Witaj! Logowanie Rejestracja
Czy tu sie cos dzieje? Czyli sezon ogorkowy otwarty:)



SaNtO
Liczba postów:18,181 Reputacja: 8,685
20-12-2006, 23:55 #61
Jordan ma fajnie

a co do sobolewskiego to jest nic nie warty




Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
25-12-2006, 21:27 #62
Szukaj, twórz, zarabiaj

Siergiej Brin i Larry Page w ciągu ośmiu lat ze skromnych studentów stali się miliarderami. Stworzyli chyba najbardziej fascynującą i najszybciej rozwijającą się firmę na świecie. Google.

Chociaż założyciele przedsiębiorstwa należą dziś do najbogatszych ludzi na świecie, oficjalnie zarabiają po dolarze miesięcznie. Nie mają żadnych dodatków, premii czy opcji na akcje. Mieszkają w wynajętych mieszkaniach z dwiema sypialniami. Jeżdżą popularnymi w Ameryce toyotami prius o hybrydowym - gazowo-elektrycznym napędzie. Mili i skromni mężczyźni koło trzydziestki do niedawna udane interesy świętowali wspólnymi posiłkami w McDonaldzie lub Burger Kingu.

Niedawno jednak postawili złamać swoje zasady i nieco sobie pofolgować. Raz się żyje. Kupili więc używanego boeinga 767-200. Ten samolot zabiera na pokład 180 osób, ale nowi właściciele zażyczyli sobie totalnej przebudowy wnętrza. Sypialnie z ogromnymi łóżkami, podwieszane na suficie hamaki i inne cuda-wianki. Poza tym 50 siedzących miejsc dla przyjaciół i współpracowników, z którymi będą podróżować.

No cóż, można mieć kaprysy, zwłaszcza gdy w kilka lat po skończeniu studiów jest się współtwórcą kolejnej rewolucji technologicznej. I z niczego tworzy się firmę, na którą patrzą z wielką obawą światowe giganty, nie tylko z branży technologicznej.

Garaż w Menlo Park

Jedenaście lat temu dwóch młodych chłopaków spotkało się na Uniwersytecie Stanforda. Jeden miał lat 24, drugi 23. Sprzeczali się prawie na każdy temat, obaj uznali, że są "odpychający", ale obu fascynował jeden problem - wyszukiwanie informacji w sieci. Dość szybko doszli więc do porozumienia.

Larry dostał pierwszy komputer, kiedy miał sześć lat, jego rodzice byli informatykami. Siergiej bawił się commodore'em 64 w wieku lat dziewięciu. Urodził się w Moskwie, ale jego rodzice, rosyjscy Żydzi, uciekli do Stanów w 1979 roku. Ojciec zaczął wykładać matematykę na jednym z uniwersytetów, a matka dostała pracę w NASA.

Larry od dzieciństwa marzył, by zostać wynalazcą. John Batelle w książce "Szukaj" pisze, że wielkie wrażenie zrobiła na 12-letnim wówczas chłopcu lektura biografii Nikoli Tesli, który wynalazł technologię komunikacji bezprzewodowej, promienie X, komórki słoneczne, współczesne sieci energetyczne. Larry nie mógł pojąć, dlaczego tak wielki wynalazca nie stał się sławny i bogaty. Bardzo to przeżywał. Sam już nie popełnił tego błędu. Dwadzieścia lat później miał swoje wynalazki, sławę i pieniądze. Przed każdym z tych słów należałoby postawić przymiotnik gigantyczne.

Uniwersytet Stanforda to specyficzne miejsce. Najzdolniejsi studenci przyjeżdżają tam się kształcić, ale i zaczynać wielki biznes. Zwykle absolwenci tej prestiżowej uczelni zostają szefami, doradcami czy menedżerami największych firm kalifornijskiej Krzemowej Doliny. Albo zakładają własne.

Złotodajny algorytm

Larry i Siergiej dość szybko stworzyli swoją pierwszą wyszukiwarkę internetową o nazwie BackRub. Razem z nimi przy tym pierwszym projekcie pracowali Scott Hassan i Alan Steremberg. Ci dwaj nie wyczuli, jaka szansa otwiera się przed nimi, i opuścili późniejszych założycieli Google'a. Jak to jednak w Krzemowej Dolinie z absolwentami Stanforda bywa, jeden założył własną firmę eGroups.com, a drugi serwis pogodowy The Weather Underground. Pierwszy po paru latach zdążył sprzedać eGroups za jedyne 500 mln dolarów, drugi do dziś z powodzeniem kieruje działalnością serwisu pogodowego.

Wtedy jeszcze Larry i Siergiej myśleli o swoim przedsięwzięciu bardziej jako o programie badawczym niż o własnym biznesie. W pracy nad wyszukiwarką BackRub korzystali z uniwersyteckich komputerów i serwerów. Projekt rozrastał się błyskawicznie. Ze wszystkich biur i grup projektowych ściągali sprzęt, wypraszali karty sieciowe i łącza. Zajmowali coraz większą część łączy Stanfordu, raz wywalili całą, słynącą z potężnej infrastruktury, sieć uniwersytecką.

Kluczowym momentem dla Page'a i Brina było wymyślenie algorytmu, który pozwolił na określanie ważności stron wyszukiwanych w Internecie nie jak dotychczas na podstawie powtórzeń słów-kluczy na danej stronie WWW, ale na podstawie liczby odniesień do innych stron. Twórcy stron internetowych mogli dość łatwo oszukiwać maszynę wyszukującą przez słowa-klucze. Liczba odniesień do innych stron oddaje rzeczywistą ważność tej wyjściowej, bo pokazuje, jak wiele innych stron odwołuje się do niej.To właśnie był początek wyszukiwarki Google. Nazwa wzięła się od matematycznego terminu Googol oznaczającego 1 ze 100 zerami. Lekko zmienione słowo miało oddać główny cel firmy - uporządkowanie ogromnych ilości informacji dostępnych w Internecie.

Już po kilku latach słowo google w języku angielskim i powoli także w polskim zaczyna funkcjonować jako czasownik - to google, a u nas - guglować, czyli szperać za pomocą wyszukiwarki w Internecie. Ten fakt, może nawet lepiej niż miliardy dolarów zarabiane przez Page'a i Brina, uzmysławia skalę powodzenia przedsięwzięcia.

Uroczyste śniadanie w Burger Kingu

Kiedy koncept wyszukiwarki był już gotowy, opublikowali w Stanfordzie wyniki swojej pracy i publikacja zrobiła błyskawiczną karierę w świecie naukowo-badawczym. Przez półtora roku Larry i Siergiej pielgrzymowali po wielkich firmach internetowych, prezentując swoją technologię. Spotykali się z zainteresowaniem, ale nikt nie uznał jej za przedsięwzięcie warte inwestycji. Pracowali więc dalej nad udoskonaleniem swojego wynalazku. Ich wyszukiwarka zaczęła wyławiać coraz więcej dokumentów w sieci. Wtedy zdali sobie sprawę, że sprzęt uniwersytecki tego nie wytrzyma i jedynym wyjściem jest założenie własnego przedsiębiorstwa. Zwrócili się do Andy'ego Bechtolsheima, założyciela słynnej firmy Sun. Po pierwszym spotkaniu Bechtolsheim wystawił im czek na 100 tysięcy dolarów. Page i Brin byli zaszokowani, nie zdążyli nawet zarejestrować własnej firmy. Pierwszy ofiarodawca i inwestor zaproponował im, by przedsiębiorstwo nazwało się Google Inc. I na tę nazwę wypisał czek. Chłopcy z radości poszli śniadanie do... Burger Kinga.

Po kilku dniach, 7 września 1998 roku, firma rozpoczęła działalność. Wynajęli pierwsze biuro - w garażu, od znajomej Siergieja.

Wkrótce potem Andy Bechtolsheim zainwestował w spółkę okrągły milion dolarów. Wtedy poszli uczcić to po raz drugi i też do Burger Kinga. A firma Google rozpoczęła swoją wielką karierę. Amerykański tygodnik "Time" umieścił ją w zestawieniu "Top ten" w kategorii "Najlepsza technologia cyfrowa 1999". Ich pierwszym wielkim klientem był właściciel wyszukiwarki Netscape.

W garażu pracowało już siedem osób i trzeba było przenieść się do normalnego biura. W Ameryce wybuchł internetowy boom, inwestorzy pchali się drzwiami i oknami. Rok po rozpoczęciu działalności wartość firmy była wyceniana na sto milionów dolarów! Dwa fundusze venture capital włożyły w rozwój Google'a jedną czwartą tej kwoty.

Do zarządu firmy wchodzili przedstawiciele inwestorów, ale Brin i Page nadal odgrywali i odgrywają główne role. Zatrudniali coraz więcej pracowników, sami angażowali się w organizację pracy i marketing. Liczba użytkowników Google'a rosła o 20 procent miesięcznie.

Nowych pracowników rekrutowali przez niezwykle oryginalne ogłoszenia. Na przykład na jednymz billboardów przy autostradzie umieścili dość trudne zadanie. Dzięki jego rozwiązaniu można było wejść na stronę w Internecie, gdzie czekała kolejna skomplikowana zagadka. Kto, myśląc logicznie, rozwiązał i to zadanie, dowiadywał się, że ma szansę... wysłać swoje CV i być przyjętym na wstępną rozmowę do Google'a. Tak pozyskiwali najbardziej błyskotliwych informatyków, programistów, matematyków.

Nie bądź zły, chyba że w interesie Google'a

Nowe, eleganckie biuro w Mountain View nazywane miasteczkiem Google nie przypomina typowego zakładu pracy. Najpierw było to jedno piętro, wkrótce firma zajęła cały budynek.

Siergiej Brin powtarza, że chciał stworzyć takie miejsce, do którego pracownicy lubiliby przychodzić. Jedną z pierwszych rzeczy, o jakie zadbali, było świetne jedzenie. Specjalnie ściągnęli do kantyny znanego kucharza, który wcześniej przygotowywał posiłki dla słynnego zespołu rockowego Grateful Dead. W barku pracownicy bezpłatnie dostają soki owocowe. Do pracy mogą zabierać swoje ulubione zwierzaki. Na parkingu raz w tygodniu odbywają się rozgrywki hokeja na rolkach. Można też pograć w koszykówkę, pojeździć na skuterach, pograć w piłkarzyki stojące w wielu miejscach budynku. Atmosfera i styl pracy są bardzo niezobowiązujące. Superbogaci właściciele do dziś chodzą w T-shirtach albo zwykłych koszulach, często przyjeżdżają do pracy rowerami.

Kierownictwo długo dyskutowało nad jedną zasadą, która miała stać się credo przedsiębiorstwa określającym, jak pracownicy powinni się traktować nawzajem i jak firma powinna traktować świat zewnętrzny. "Nie bądź zły" - te słowa pojawiły się wkrótce na każdej firmowej tablicy ogłoszeniowej. Co jest tym złem? "Wszystko to, co Siergiej uważa, za złe" - odpowiadają. A w praktyce? Na przykład firma nie reklamuje wysokoprocentowych alkoholi, alewino już tak. To wybór Siergieja. Nie reklamują też broni.

Wkrótce okazało się, że rzeczywiście jest to wybór bardzo subiektywny. Inwestując w Chinach, zgodzili się na cenzurę rezultatów wyszukiwania przez totalitarny rząd, za co spotkała ich ogólnoświatowa krytyka. Złośliwi mówią, że credo firmy brzmi teraz: "Nie bądź zły, chyba że w interesie Google'a".Jedna rzecz szczególnie różni styl pracy w Google'u od stosowanego w innych przedsiębiorstwach. I prawdopodobnie jest to jeden z kluczy do sukcesu. Larry i Siergiej postanowili, że wszyscy pracownicy przez jeden dzień w tygodniu nie pracują nad swymi normalnymi zadaniami, ale poświęcają go wyłącznie na wymyślanie i rozwój własnych projektów. Część z nich ląduje w koszu, wiele jest rozwijanych.W celu weryfikacji i analizy nowych pomysłów stworzono specjalne GoogleLabs, do których zaprasza się normalnych użytkowników sieci, aby testowali nowe rozwiązania.

Magiczne reklamy

Nowe pomysły przynoszą też wydarzenia w świecie zewnętrznym. Atak terrorystyczny z 11 września doprowadził do stworzenia serwisu Google News. Tego dnia szefowie firmy zauważyli, że nagle użytkownicy wpisują do wyszukiwarek miliony haseł typu: WTC, Osama bin Laden, terrorists itp. Firma natychmiast to wykorzystała i stworzyła nową usługę: serwis informacyjny grupujący najbardziej poszukiwane informacje z całego świata.

Największym hitem Google'a okazało się wprowadzenie reklamy kontekstowej w wyszukiwarce AdWords - komputer skanuje treść wyszukanych przez Google'a linków i zamieszcza przy nich płatneodnośniki do innych stron. Na tej usłudze firma zarabia miliardy dolarów rocznie. Potem wprowadzono kolejną - AdSens. Strony internetowe przedsiębiorstw, które podpiszą z Google'em umowę, są tak samo skanowane i na nich pojawiają się małe reklamy przysyłane przez firmę z Kalifornii. Sukces tego pomysłu polega na trafnym umieszczaniu reklamy. W przypadku AdWords pojawia się ona tylko przy wpisaniu do wyszukiwarki wykupionych przez klienta słów kluczowych. W przypadku AdSens reklamy wyskakują tam, gdzie jest poruszany temat związany z treścią ogłoszenia. Niezwykłość rozwiązania polega też na tym, że zleceniodawca płaci nie za umieszczenie reklamy, ale liczbę kliknięć w nią wykonanych przez użytkowników. Nie płaci za puste przebiegi. To rewolucyjny pomysł.

Gigant Brina i Page'a rozpoczyna właśnie ekspansję reklamową w prasie drukowanej.

Google przestał być pierwotnym genialnym wynalazkiem - najskuteczniejszą przeglądarką sieciową. Sam kupuje kolejne serwisy, np. YouTube, i tworzy nowe: pocztę Gmail, Google Video, Google Maps, Google Desktop. Trwają prace nad przystosowaniem telefonów komórkowych do skanowania kodówkreskowych w sklepach, co umożliwiłoby błyskawiczne porównanie na miejscu cen podobnych produktów we wszystkich sklepach w okolicy. Przed tym właśnie drżą szefowie i właściciele sieci hipermarketów. Toczy się bitwa z wydawcami, którzy protestują przeciwko tworzeniu przez Google'a gigantycznej biblioteki wszystkich zeskanowanych książek dostępnych dla użytkowników za jednym kliknięciem.

Pomysły nowych przedsięwzięć powstają niemal każdego dnia.

Coraz więcej pomysłów

Tuż przed Bożym Narodzeniem instytucja, w której pracuje mamaSiergieja - NASA - i Google ogłosiły, że będą współpracować w tworzeniu wizualizacji map pogody w czasie rzeczywistym, w śledzeniu na bieżąco w Internecie pracy stacji kosmicznych i w przygotowywaniu trójwymiarowych map Księżyca i Marsa.

Google wkracza w kolejne obszary - biznesu i życia zwykłych ludzi. W wywiadzie dla "Playboya" Larry Page powiedział: "Zdumiewające, że Google staje się częścią życia ludzi, jak mycie zębów. Używają nas przez cały dzień, kiedy pracują, kiedy robią zakupy, decydują, co robić po pracy i do wielu innych rzeczy. Google został zaakceptowany jako część życia ludzi".

Siergiej Brin i Larry Page mają teraz 33 i 34 lata. Ich firma jest dziś warta 140 miliardów dolarów (najbardziej wartościowa polska spółka PKO PB kosztuje 13 razy mniej, ok. 11,5 mld dolarów). A Google ciągle się rozwija. I ma coraz więcej nowych pomysłów. Coraz bardziej zmienia nasz biznes, naszą kulturę i nasze życie.

Źródło: Rzeczpospolita - Igor Janke : W tekście korzystałem z informacji zawartych w książce "Szukaj" Johna Battela, ale przede wszystkim z dziesiątków artykułów z różnych światowych mediów, znalezionych oczywiście za pośrednictwem wyszukiwarki Google



Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
27-12-2006, 13:44 #63
Dramatyczny przebieg tegorocznych Sydney-Hobart

Tradycyjnie w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia (australijski Boxing Day) 78 jachtów wystartowało do 62. wyścigu Sydney-Hobart. W tym jednym z najsłynniejszych żeglarskich klasyków na Morzu Tasmana nie brakuje dramatycznych wydarzeń. Jachty ABN Amro One i Maximus straciły maszty. Są ranni. Po upływie doby z powodu różnych awarii musiało wycofać się dziewięć jachtów.

Na czele stawki 69 jednostek znajduje się australijski Wild Oats XI. Do mety miał w środę rano czasu polskiego 280 mil.

Wielkie niepowodzenie spotkało nowozelandzkiego Maximusa (skipperzy Charles St Clair Brown i Bill Buckley) oraz holenderskiego ABN Amro 1 (Mike Sanderson - zwycięzca ostatnich wokółziemskich regat Volvo Ocean Race). Oba jachty straciły maszty, mają poważne uszkodzenia i pod awaryjnym takielunkiem wracają do Sydney. Sześciu członków załogi Maximusa odniosło obrażenia. Ratowniczym helikopterem zostali zabrani na brzeg.

Gdy doszło do wypadku wiał wiatr z szybkością 30 węzłów. Była godzina 3.30 nad ranem, a jachty znajdowały się na południe od zatoki Batemans. Miały walczyć o zwycięstwo z Wild Oats XI; wielu obserwatorów uznało je za zdecydowanych faworytów.

Prowadzenia od startu nie oddał Wild Oats XI, który wynikiem 1 dzień, 18 godzin, 40 minut i 10 sekund ustanowił rok temu rekord 630-milowej trasy klasyku. Za nim, z niewielką stratą (20-30 mil), płyną także australijskie jachty: Skandia (Grant Wharington) oraz Ichi Ban (Matt Allen), który jest liderem klasyfikacji przeliczeniowej (Tattersall's Cup), uwzględniającej m.in. różne parametry łodzi.

Na ostatniej, 69. pozycji żegluje załoga jachtu z Canberry - Gillawa, która w dwóch ostatnich regatach przybywała do Hobart w tydzień po zwycięzcy.

Źródło: PAP



Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
27-12-2006, 13:54 #64
Fragmenty wspomnień uczestnika wyścigu Sydney-Hobart w 1991 roku Ireneusza Karaśkiewicza
(relacja kursuje w sieci bez polskich znaków). [część I]

==

Na Swieta w 1991 r. uczestniczylem w regatach Sydney-Hobart jako
sternik na australijskim jachcie "Catriona McDonald" i swego czasu dla
przyjaciol opisalem owa przygode.

Wszystko zaczelo sie dosyc przypadkowo. Otoz na poczatku grudnia skonczylem
wlasnie kurs jezyka angielskiego i rozpoczelem dlugie, 2-miesieczne wakacje.
O pracy w ogole jeszcze w owym czasie nie myslalem z powodow: po pierwsze -
jej braku, a po drugie - mojej slabej jeszcze wowczas znajomosci jezyka
angielskiego. Jedyne co mi przychodzilo do glowy to "gdzies sie wyrwac",
obojetnie gdzie, najlepiej gdziekolwiek.

Jednym z pomyslow bylo zaangazowanie sie jako tzw. "deckhand", (tj.chlopiec
pokladowy) na niedzielne plywania na jachcie. W Australii jest to dosyc
popularny sposob zeglowania dla tych niemajacych zaglowki. Uzupelnic tutaj
musze, ze zeglarstwo w Australii jest calkowicie sprywatyzowane, tzn.
zegluja tylko ci, ktorych stac na posiadanie jachtu. Pozostali moga tylko
liczyc na litosc tych pierwszych - jezeli oczywiscie chca plywac.

W praktyce realizacja mojego pomyslu wygladala nastepujaco; napisalem krotki
list opisujacy kim jestem, moje doswiadczenie zeglarskie z Polski (10
sezonow zeglarskich, w tym 7 jako instruktor zeglarski plus kilka wojazy po
Baltyku), wyrazilem gorace pragnienie zeglowania i podalem swoj numer
telefonu. Nastepnie zrobilem 20 odbitek tego listu i wyslalem je do 20-tu
najwiekszych klubow zeglarskich w Sydney. Bylem absolutnie pewien, ze od
nastepnego dnia telefony z ofertami beda sie doslownie urywaly.

Niestety, ani tego dnia, ani przez nastepne dni, nikt nie zadzwonil. Po
tygodniu daremnego oczekiwania na telefon zaczelem tracic nadzieje ze
cokolwiek z tego bedzie, a po dwoch zapomnialem w ogole o calej akcji i
zaczelem obmyslac jakby tu inaczej spedzic wakacje. Pod koniec jednak
trzeciego tygodnia - pamietam bylo to w srode wieczorem - wlasciciel
pensjonatu w ktorym wowczas mieszkalem, powiedzial mi, ze pod moja
nieobecnosc w ciagu dnia dzwonil ktos do mnie w sprawie zeglowania.
Poczatkowo zignorowalem ta wiadomosc, ale nastepnego dnia, ten ktos znowu
zadzwonil. Tym razem w mojej obecnosci.

Przedstawil sie - na imie mu Peter Lhuede i jest wlascicielem jachtu
"CATRIONA MCDONALD". Dalsza rozmowa wygladala nastepujaco. Czy w dalszym
ciagu chcesz zeglowac? Chce. Potrzebuje czlonka zalogi na regaty klubowe
jutro rano. Jestem gotow. Start do regat odbedzie sie w poludnie, ale
zbiorka zalogi odbedzie sie juz o 9 rano. O.K. W czasie regat wyjdziemy na
ocean, planowane zakonczenie regat - we wczesnych godzinach porannych, w
sobote. Perfect. Jacht zacumowany jest w CYC (Cruising Yacht Club) w Double
Bay. O.K. No to do jutra. Do jutra.

Nastepnego dnia tj w piatek rano udalem sie pod wskazany adres . Bez trudu
odnalazlem jacht - byl to drewniany dwumasztowy jol koloru bialego, dlugosci
44 stop, dosyc stary (rok budowy -1956). Mial bardzo ladna sylwetke, - w
stylu jachtow z przelomu stulecia i w ogole prezentowal sie bardzo okazale.
Stal przycumowany prawa burta do pomostu. Zapukalem niesmialo w poklad. Z
luku magazynku zeglarskiego wylonila sie zarosnieta i kudlata glowa kogos,
kto zdawalo sie tylko w duzym przyblizeniu przypomina homo sapiens.
Przedstawil sie - nazywa sie Noel Green (pozniej - na skutek jego
zamilowania do picia piwa nazwalismy go Noel Beer) i jest sternikiem na tym
jachcie. Poza tym byl na potwornym kacu i oddech mial taki ze lepiej nie
podchodz. Po chwili zjawila sie reszta zalogi. Byli to: Peter Lhuede -
skipper i wlasciciel jachtu, Paul O'Connell - nawigator (ogromny grubas z
broda), Noel Dauar - zalogant i jeszcze trzech chlopakow, ktorych imion juz
dzisiaj nie pamietam. Nazwijmy ich A, B i C - zaloganci.

Po krotkim przedstawieniu sie Peter porozdzielal nas do roznych prac. Po ok.
1.5 godzinie odbilismy od pomostu i zmierzalismy ku linii startu, ktora
usytuowana byla na srodku Zatoki Sydnejskiej. Peter postawil mnie za sterem.
Zwrocilem uwage na to ze bardzo uwaznie przyglada sie wszystkiemu co robie i
jak sie zachowuje. "Pedal" mylnie zgadlem.

Nie wiedzialem wtedy wowczas jeszcze kilku rzeczy. Po pierwsze ze te klubowe
regaty, na ktore Peter mnie zaprosil, byly tylko dla jachtow startujacych w
regatach Sydney-Hobart i stanowily swoista probe generalna przed prawdziwym
wyscigiem, ktory mial rozpoczac sie za kilka dni. Po drugie nie wiedzialem
ze "CATRIONA MCDONALD" poplynie do Hobart. No i wreszcie po trzecie, ze
Peter chcial wymienic jednego z czlonkow zalogi - chlopaka, ktory dostawal
bardzo silnej choroby morskiej juz przy lekkim kiwaniu jachtu i w zwiazku z
tym byl zupelnie nieprzydatny na pokladzie. A poza tym Peterowi brakowalo
jednego wiecej sternika do kompletu. Stojac za sterem i mylnie posadzajac
Petera o sklonnosci homoseksualne, nie przeczuwalem ze jestem testowany ze
swoich umiejetnosci zeglarskich.

Wyjasnie Ci rowniez czym sa regaty Sydney-Hobart. Mianowicie sa one
najwazniejszym w Australii i jednym z trzech najwazniejszych na swiecie
wyscigow zeglarskich (inne to: Admiral's Cup i America's Cup). Zjezdza sie
na nie prawie cala smietanka swiatowego zeglarstwa i dokladnie cala
australijska. Droga Sydney-Hobart jest co prawda krotka - 1040 km w linii
prostej - ale jej znaczenie polega na czym innym. Otoz wiedzie ona przez
Bass Strait - ciesnine pomiedzy Tasmania i Australia. Bass Strait to
prawdziwe pieklo lub conajmniej jego przedsionek. Ciesnina ta jest jednym z
najbardziej burzliwych rejonow wodnych swiata. Taka dysza miedzy dwoma
blisko polozonymi ladami, na drodze silnego strumienia powietrza. Panuje
tutaj prawie caly czas sztorm z silnym lub bardzo silnym wiatrem i
towarzyszacymi wysokimi falami. Deszcz pada prawie nieustannie, z bardzo
krotkimi przerwami. Mapa tego rejonu gesto poznaczona jest wrakami
zatopinych zaglowcow i statkow. Wyprawa w ten rejon mala zaglowka jest
prawdziwa proba sprzetu i ludzi.

Stojac za sterem poczynilem pierwsze spostrzezenia na temat jachtu. Otoz
mimo ze piekny, stylowy i doskonale chodzacy na pelnym wietrze, posiadal
jednak rowniez istotne wady. Po pierwsze samo to ze byl z drewna swiadczylo
ze byl przynajmniej 2-3 razy ciezszy od plastikowych jachtow tej samej
wielkosci, co od razu dramatycznie odbijalo sie na szybkosci - wyprzedzali
nas z latwoscia prawie wszyscy. Po drugie zlacze pokladu z nadbudowka i sam
poklad byl nieszczelny - kiedy fala zalewala poklad, woda szczelinami
przedostawala sie do srodka kadluba. W czasie jednodobowych regat, wada ta
byla omal nieistotna. Miala jednak potencjal koszmaru. Majac doswiadczenie z
drewnianych jachtow na lodowatym Baltyku, cos o tym wiedzialem. I po trzecie
wreszcie jacht bardzo "tepo" chodzil do wiatru.

Pare slow objasnienia mojego zargonu zeglarskiego, ktorym bede poslugiwal
sie w czasie dalszego opisu. Pierwsze z wyrazen to - "tepe" i "ostre"
chodzenie do wiatru. Otoz jacht plynac pod wiatr, nie plynie bezposrednio
pod wiatr, ale pod pewnym do niego katem. Im lepszy jacht - tzn ksztalt
zagli i ksztalt podwodnej czesci kadluba - tym jacht moze osiagnac
ostrzejszy kat miedzy swoim kursem i kierunkiem wiatru. Czyli jacht chodzi
"ostrzej" do wiatru. Ponizej narysowalem drogi tych dwoch jachtow, nazwijmy
je "ostrego" i "tepego". Zwroc uwage na roznice dlugosci tych drog, jezeli
chca one pokonac odcinek AB. Inne wyrazenie to - jacht plynacy na "pelnym"
wietrze. Oznacza to, jacht majacy kierunek wiatru rownolegly do kursu jachtu
i wiejacu dokladnie w tyl jachtu - jak na zalaczonym rysunku (na ktorym
zaznaczylem rowniez wszystkie inne kursy jachtu w stosunku do wiatru).

Same regaty pozostaly wlasciwie bez historii. Dzien byl sloneczny, bylo
bardzo goraco i wiala lekka bryza. Wystartowalismy w kierunku wschodnim,
potem wyjscie na ocean i zegluga na poludniowy-wschod w kierunku boi, ktora
osiagnelismy tuz przed zmrokiem, zwrot i powrot do portu. Zacumowalismy na
boi nieopodal CYC ok. 4-ej nad ranem. Wiekszosc czasu podczas regat
spedzilem za sterem. Zajelismy, juz nie pamietam ktore miejsce - zreszta
nieistotne. Na zakonczenie tych regat Peter zaprosil mnie na niedzielne
relaksowe zeglowanie po Zatoce Sydnejskiej, a nastepnie odwiozl mnie szalupa
na brzeg.

W czasie niedzielnego plywania, Peter po raz pierwszy nadmienil mi o tym ze
plynie do Hobart. Dodal rowniez ze ma juz skompletowana zaloge, ale moze
zaistniec sytuacja, w ktorej jednego czlonka zalogi bedzie musial wymienic.
Czy w zwiazku z tym bylbym gotow z nim poplynac ? Bylem tak zaszokowany ze
ledwo wydukalem "Ta-ak". Peter zobowiazal sie poinformowac mnie o swojej
decyzji najpozniej w wieczor wigilijny Bozego Narodzenia (start do regat
odbywa sie w drugi dzien swiat).

Po plywaniu udalismy sie cala zaloga na piwo do klubu jachtowego, gdzie
chlopcy - przy braku jakiegokolwiek sprzeciwu z mojej strony - upili mnie do
nieprzytomnosci (stracilem film). Pamietam jedynie, ze obudzilem sie o 3-ej
nad ranem na stacji metra, ok. 50 km od dzielnicy w ktorej mieszkalem, bez
grosza przy duszy. Pierwsza poranna kolejka wrocilem na gape do mojego
pensjonatu. Pamietajac o tym ze Peter obiecal powiadomic mnie w wigilie
Bozego Narodzenia o swojej decyzji, postanowilem nie robic sobie zadnych
zludzen i w ogole jak najszybciej o wszystkim zapomniec. No i wyleczyc sie z
kaca.

Na wigilie Bozego Narodzenia zaproszony bylem do swoich znajomych. Umowilem
sie wiec ze swoim kolega z pensjonatu w ktorym razem mie szkalismy, by w
razie gdyby ktos do mnie dzwonil, odebral wiadomosc i przekazal mi ja
telefonicznie na numer moich znajomych. Oczywiscie cala sila woli staralem
sie "nie robic sobie zadnych zludzen".

Wigilie ta wspominam bardzo cieplo, zreszta bylo bardzo cieplo - ok. 35
stopni C (jak zwykle w Sydney o tej porze roku). Zaproszony na nia bylem do
moich przyjaciol Eli i Freda Krzywickich. Byla tam rowniez Eli mama, jakas
dziewczyna - studentka turystyki czy czegos tam, jeszcze jedna Eli
kolezanka, no i ja. Bylo bardzo "staropolsko". Po kolacji sluchalismy
polskich koled i bylo tak blogo, ze calkowicie zapomnialem o przezyciach
ostatnich dni. Co jakis czas Ela wychodzila odebrac telefon - to znajomi Eli
i Freda skladali im zyczenia. W pewnym momencie Ela podeszla do mnie i
powiedziala, ze ktos do mnie dzwoni. Jezeli serce moze sie zatrzymac na
jakis czas to moje napewno wowczas to zrobilo. Podnioslem sluchawke. Byl to
moj kolega. "Going to Hobart" - to wszystko co powiedzial, a ja w tym
momencie poprostu oszalalem z radosci.



Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
27-12-2006, 13:56 #65
Fragmenty wspomnień uczestnika wyścigu Sydney-Hobart w 1991 roku Ireneusza Karaśkiewicza
[część II]

==

Bardzo trudno jest mi oddac slowami ogrom szczescia, jaki odczulem po
otrzymaniu wiadomosci ze poplyne do Hobart. Byla to z pewnoscia jedna z
najszczesliwszych chwil w moim zyciu. Wpadlem w ekstaze i przez nastepne 24
godziny chodzilem z glowa w chmurach - rozmarzony i niezbyt przytomny.

Nastepnego dnia, w pierwszy dzien Bozego Narodzenia, zadzwonilem do Petera.
Po wzajemnym zlozeniu sobie zyczen, spisal on moje dane, wymagane do
zarejestrowania mnie u organizatorow regat, tj: imie, nazwisko, waga, adres
i telefon osoby do poinformowania w razie mojego zatoniecia i tym podobne
duperele. Umowilismy sie nastepnego dnia - w dzien
startu do regat - w CYC o godz 9-ej. Reszte dnia spedzilem na
przygotowaniach, glownie pakowaniu rzeczy, ktore zamierzalem zabrac ze soba
do Hobart. Sadzac ze na calym poludniowym Pacyfiku jest rownie goraco jak w
Sydney, zapakowalem jedynie bardzo lekkie rzeczy. Za ten brak doswiadczenia
przyszlo mi pozniej zaplacic swoja cene.

Zwrocilem uwage na to z jakim nieukrywanym szacunkiem i adoracja traktuja
mnie wszyscy ci, ktorym tylko nadmienie ze poplyne do Hobart. Szczegolnie
Australijczycy. Dziwilo mnie to troche, dlatego ze owszem, regaty te maja
swoja marke, ale co roku startuje w nich ok. 500-700 uczestnikow i ja raptem
jestem jednym z nich. Napewno nie najwazniejszym, a raczej bardzo
prawdopodobne, ze jednym z najmniej waznych. Wiec dlaczego ? Skad ten
nadmiar podziwu i szacunku ? Gdybym nie byl tak rozanielony, musialoby mnie
to zastanowic. Ale jak juz wspomnialem nadmiar szczescia sparalizowal moj
mozg. Nie wiedzialem - bo i skad - ze regaty te ukonczy znacznie mniej
jachtow, niz w nich wystartuje. I musza byc ku temu jakies istotne powody.
Wydawalo mi sie - w mojej naiwnosci - ze regaty Sydney-Hobart beda czyms w
rodzaju regat klubowych w ktorych uczestniczylem kilka dni wczesniej. No
moze troszeczke trudniejsze - bo wiadomo, caly czas na oceanie - ale w
sumie i tak bedzie to cos w stylu niedzielnego spacerku, dla mnie
odswietnego. Narazie, naprawde nic nie bylo w stanie zaklucic mojego
szczescia i blogiej nieswiadomosci co mnie czeka.

Drugi dzien swiat byl bardzo goracy - temperatura ok. 35 stopni C z
blekitnym niebem bez zadnej chmurki. Ok. 8-ej rano zarzucilem torbe na ramie
i udalem sie do CYC. Byl tam juz ogromny tlum ludzi; uczestnikow regat i
zegnajacych ich rodzin i znajomych, mrowie dziennikarzy, kamer, nagich cial
modelek pozujacych do zdjec reklamowych z faworytami regat, roznej masci
sprzedawcow, gapiow, itd itp. Na podium grala orkiestra jazzowa. Po
odszukaniu Petera, udalismy sie szalupa na jacht, ktory byl zacumowany na
boi. Nastepnych kilka godzin spedzilismy na rozlokowaniu prowiantu, drobnych
naprawach i ogolnym przygotowaniu do regat. Okolo poludnia, po ukonczeniu
wszystkich prac, zeszlismy na dol do kajuty by odmowic modlitwe. Prowadzil
ja Peter - kapitan jachtu. Nastepnie postawilismy zagle, odcumowalismy sie
od boi i wzielismy kurs na pozycje startowa do regat, ktora usytuowana byla
na srodku Zatoki Sydnejskiej.

Podzial funkcji na jachcie byl nastepujacy: Peter - skipper i sternik,
Paul - nawigator, Noel Beer i ja - sternicy, Noel Dauar, A i B - zaloganci.
Sternicy mieli zmieniac sie co 4 godziny, takze np: ja mialem stac za sterem
4 godziny, a nastepne 8 odpoczywac lub wykonywac jakies inne prace. Od czasu
do czasu za sterem mial stawac doraznie rowniez Paul - nawigator. Bylo wiec
nas 7 czlonkow zalogi, z czego jedynie Paul uczestniczyl juz kiedys w tych
regatach, Peter mial wiele lat doswiadczenia w zeglarstwie przybrzeznym,
Noel Beer - kilka lat, rowniez w zeglarstwie przybrzeznym, pozostali - bez
zadnego doswiadczenia oceanicznego, jedynie na malych lodkach lub tak jak A
i B - wcale.

W regatach mialo wziac udzial ok. 100 jachtow. Tylko ok. 5 z nich mialo
naprawde liczyc sie w walce o zwyciestwo - byly to bardzo drogie maszyny
regatowe, fundowane przez superbogatych sponsorow, specjalnie budowane na te
regaty, posiadajace zalogi zlozone z samych zawodowcow przygotowujacych sie
przez wiele miesiecy - 24 godziny na dobe - specjalnie do tych regat.
Nastepne 20 jachtow to rowniez bardzo dobre i drogie jachty, z mieszanymi
zawodowo-amatorskimi zalogami. Pozostala grupa to sami amatorzy, ktorzy w
czasie regat co prawda walcza o jak najlepsze miejsce, ale wiedzac ze nie
maja zadnych szans na zwyciestwo, wazniejsze dla nich jest same uczestnictwo
i ukonczenie regat. "CATRIONA MCDONALD" nalezala do tej trzeciej grupy. Byla
drugim co do "starosci" jachtem uczestniczacym w tych regatach i jednym z
dwoch drewnianych. Naszym celem bylo doplyniecie do Hobart calym i zdrowym i
zajecie mozliwie jak najlepszego miejsca.

Zatoka Sydneyska, w czasie startu do regat zatloczona jest wszystkim co
tylko jest w stanie utrzymac sie na wodzie - poczawszy od jachtow i
motorowek bardzo bogatych ludzi, pelne pieknych i prawie nagich kobiet,
gdzie odbywa sie wesola zabawa i co chwila strzelaja korki od szampana, a
skonczywszy na malutkich zaglowkach mieczowych i wioslowkach zwyklych ludzi.
W powietrzu krazylo wiele helikopterow stacji TV prowadzacych bezposrednia
transmisje z regat, a brzegi Zatoki wypelnione byly tlumem ludzi.

Punktualnie o 1-ej wystartowalismy. Wial polnocny wiatr z sila 3-4 stopni w
skali Beuforta. Poczatkowo zeglowalismy na polnocny-wschod, do wyjscia z
Zatoki Sydneyskiej, a nastepnie po wyjsciu z zatoki zrobilismy zwrot i
pozeglowalismy na poludnie, w kierunku Hobart. Warunki zeglowe mielismy
wprost idealne - pelny wiatr z umiarkowana sila. Na tym kursie do wiatru
(tj. pelnym) "CATRIONA" zachowywala sie calkiem znosnie. Ze wzgledu na ogrom
powierzchni zagla ktory niosla, mogla osiagnac predkosc podobna do znacznie
lzejszych, ale rowniez z mniejsza powierzchnia zagla, jachtow plastykowych.
Umozliwilo to nam trzymanie sie przez pewien czas w glownej grupie jachtow.
Po ok. 1 godzinie grupa ta zaczela topniec - co chwile jakis jacht odjezdzal
w bok lub nas po prostu wyprzedzal. Peter postawil mnie za sterem, sam zajal
sie zaglami, a reszcie zalogi polecil udac sie na spoczynek. Wkrotce
wszyscy, z wyjatkiem nas dwoch, pozasypiali.

Peter postawil wszystkie mozliwe zagle, jakie "CATRIONA" mogla tylko uniesc.
Wiatr nieco sie wzmogl i nasz jacht szedl naprawde doskonale. Predkosc jaka
osiagnal - ok 11 wezlow - byla calkiem niezla. Staruszka naprawde plynala
doskonale - zdawaloby sie jak motorowka.

Poznym popoludniem, ok. 4-ej, zaczelismy doganiac jeden z jachtow ktory
wczesniej nas wyprzedzil. Wiatr wial teraz z sila ok 5 stopni w skali
Beuforta, ciagle z kierunku polnocnego. Dystans dzielacy nas od tego jachtu
kurczyl sie doslownie na oczach. Udzielil mi sie duch walki - chcialem go
dogonic za wszelka cene i jednoczesnie pokazac Peterowi na co mnie stac. Po
ok. godzinie udalo mi sie to w koncu i wyprzedzilem ten jacht. Obudzona
przez Petera reszta zalogi zgotowala mi prawdziwa owacje. Nastepnie wykonano
mi zdjecie na tle naszego pierwszego "skalpu" - zostawionego za rufa jachtu.
Pierwszego i ostatniego.

Niepostrzezenie dla samego siebie, zaczalem rosnac we wlasnych oczach.
Udzilil mi sie smak triumfu. Sama jego sceneria - przepiekny dzien,
niebieskie niebo bez najmniejszego sladu chmurki, temperatura powietrza
zblizona do temperatury ciala (ok. 35 C), blekitny, lekko pofalowany ocean,
przepiekny jacht, na tym jachcie ja, za jego sterem i zwyciezajacy w
czolowych regatach swiata. O czymze wiecej moglem wowczas marzyc? To moglo
przyprawic o zawrot glowy. Poczulem sie swego rodzaju bohaterem - co prawda
malym i bardzo lokalnym, ale nawet takim jest byc przyjemnie. A przeciez
zabawa dopiero sie zaczela i wszysto jeszcze mialo byc przed nami. Myslalem
wtedy "Boze, jak to wszystko latwo przychodzi. Zadnego wysilku, az
niewiarygodne". Zaczela sie we mnie utrwalac mysl, ze wszystko to co mnie
spotyka i ma jeszcze spotkac wynika z jakiejs mojej osobistej, nazwijmy to,
"wielkosci". Bylem w euforii i czulem sie jak pol-bog.

Nie minie jednak kilkanascie godzin, nim te miraze znikna bezpowrotnie i
ponownie przekonam sie ze za wszystko w zyciu trzeba placic. Chwile dzielily
mnie od proby, w ktorej to ocean mial doprowadzic mnie do ostatecznej
bariery wytrzymalosci fizycznej i psychicznej, przy ktorej to barierze
obojetnieje sie na smierc i oczekuje sie jej jako opcji wcale nie tak
strasznej. Moze nawet po cichu goraco sie jej pragnie, jako kresu meki.

O zmroku Peter zmienil mnie za sterem i polecil udac mi sie na spoczynek,
samemu zostajac z dwoma zalogantami na pokladzie na noc. Poszedlem spac do
forpiku (przedzialu dziobowego), ktory jednoczesnie sluzyl jako magazynek
zaglowy, jako ze mial luk w pokladzie w okolicach masztu glownego i bardzo
wygodnie bylo wrzucac do niego zagle, wprost z pokladu. Ulozywszy sie miedzy
zaglami, rozmarzony zasnalem ok. 11-ej.

Tymczasem "CATRIONA" na pelnym polnocnym wietrze, pod pelnymi zaglami, cala
swoja moca prula w ciemnosciach prosto w kierunku Bass Strait.



Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
27-12-2006, 13:58 #66
Fragmenty wspomnień uczestnika wyścigu Sydney-Hobart w 1991 roku Ireneusza Karaśkiewicza
[część III]

==

Pierwsza noc na oceanie byla bardzo ciepla, z temperatura okolo 20 stopni
Celsjusza. Miejsce, w ktorym ulozylem sie do snu - forpik - jakkolwiek
odosobnione od reszty jachtu, mialo jednak ta niedogodnosc ze - bedac
rejonem najbardziej oddalonym od srodka jachtu - amplituda kiwania
wzdluznego byla tu najwieksza. Bylo to nieco uciazliwe. Nawet dla mnie,
ktorego choroba morska na ogol sie nie ima. Skulony miedzy zaglami, zmeczony
wrazeniami pierwszego dnia, spalem jednak jak susel. Ok 4-ej nad ranem,
drugiego dnia regat, zbudzil mnie trzepot lin i bloczkow o poklad - znak
albo robienia zwrotu, albo zmieniania zagli. Ponownie zapadlem w sen, by po
chwili zostac obudzonym chlusnieciem wody prosto w twarz - to chlopcy
otworzyli wlaz w pokladzie by wrzucic zagiel do forpiku i w miedzyczasie
woda weszla na poklad i dostala sie do srodka. Bylem solidnie zmoczony - nie
martwilo mnie to jednak zbytnio, dlatego ze po wyskoczeniu na poklad szybko
wyschlem na cieplym wietrze.

Wiatr, ciagle wiejacy z polnocy, wzmogl sie nieco. Temperatura powietrza w
ciagu dnia byla nieco nizsza niz poprzedniego dnia, ale ciagle jeszcze bylo
w miare cieplo - ok 25 stopni Celsjusza. Po sniadaniu - gorzkiej kawie i
kilku tostach - stanelem za sterem. Ciagle szlismy na pelnym wietrze i
zegluga byla bardzo przyjemna. Jedyna, nieistotna zreszta dokuczliwoscia,
bylo kiwanie na coraz wiekszej fali. Okolo poludnia Peter zmienil mnie za
sterem. W ciagu dnia kilka razy uczestniczylem w zrzucaniu i stawianiu zagli
i za kazdym razem wracalem caly mokry do kokpitu, by po nie wiecej niz okolo
20 minutach wyschnac zupelnie na cieplym wietrze. O 3-ej po poludniu
zszedlem na dol do kabiny by sie zdrzemnac. Gdy po dwoch godzinach wrocilem
do kokpitu, wiatr wzmogl sie jeszcze bardziej. Co chwile fala wchodzila na
poklad. Chlopcy w miedzyczasie przytaszczyli gitare do kokpitu. Wszyscy
razem zaintonowalismy "Sailing Catriona" na melodie i slowa "Waltzing
Matilda" (stara piesn australijska - cos w rodzaju nieoficjalnego hymnu
Australii, jest przepiekna). Do dzis jeszcze mam w oczach ta scene -
pomrukujacy coraz grozniej ocean i my spiewajacy te piesn glosno, prawie
ryczac by przekrzyczec wiatr i rosnace fale. Bylo to czyms w rodzaju
wyzwania, rzucanemu morzu - widzialem to po twarzach spiewajacych.
Wchodzilismy w Bass Strait i kazdy z nas czul przynajmniej niepokoj, jezeli
nie lek. W tym zbiorowym spiewie szukalismy otuchy i sily, choc pewno
wowczas nie bylismy tego za bardzo swiadomi.

Tymczasem wiatr zaczal zmieniac kierunek - z polnocnego na
polnocno-zachodni, by w ciagu najblizszych godzin przejsc na
poludniowo-zachodni do poludniowego. Zmiana ta bardzo istotnie odbila sie
na pozniejszym przebiegu regat. Po pierwsze oznaczala to zmiane sposobu
zeglowania: z zeglugi pelnym wiatrem w prostej lini do Hobart na halsowanie
(czyli zegluge "zygzakiem" - jak na rysunku z pierwszego listu). Dla
"CATRIONY", chodzacej bardzo tepo do wiatru, oznaczalo to ogromne wydluzenie
drogi do Hobart. Po drugie poludniowy wiatr przyniosl masy zimnego powietrza
znad Antarktydy, co spowodowalo gwaltowne obnizenie sie temperatury. Wszyscy
czlonkowie naszej zalogi wyposazeni byli na taka ewentualnosc w
nieprzemakalne i cieple sztormiaki, doskonale izolujace od otoczenia.
Wszyscy z wyjatkiem mnie.

Ok. 8-ej wieczorem stanelem ponownie za sterem. Zaczelo robic sie coraz
chlodniej. Nalozylem wiec na siebie bluze od dresu, a na nia cienki ceratowy
sztormiak. Sztormiak ten nie tylko nie izolowal cieplnie od otoczenia, ale
rowniez przepuszczal wode. Bylo to praktycznie wszystko co posiadalem z
"cieplych" rzeczy. Bryzgi wody ktore spadaly na mnie, natychmiast przenikaly
ubranie dochodzac do golego ciala. Wiatr zmienial dalej kierunek na
zachodni, by w ciagu nastepnych kilku godzin mojej wachty przejsc na
poludniowo-zachodni do poludniowego. Gdy przekazywalem ster o polnocy, bylem
przemoczony, zziebniety i trzeslem sie jak osika. Adidasy, ktore mialem na
sobie byly rowniez przesiakniete woda i zimno w nogi stawalo sie bodaj
najdokuczliwsze. Nie zmienilem jednak ubrania, ktore mialem na sobie: po
pierwsze dlatego, ze nie mialem nic odpowiedniejszego na zmiane, a po drugie
mialem nadzieje ze mokre ubranie i buty z czasem zagrzeja sie cieplem od
mojego ciala, no i jakos to bedzie.

Tej nocy wlasciwie nie spalem - lezalem na koi w swego rodzaju polsnie,
bedac swiadomy tego co dzieje sie dookola. Dokuczalo mi zimno i wstrzasy
drewnianego jachtu co rusz walacego z lomotem o fale. Cala konstrukcja
kadluba, wszystkie klepki z ktorych byl zbudowany, trzeszczaly jakby za
chwile mialy sie rozleciec. Z poczatku troche mnie to przerazalo, ale po
jakims czasie zimno i znuzenie coraz gwaltowniejszym kiwaniem jachtu
sprawilo ze zapomnialem o tym leku.

Nie bedac potrzebny na pokladzie, przelezalem tak do ok 9-ej rano nastepnego
dnia - trzeciego dnia regat, kiedy to Peter postawil na nogi cala zaloge do
zmiany zagli na sztormowe. Wiatr wial teraz z sila ok 7-8 w skali Beuforte'a
z kierunku poludniowego do poludniowo-zachodniego. "Zimno" - to zbyt
delikatne slowo do okreslenia tego co odczulem po wyjsciu na zewnatrz w tych
swoich wilgotnych ciuchach. Temperatura spadla do ok 12 stopni Celsjusza.
Sztormowalismy teraz pod wiatr z fala regularnie zalewajaca poklad. Po
przypieciu sie pasem bezpieczenstwa do relingu, poszedlem na dziob zrzucic
genue (przedni zagiel do kursow ostrych). W momencie gdy mialem go juz
zabrac ze soba do kokpitu, olbrzymia fala doslownie przykryla jacht i przez
chwile dziob - a ja wraz z nim - znalazl sie pod woda. Nie wypadlem na
szczescie za burte - uratowalo mnie przypiecie sie pasem - ale pokaleczylem
sie troche o okucia pokladu, rzucony przez fale. No i ponownie bylem
calusienki mokry jak po wyjsciu z basenu.

Ponownie zszedlem na dol do kabiny - na zewnatrz nie szlo doslownie
wytrzymac z zimna. Polozylem sie na koi. Jednak na dole rowniez przestalo
byc przytulnie - woda lala sie do srodka wszelkimi nieszczelnosciami w
pokladzie. Pompa zezowa pracowala teraz bez przerwy. Jacht tlukl
niemilosiernie o fale, wznoszac sie i opadajac z lomotem. Kazdy ruch, ktory
wykonywalem w kabinie wymagal najwyzszej uwagi, dlatego ze bardzo latwo bylo
stracic rownowage, co konczylo sie na ogol bolesnymi guzami i siniakami.
Kabina byla ciagle przechylona pod katem 30-45, a czasami 70-80 stopni, gdy
jacht przy podmuchach wiatru kladl sie na burte. Te ogromne przechyly
jachtu, spowodowaly ze tego dnia musielismy przestac uzywac kuchenki gazowej
do gotowania posilkow. Co prawda zawieszona on byla na przegubach Cardana,
jednak gwaltownosc przechylow powodowala ze uzywanie jej stawalo sie
niebezpieczne. Gotowalismy na niej tylko od czasu do czasu wode na kawe lub
herbate. Do konca rejsu posilki spozywalismy w formie suchego prowiantu:
konserwy, chleb, czekolada itp.

Okolo poludnia Peter polecil mi bym szykowal sie do zmiany Paula za sterem.
Szczerze mowiac nie bylem tym zachwycony. Chcialem jednak pokazac jaki to ze
mnie twardziel i na zewnatrz - jak zwykle - okazalem entuzjazm. Gleboko
ukrywana niechec zmienila sie jednak w przerazenie gdy wyszedlem na gore i
zobaczylem co sie dzieje dookola. W deszczu, prawie ulewie, sztormowalismy
pod ogromne, 10-12 metrowe fale. Komunikaty radiowe ostrzegaly nas wczesniej
o wietrze majacym wiac z sila 10 stopni w skali Beuforte'a - niestety to sie
potwierdzalo. Pamietam, ze bylo to ostatnie przerazenie, jakie przezylem w
trakcie tej wyprawy. Pozniejsze zmeczenie i wycienczenie zamordowalo we mnie
wszelki strach - nie mialem juz sily sie bac. Paul wygladal bardzo
imponujaco za sterem - ogromny, z potezna broda. Wygladal jak Neptun. Ogrom
jego sylwetki sprawial wrazenie ze calkowicie panuje nad zachowaniem jachtu.
Wydawalo sie ze tylko taki mocarz jak on jest w stanie utrzymac jacht w
ryzach w takich warunkach pogodowych. Przez chwile zastanowilem sie, czy
Peter czasem nie zartuje, chcac zastapic Paula mna. Ja przy tym olbrzymie
wygladalem raczej mizernie. Nim jednak zdazylem dojsc do jakichkolwiek
wnioskow juz stalem za sterem - po raz pierwszy w zyciu w oceanicznym
sztormie prowadzac tak duzy jacht. Po kilku minutach jeszcze raz sie
przekonalem, ze wszystko wydaje sie trudne dopoki nie stanie sie proste. Tak
tez bylo ze sztormowaniem pod wysoka fale i silny wiatr - po kilkudziesieciu
minutach praktyki nie stanowilo to juz wiekszego problemu. Wymagalo jedynie
ciaglej uwagi, no i bylo dosyc wyczerpujace fizycznie. Po okolo pol
godzinie, przekonawszy sie ze idzie mi calkiem dobrze, wiekszosc zalogi dala
nura na dol, a ja zostalem na pokladzie sam z jednym zalogantem do pomocy.
Po okolo dwoch godzinach, gdy minely juz wszelkie sensacje zwiazane z
kolejna nowa sytuacja w jakiej sie znalazlem, wrocilo zmeczenie i przede
wszystkim wyczerpanie z zimna. Kolo sterowe, ktore bylo metalowe, trzymalem
kurczowo zacisnietymi rekoma. Zimno w rece i w nogi od mokrych butow bylo
najuciazliwsze. Dziwilo mnie bardzo, ze jeszcze nie przychodzilo zadne
przeziebienie, czy chocby katar.

Okolo 4-ej po poludniu, Noel Beer zmienil mnie za sterem. Natychmiast
zanurkowalem na dol, do kabiny. Na dole odkrylem ze posiadamy na jachcie
suszarke elektryczna. Rozebralem sie wiec do naga, rozwiesilem moje ciuchy i
probowale je wysuszyc. Niestety efekt byl doslownie przeciwny - woda kapiaca
z sufitu zalewala co chwila ubranie i sama wilgoc w powietrzu uniemozliwiala
wysuszenie czegokolwiek. W dodatku, po okolo godzinie pracy suszarki, Peter
polecil mi ja wylaczyc, poniewaz bardzo wyczerpywala akumulatory, ktore z
kolei byly nam potrzebne do zasilania swiatel nawigacyjnych w nocy.
Zrezygnowany i caly skostnialy wrocilem do poprzedniej koncepcji ogrzewania
mokrego ubrania niklym cieplem wlasnego ciala. Jedyne co mi pozostalo to
zacisnac zeby i cierpiec w milczeniu. Nie majac nic do roboty polozylem sie
na koje, owinelem sie zaglem by kapiaca zewszad woda nie zalewala mnie i ze
zgroza oczekiwalem mojej kolejnej wachty, ktora miala zaczac sie o polnocy.
Tak minal trzeci dzien regat.

Okolo 10 minut przed polnoca, Peter zszedl na dol by mnie obudzic. I tak nie
spalem, bedac - tak jak poprzedniej - nocy w stanie polsnu. Poprosilem
Petera, by pozyczyl mi swoja gorna czesc sztormiaka i rekawice. Uczynil to z
ochota. Gdybym tej nocy nie mial tych rzeczy na sobie, nie sadze bym byl w
stanie stac za sterem - temperatura spadla do okolo 10 stopni C. Ciagle
szlismy we wscieklym sztormie i ulewnym deszczu. Podczas wachty, co pol
godziny pilem kubek goracej herbaty i to glownie trzymalo mnie na nogach. O
4-ej nad ranem zdalem ster Noelowi Beer. Sam zziebniety i sztywny leglem na
koi, owinelem sie zaglem i zasnelem na okolo dwie godziny - to wszystko na
co sztorm mi pozwolil. Tej nocy najszybsze jachty biorace udzial w tych
regatach zawijaly do Hobart - my bylismy dopiero w polowie drogi.

Czwarty dzien regat byl blizniaczo podobny do trzeciego - walka z wiatrem,
fala, ulewnym deszczem i przede wszystkim z wlasna slaboscia. Wszyscy
bylismy juz potwornie wymeczeni. Gdy pod koniec dnia zapytalem Petera jak
daleko jest jeszcze do Hobart i gdy on odpowiedzial mi ze okolo 48 godzin,
pomyslalem wtedy ze napewno tego nie przezyje. Ogolne oslabienie i
wycienczenie sztormem mialo jeszcze inne konsekwencje - coraz trudniej bylo
mi utrzymac rownowage w kiwajacej sie jak wsciekla i ciagle przechylonej
kabinie, czego efektem byla rosnaca ilosc guzow i siniakow. Po poludniu
poszedlem zalatwic sie do WC - malej kajutki o rozmiarach metr dlugosci na
metr szerokosci, kiwajacej sie i przechylonej pod katem 45-u stopni.
Niestety i to podejscie zakonczylo sie niepowodzeniem - bylem zbyt spiety by
zrobic cokolwiek. Nie udalo mi sie to juz do konca rejsu. Ani nikomu zreszta
z naszej zalogi. Jedyne odchody jakie produkowalismy, byly w postaci moczu -
oddawane wprost za burte, gdzie kto stal (oczywiscie nie pod wiatr). Bedac w
ubikacji spojrzalem w odlamek zbitego lustra, ktory byl przybity do sciany.
Nie poznalem siebie: nieogolony, twarz poorana glebokimi bruzdami, poklejone
wlosy i oczy bez sladu zycia. Bylem tak wycieczony, ze gdyby w tym momencie
jacht rozpadl sie na drobne czastki, nie przejalbym sie tym zbytnio. Bylem
zbyt zmeczony i pragnelem by ta meka juz sie skonczyla. Obojetnie jak. Po
zmroku dostrzeglismy na polnocnym zachodzie swiatla latarni na Wyspie
Flinders, polozonej przy polnocnym brzegu Tasmanii. Kierunek z ktorego ja
dostrzeglismy wzkazywal na to ze dobrze ja juz minelismy. Zaczynalismy
wychodzic z Bass Strait.

W nocy, z czwartego na piaty dzien, sztorm znacznie oslabl i przestalo
padac. Temperatura obnizyla sie jeszcze bardziej - do okolo 6 stopni C w
nocy. Okolo poludnia wiatr oslabl jeszcze bardziej. Znajdowalismy juz sie
dobrze na wysokosci Tasmanii, ktora przyjaznie ochraniala nas od nawalnicy
poprzednich dwoch dni. Bardzo dziwilo mnie to ze ciagle nie dostawalem
zadnego przeziebienia. O ile sztorm mi juz nie dokuczal, niska temperatura
stala sie mordercza. Nie czulem juz nic. Piekno wschodnigo wybrzeza
Tasmanii, ktore jest oszalamiajace, do mnie nie docieralo. Pamietam tylko
ogromne skaly wybrzeza i zatoki wcinajace sie w glab ladu - wszystko w
kolorze stalowym, jako ze niebo bylo calkowicie zachmurzone.

Polowe ostatniej nocy, z 30 na 31 grudnia, spedzilem ponownie za sterem, z
jednym pomocnikiem na pokladzie. Halsowalismy bardzo blisko wybrzeza w
absolutnych ciemnosciach przy bezgwiezdnym niebie. Jedynie na ekranie radaru
widzialem zarys wybrzerza. Z map orientowalismy sie, ze glebokosc wody jest
wystarczajaca dla naszego jachtu niemal po sam brzeg. Pomimo to, nie ufajac
radarowi, robilem zwroty w odleglosci nie blizej niz okolo 200 metrow od
ladu. Orientowanie sie tylko z radaru w nieznanym dla siebie rejonie bylo w
sumie dosyc nieprzyjemne - spodziewalem sie ze w kazdej chwili przypieprze w
jakos skale. Po polnocy weszlismy do Zatoki Sztormowej polozonej na
poludniowo-wschodnim wybrzezu Tasmanii, u konca ktorej lezy Hobart. Okolo
4-ej nad ranem Paul zmienil mnie za sterem. Wiatr juz wowczas prawie
zupelnie zdechl.

31 grudnia, ostatni dzien regat, przywital nas pieknym slonecznym niebem i
radykalnym ociepleniem - do okolo 20-u stopni C. Brak wiatru spowodowal ze
pokonanie ostatnich kilkunastu mil zajelo nam prawie pol dnia. Tego tez dnia
stoczylismy ostatni pojedynek z innym jachtem. Zobaczylismy go okolo 8-ej
rano, hen daleko za rufa. Jako ze halsowalismy pod wiatr na bardzo
slabiutkim wietrze, jacht ten, daleko lzejszy od naszego, zaczal nas
doganiac. Sciganie sie z nim traktowalismy teraz jak zabawe. Nie zalezalo
nam kompletnie, czy nas wyprzedzi, czy nie - bylismy zbyt szczesliwi bliskim
zawinieciem do portu. W sumie bardziej pochlanialo nas suszenie rzeczy i
ogolne zarty. Okolo poludnia ujrzelismy wreszcie Hobart, a w godzine pozniej
przekroczylismy linie mety, kilkadzisiat metrow przed jachtem z ktorym sie
scigalismy. Po chwili uslyszelismy huk armatni - znak ze regaty zostaly
zakonczone. Zajelismy wiec w nich przedostatnie miejsce, wyprzedzajac o
prawie 6 minut ostatni jacht. Z blisko stu jachtow uczestniczacych w tych
regatach, ostatecznie okolo szesdziesiat doplynelo szczesliwie do Hobart.

Droga z Zatoki Sztormowej do doku w ktorym staly zacumowane razem wszystkie
jachty biorace udzial w tych regatach - Doku Konstytucji - wiodla przez
kilkunasto metrowy kanal. Po obu jego stronach i dookola samego doku
zgromadzily sie tlumy mieszkancow Hobart, ktore witaly wszystkie
przybywajace jachty. Naszemu jachtowi i temu ostatniemu zgotowaly ponoc
najwieksza owacje. Tak mi pozniej mowiono, ale nie wiem czy to prawda.
Znajac ducha Australijczykow, mysle ze chyba jednak tak.

Po zacumowaniu zebralismy sie na dole by odmowic modlitwe dziekczynna, ktora
znowu poprowadzil Peter. Stopniowo dochodzilem do siebie, gdy spadl na nas
kolejny cios. Paul, zaloganci A i B oswiadczyli ze wracaja z powrotem do
Sydney samolotem. Tak bylo ponoc ustalone na samym poczatku, z tym ze ja nic
o tym nie wiedzialem do tej chwili. Moment pozniej Noel Beer zakomunikowal
nam, ze na droge powrotna zostal zaproszony na jedna z tych cholernie
super-szybkich maszyn regatowych i on nie moze przepuscic takiej okazji.
Takze do Sydney mielismy wracac tylko w trojke: Peter, Noel Dauar i ja.
Narazie jednak jakos to do mnie mocniej nie dotarlo.

Zreszta nie mialem czasu na zadne smutki, dlatego ze w ciagu najblizszych
kilku godzin czekaly mnie podniecajace wydarzenia, o ktorych snilem w ciagu
ostatnich dni. Przede wszystkim zamknelem sie w ubikacj i po raz pierwszy od
szesciu dni zalatwilem sie. Zajelo mi to ponad godzine - rekord nie pobity
do dzis. Nastepna atrakcja byl goracy prysznic, pod ktorym siedzialem
jeszcze dluzej. Jakby mi tego nie bylo dosyc, wzielem i obcielem paznokcie.
A na koniec pomyslalem "jak szalec, to szalec do konca" i - rowniez po raz
pierwszy od szesciu dni - wyszorowalem zeby.

Tego wieczoru - wigilii Nowego Roku - wszyscy uczestnicy regat zaproszeni
byli na wspolna kolacje do jakiejs knajpy - w sumie calkiem niezlej. Po raz
pierwszy od paru dni nalozylem na siebie suche ubranie i buty. Kolacja, jak
typowe takie kolacje - malo jedzenia, duzo picia, a wszechdominujacym
tematem byly oczywiscie wlasnie zakonczone regaty. Okolo dziesiatej nasza
zaloga wymknela sie z lokalu i udalismy sie wraz z calym miastem - tak jak
to jest tutaj w zwyczaju - do Doku Konstytucji by przy fajerwerkach i
sztucznych ogniach przywitac Nowy Rok. Trunki zaczely powoli uderzac nam do
glowy. Paul, ten rubaszny grubas z broda, zapragnal nagle bym nauczyl go jak
po polsku wymawia sie "Cheers", czyli "Na zdrowie". W jego wykonaniu,
brzmialo to jednak jak "Na zdrowijaaa". Po chwili cala zaloga podchwycila
ten idiom i wyruszyla z pijacka misja nauczenia tego zwrotu calego Hobart.
Czulem sie zazenowany, ale po kilku puszkach piwa minelo mi to i
przylaczylem sie aktywnie do nich. Odbywalismy wedrowke od jachtu do jachtu,
z wszystkimi przypijalismy i nie rozstawalismy sie z nikim dopoki nie
nauczyl sie tego zwrotu. Po chwili zgubilismy sie i ja kontynuowalem swoja
pijacka wedrowke na wlasna reke. Tylko po wrzasku "Na zdrowijaaa"
orientowalem sie, ze gdzies w poblizu musza byc chlopcy z naszego jachtu.

Bylo to naprawde fantastyczna noc. Doswiadczalem tej szczegolnej bliskosci i
solidarnosci bractwa zeglarskiego, tak fantastycznie wspolpracujacego przy
oproznianiu puszek piwa. Jak sie wowczas przekonalem, dla wielu uczestnikow
tych regat, ta pijacka noc noworoczna w Hobart byla glownym powodem udzialu
w tym wyscigu. Tlukli sie w niewygodzie i niebezpieczenstwie po to, by
spotkac starych kumpli i jeszcze raz, poki zyja, oproznic razem z nimi kilka
puszek piwa. Chodzilo im o ta jedna, jedyna noc. Rzadko juz dzis spotyka sie
takie indywidua. Nie pamietam juz ile jachtow odwiedzilem, ile wypilem
bruderszaftow i z iloma ludzmi sie usciskalem. Bylem nieprzytomny ze
szczescia i chcialem zeby te chwile miedzy tymi ludzmi nigdy sie nie
skonczyly. Tej nocy udalo mi sie calkowicie zapomniec o tym, ze wyprawa trwa
dalej i czeka mnie jeszcze droga powrotna.



Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
27-12-2006, 14:01 #67
Fragmenty wspomnień uczestnika wyścigu Sydney-Hobart w 1991 roku Ireneusza Karaśkiewicza
[część IV]

==

Rok 1992 rozpoczalem tradycyjnie po polsku - od leczenia kaca. Powrot do
rzeczywistosci byl - tak jak wszystkie podobne powroty - niezbyt przyjemny.
Przede wszystkim okolo poludnia zaczela ulatniac sie nam zaloga. Co prawda z
gory bylo ustalone, ze czesc naszej zalogi bedzie wracac do Sydney
samolotem, jednak gdy przyszlo co do czego, poczulismy sie nieco opuszczeni.
Do wieczora zostalismy juz tylko we trojke: Peter, Noel Dauar i ja. W
zaistnialej sytuacji Peter postanowil dac ogloszenie do prasy, ze poszukuje
zalogantow na przelot do Sydney. Wlasnie rekrutacja zalogi i ogolne
wloczenie sie po Hobart zajelo nam kilka nastepnych dni. W koncu Peter,
sposrod kilku zgloszonych kandydatow, zdecydowal sie wziac na poklad dwie
amerykanskie studentki medycyny, ktore akurat mialy wakacje i koniecznie
chcialy przezyc cos mocnego, najlepiej romantyczna wyprawe zeglarska.

Tuz po Nowym Roku, wiekszosc jachtow uczestniczacych w regatach
Sydney-Hobart odplynela w sobie tylko znajomym kierunku. My odpoczywalismy
kilka dni dluzej, chcac nabrac sil przed spodziwanym ciezkim przelotem do
Sydney. Chcielismy rowniez nauczyc kilku podstawowych rzeczy nasze nowe
zalogantki, ktore w dziedzinie wiedzy zeglarskiej wykazywaly absolutne
dziewictwo.

Wyjscie z Hobart poprzedzone krotka modlitwa nastapilo 4-go stycznia w
sobote. Tego dnia pozeglowalismy na poludnie, chcac zwiedzic okolice Zatoki
Sztormowej. W ciagu dnia bylo dosyc chlodnawo - temperatura ok 15 stopni C -
ale wiatr byl bardzo slaby, takze szlo jakos wytrzymac. O zmroku rzucilismy
kotwice w jakiejs przytulnej zatoczce. W nocy temperatura spadla jeszcze
nizej, za to wiatr zupelnie ucichl.

Nastepnego dnia, ciagle bedac w Zatoce Sztormowej, pozeglowalismy z powrotem
na polnoc. Okolo poludnia rzucilismy kotwice tuz przy plazy, naprzeciwko
malego miasteczka - Kingston, a nastepnie szalupa udalismy sie na brzeg, na
msze do pobliskiego kosciolka. W miedzyczasie wiatr zaczal sie wzmagac i
zaczelo padac. Po powrocie na jacht wialo juz calkiem dobrze. Postanowilismy
poplynac do Port Arthur na noc. Pogoda zaczela sie gwaltownie pogarszac i
poznym popoludniem znalezlismy sie w porzadnym sztormie. Do Port Arthur
zawinelismy wieczorem. Samo wejscie do portu bylo bardzo emocjonujace. Otoz
droga do zatoki przy ktorej lezy Port Arthur wiedzie przez przesmyk, ktory
jest bardzo waski - okolo 50-60 metrow pomiedzy dwoma skalistymi, o
wysokosci okolo 20-30 metrow, brzegami. Dodatkowa przeszkoda byla bardzo
slaba widocznosc na skutek padajacego deszczu i mgly. O swoim polozeniu w
stosunku do brzegu orientowalismy sie wylacznie z radaru i do konca nie
bylismy pewni czy trafimy w przesmyk, czy tez roztrzaskamy sie o sciany
skalne. Wchodzilismy w ten przesmyk plynac na pelnym wietrze, takze
jakikolwiek zwrot "w ostatniej chwili" nic by nam nie pomogl - i tak
zniosloby nas na skaly. Zeby tego nie bylo dosyc, ekran radaru ciagle
pokazywal nam ze na srodku przesmyku znajduje sie jakis nieruchomy obiekt.
Nie byl to statek, bo gdyby nim byl, widac byloby swiatla nawigacyjne lub
dawalby sygnaly mglowe. Wiec co ? Podejrzewalem ze byl to jakis typowy
plywajacy upior - lodka zerwana z cumy, plywajacy pomost, plywajaca latarnia
lub boja zerwana z kotwicy, albo poprostu duze drzewo. W koncu okazalo sie
ze bylo to tylko puste echo radarowe, czyli nic tam nie bylo. Ale
przekonalismy sie o tym dopiero bedac w miejscu tego echa, czyli w miejscu
przewidywanego zderzenia.

Nasze nowe zalogantki mialy w sumie ogromnego pecha. Pierwsze w zyciu
zetkniecie sie z zeglarstwem i od razu znalazly sie w niezlym sztormie.
Niewiele bylo z nich pozytku na pokladzie, poniewaz z miejsca dostaly bardzo
silnej choroby morskiej i rzygaly niemal bez przerwy. Caly przelot do Port
Arthur spedzily lezac na kojach, na dole. Zachowywaly sie jednak bardzo
dzielnie. Wymeczone choroba morska, nie okazywaly sladu zrozumienia grozy
sytuacji - podobnie jak ja kilkanascie dni wczesniej. Tego dnia ja rowniez -
po raz pierwszy w zyciu i jak na razie ostatni - rzygnelem sobie do
wiaderka. Pamietam nawet czym - sniadaniem skladajacym sie z jajecznicy z
pomidorami. Bardzo zreszta dobrej.

W Port Arthur przeczekalismy sztorm, co zajelo nam dwa dni. Spedzilismy je
zwiedzajac miejscowe zabytki - ponury ