwszego przewodu i niemożność jego weryfikacji. To samo dotyczy ICF, których adwokaci doprowadzili ciut wcześniej do kasacji wyroków chłopaków z WHU.-dop.tłum.) Bill Gardner, Cass Penant, Andy Swallow i cała ich spółka, powalili się zaraz potem. Millwall otrzymał skierowania na wczasy. To samo ekipy z Oxford United, Leeds, Wolves i nawet z Cambridge.
Mnie to jednak nie powstrzymywało. Na wyjeździe na Chelsea, znów dowodziłem naszymi siłami idącymi w bój z wszechpotężnymi Headhunters. Tamtego dnia setki naszych chłopaków, wysypywało się ze stacji na Earl's Court. Włóczyliśmy się po jakimś osiedlu, w końcu trafiliśmy na Kings Road (Główna ulica w pobliżu stadionu na Stamford Bridge.-dop.tłum.) To była sama esencja tej zabawy. W samym środku terytorium wroga, żadnych psów. Let the game begin.
Mieliśmy tylko jeden okrzyk, z którym ruszaliśmy do walki. "Wojna! Wojna! Wojna! United!!!". Zaczynaliśmy spokojnym marszem, przyśpieszając z wolna, im bliżej była akcja. I wtedy powietrze przeszywał ten okrzyk. Tamtego dnia, to wyszło mega-prężnie i efekt był piorunujący. Mówię wam, można się było przestraszyć.

Caution! WET PAINT



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
27-10-2020, 13:12 #546
Zanim dotarliśmy na World's End, gdzie znajduje się większość pubów Chelsea, biegliśmy już wszyscy i wymiataliśmy wszystko przed sobą. Chelsea nie miała nawet okazji wydostać się na zewnątrz, przemieszczaliśmy się od lokalu, do lokalu, demolując je po kolei. Kings Road była nasza.
Biorąc pod uwagę panujące wówczas klimaty, moja działalność, musiała prędzej czy później, zostać doceniona. Na wyjeździe na Spurs, zostałem drutnięty po raz kolejny.
Po tragedii, na stacji Seven Sisters Road, nasza rywalizacja, już wcześniej dość zażarta, uległa, jeszcze większej intensyfikacji. Tottenham ruszył na nas, doszło do konkretnej młócki. Obie ekipy, atakowały i kontrował raz, za razem. Walki, bieganina, koorewski chaos. Tottenham ruszył do ostatniej szarży. Odparliśmy z niemałym trudem ich wściekły atak, ale psy przytyczyły mnie w samym centrum i widziałem, że pokazują na mnie palcami. U London's finest, miałem już pojechane.
Ja i jeden dzieciak, Jason, odbiliśmy na bok, od głównej ekipy. Wszyscy zostaliśmy odeskortowani na stację. Staliśmy na peronie i chichraliśmy się, bo zaliczyliśmy dobre awanti. W pociągu zajarzyłem się, że kilka tych samych psów, wciąż trzyma się blisko mnie. Dało się wyczuć, że coś jest nie teges. Postanowiłem usiąść gdzieś z bocura, palić Jana i ignorować wszelkie próby kontaktu, tak jakbym tam nikogo nie znał. Ale Dibble nie spuszczał mnie z oka i gdy tylko oddaliłem się od reszty, skoczyli na mnie i wytargali z pociągu.
Na komisariacie, na recepcji, siedział koło mnie typek, Jimmy O'Neill. Niespokrewniony kompletnie ze mną. Top-dzieciak z Londynu.
No więc, kiedy psy zapytały mnie o imię i nazwisko, podałem im dane mojego braciaka, który, tak się składa, też ma Jimmy na imię. Myślałem, że uda mi się zrobić trochę zamieszania i jakoś dzięki temu, może uda mi się wymknąć. Nagle drzwi na komisariat, otwierają się z hukiem i do środka zostaje wrzucony, najebbany jak działo, notoryczny złodziej ode mnie z ośki, Nev Pitt, mający akurat przerwę, pomiędzy kolejnymi odsiadkami. "All right Tony?! Co ty tu koorwa robisz?!" Powitał mnie wesołym okrzykiem. Moje rzucające gromy spojrzenie skleiło mu wary i ostatecznie wyskoczyłem za kaucją, jako Jimmy O'Neill.
Gdy pojawiłem się na pierwszej rozprawie, dostałem adwokata z urzędu. To był zwykły fiut, który nie dawał wiary, w ani jedno słowo, z tego co mu mówiłem. Tak po prawdzie, to łgałem jak z nut. Według zeznających policjantów, brałem udział w bójkach, całą drogę na Seven Sisters i przewodziłem tłumowi. W ich historii, było jednak kilka nieścisłości. Według nich gonili mnie i aresztowali na schodach na stacji, gdy w rzeczywistości, czekali aż się wszystko uspokoi i dopadli mnie dopiero w pociągu.
Gdy stałem przed barierką, odczytane zostały wszystkie wcześniejsze wyroki Jimmy'ego O'Neilla. Dostarczyli kartotetego dzieciaka, którego zamielili razem ze mną. Tam były napady, pobicia, jakieś porwanie. Bóg wie co jeszcze. No więc tłumaczę wysokiemu sądowi, że coś im się pomyliło. Że ja, to nie ja. Ja jestem Tony O'Neill.

Caution! WET PAINT



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
28-10-2020, 16:38 #547
Oczywiście, miałem nadzieję, że przez to całe zamieszanie, uda mi się urwać ze stryczka. Myślałem może, że uwierzą, że policja pomyliła mnie z tym typem, który był ze mną na komisariacie. Że pomylili moje nazwisko. Że pomylili wszystko. Policja wiedziała, że to ściema. Ja sam wiedziałem, że to ściema. Mój papug, wiedział, że to ściema. I nawet sąd wiedział, że to ściema, ciemna jak noc polarna, w samym kącie iglo. Tylko dlatego, prawie mi się to udało, że akurat rzeczywiście tamtego dnia, zamielili na tamten komisariat James'a O'Neilla. Ale nigdy nie miałem, nawet cienia szans, by wygrać tą sprawę. Psy przedstawiły swoje kłamstwa, ja przedstawiłem swoje. Sędzia był tak wkoorwiony na mnie, obwiniając mnie o całe zamieszanie, że nawet pół minuty się nie zastanawiał. Szybko stwierdził, że zmyślona wersja policjantów, pasuje mu o wiele bardziej i wysłał mnie na cztery miechy do pieca. W gazetach napisali o mnie: " Notoryczny stadionowy chuligan i przedsiębiorca."
Upchnęli mnie na Pentonville (Home. Sweet home! -dop.tłum.). To było najpodlejsze, najbrudniejsze, najbardziej zasyfiałe więzienie, do jakiego mógłbyś, zbiegiem nieszczęśliwych okoliczności trafić. Pełno tam było różnych kloszardów, takich, co to nie mają z czego zapłacić grzywien i mandatów (Tak? To chyba w XIX i XX wieku. W początkach XXI., pełno tam było złodzei, dilerów i bandytów. Ale syf straszny. To się akurat nie zmieniło. -dop.tłum.) Pod celą miałem koc, po jakimś żulersie. Nie było tam czegoś takiego jak pralnia. Nikt tam nie próbował mnie straszyć. Na skrzydle byłem znany, po prostu jako "the Manc". To było najgorszy z możliwych wyborów, w temacie wakacje.

* * *

DWA DNI PO tym jak wjechałem, Bitwa na Promie, była na czołówkach wszystkich gazet. Wierzę, że te moje 4 miechy na Penton, to była boska interwencja. Gdybym się nie powalił, istniała całkiem realna szansa, że znalazłbym się tam na pokładzie. A wtedy przebieg całego starcia, wyglądałby zupełnie inaczej. Tego jestem pewien. Tak samo jak tego, że wyłapałbym wtedy raczej dychu, a nie cztery miesiące.



Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-10-2020, 16:45 przez the Painter.



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
29-10-2020, 11:52 #548
* * *

PODCZAS MOJEJ odsiadki na Pentonville, tak zwana Police Inteligence z Manchesteru, zaczęła wysyłać listy pod mój adres domowy, z nakazem zgłaszania się na komisariat w Stockport o godzinie 17.30, w dniach, gdy reprezentacja Anglii, będzie rozgrywać swoje mecze. Każdy z tych listów, kończył się ostrzeżeniem, że w przypadku niestawiennictwa, zostanę aresztowany. Moja Debbie, odpisała im w sarkastycznym tonie, że najpierw muszą mi załatwić, jednodniową przepustkę z więzienia i poprosiła o dołączenie formularza refundacji, w związku z utratą zarobków, jako, że każdego dnia w zakładzie karnym, otrzymywałem 1.40 £, za wykonywane tam prace. Zwróciła się też do nich, z zapytaniem, czy mają jakiś fundusz refundacyjny, z którego mógłbym opłacić podróż, ponieważ: "(..) mój mąż, bardzo chciałby się stawić i uniknąć ponownego aresztowania, jako że obecnie już odbywa karę więzienia, właśnie dzięki Police Inteligence." Nie wiedzieli nawet, że jestem za kratą. Kocur.
Ten sam pies, który mnie zamielił, podbił do mnie dziesięć lat później na Wembley, gdy graliśmy finał FA Cup, przeciwko Chelsea.
-All right Tony?
-Taa. W porządku. A kto ty koorwa jesteś?
-To ja cię drutnąłem 10 lat temu na Tottenhamie.
-Ty koorwo jebbana! Łgałeś wtedy w sądzie przez zaciśnięte zęby , żeby mnie tylko ujebbać. Pjerdolony koniobijco!
Mrugnął okiem i poszedł sobie. Ale to tylko przypomniało mi, że wciąż mnie obserwują.
Kiedy wyskoczyłem, nawet dla mnie było jasne, że przyszłość jest już wypisana na murze. Psy przechwalały się na lewo i prawo, że nasz stadion, należy teraz do najlepiej pilnowanych obiektów w kraju. Chief Superintendent Arthur Roberts, podkreślał często i gęsto, że Old Trafford, stał się wzorem, dla służb z innych rejonów Wielkiej Brytanii , jak powinno się zabezpieczać masowe imprezy sportowe, zwłaszcza te, posiadające status podwyższonego ryzyka. Było o tym nawet, w raporcie Popplewell'a, sporządzonym po wydarzeniach na Hysel, w Bradford i w Birmingham. Zainstalowano całą sieć kamer, kontrolujących trybuny, wejścia i drogi do nich prowadzące. Obraz był przekazywany, do specjalnego, centrum dowodzenia. Celem tego było nie tylko zapobieganie ekscesom, ale również gromadzenie informacji i dowodów. Rząd zakazał sprzedaży alkoholu na stadionach, z wyłączeniem restauracji i tego typu biznesów. Dużo zaczęto gadać, o wprowadzeniu specjalnych kart identyfikacyjnych dla kibiców, ale gadano dużo, a nie zrobiono nic w tym kierunku. Home Office, wyłożył za to kasę, na specjalnego "hoolivana", który przed i po meczach, jeździł dookoła stadionu, filmując tłumy.
Media zawsze lubiły się też zajmować działalnością chuliganów, na innych poletkach. Pozastadionowych. Gazety w Manchesterze, wręcz zachłystywały się wyczynami Czerwonoarmistów w latach 70tych. Teraz w menu, daniem głównym były porachunki śródmiejskich gangów. Wojna rozpoczęła się od strzelanin na Salford i Moss Side. Elementy kryminalne próbowały zdominować, kontrolę nad klubami nocnymi w mieście, oraz zmonopolizować handel narkotykami. Klub Hacienda przeżywał żniwa, gdy ekstazy, w dudniących rytmach techno, wkroczyło na rynek. W porównaniu z takimi sytuacjami, typy walące się po mordach, przy okazji meczów, jawili się jako niegroźne czuby.

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-10-2020, 11:56 przez the Painter.



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
30-10-2020, 10:36 #549
Nie miałem jednak pojęcia, że komenda manchesterskiej policji, wciąż trzyma mój przypadek na tapecie. Utworzyli specjalną grupę, pod nazwą Omega Squad, która miała zinfiltrować grupy chuligańskie i gromadzić dowody, wskazujące, które z pośród osób decyzyjnych na Manchesterze City i na Manchesterze United, zajmują się organizacją awantur na stadionach i wokół nich.
Mieli całą listę podejrzanych, którzy interesowali ich w szczególny sposób, ale jedna osoba, z pośród całej tej grupy, była dla nich celem priorytetowym. Nazywali go, Centralnym Nakręcaczem, a podczas tajnej operacji, nadali mu specjalny codename. Target Kilo. Pewnie domyślacie się o kogo chodzi. Ale to już jest zupełnie inna historia...

KONIEC

Caution! WET PAINT
Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-10-2020, 17:01 przez the Painter.



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

MakuKSC Banned
Liczba postów:3,602
30-10-2020, 10:45 #550
Wielkie Dzieki Malarzu za taka literacka uczteWink



sterby
Liczba postów:8,804 Reputacja: 12,799
31-10-2020, 09:13 #551
Obiecuję, że po Nowym Roku nadrobię zaległości.
Świat szykuje mi dłuuuuuuuugie wakacje.
Siostra ma Covid.



Łatwiej jest oszukać człowieka, niż przekonać go, że został oszukany.

hank
Liczba postów:13,686 Reputacja: 23,130
31-10-2020, 17:12 #552
Zdrowia dla was , trzymajcie się . Smile



Semper fidelis .
Nigdy nie zejdziemy na psy

the Painter
Liczba postów:1,046 Reputacja: 5,125
Wczoraj, 13:01 #553
Jeden z czytelników, odnosząc się do książki A. Nicholls'a, napisał, że czytając, co parę stron, miał to dziwne wrażenie, że już kiedyś, gdzieś, świadkował podobnym do opisywanych w książce wydarzeniom. Dokładnie, to gdzieś, miało miejsce u Nas, na Cracovii. Podobieństw między Evertonem i Cracovią, jest całe mnóstwo. Ot choćby metka nożowników. Przed wojną, rok w rok, byliśmy liderem, pod względem liczby przypadków użycia niebezpiecznych narzędzi na Naszych trybunach. Oczywiście,nie licząc klubów żydowskich, bo pozycje Maccabi i Jutrzenki, były w tym rankingu nie zagrożone.
Innym rzucającym się w oczy podobieństwem, jest to, że zarówno Evertonowi jak i Cracovii, wyrosła pod bokiem, niczym bolesny pryszcz na doopie, konkurencja, w postaci innego klubu . Oni mają LFC, po gorszej stronie parku Stanley'a, a My wiadomo co. I podobnie jak My, kibice Evertonu, uważają, że z winy swoich nielubianych sąsiadów, ich klub nie rozwinął się i niezasłużonie został pozbawiony szans, by walczyć o najważniejsze trofea.
Te dwie rzeczy moim zdaniem, są takimi najbardziej wyrazistymi elementami wspólnymi, porównując te dwa wspaniałe kluby.
Ale tu jest temat o Manchesterze United, więc proponuję w ramach dogrywki, taką mini zabawę, tyle, że zamiast tradycyjnego "Znajdź różnice", My zabawimy się w "Znajdź podobieństwa"

MU- przydomek: Czerwone Diabły
KSC- przydomek (min.): Biało-czerwone Szatany

MU- okrzyk bojowy kibiców: Wojna! Wojna! Wojna! United
KSC- okrzyk bojowy kibiców: Wojna! Wojna! Wojna! Cracovia
(Nie chcę się zagłębiać, kto był pierwszy)

MU- najliczniejszy fan club: Londyn
KSC- najliczniejszy fan club: Londyn

MU- liczna obecność elementu kryminalnego na trybunach
KSC- b. liczna obecność elementu kryminalnego na trybunach

To tylko kilka podobieństw, tak na pierwszy rzut oka. Spróbujcie znaleźć wincy.

Caution! WET PAINT



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.






Skocz do: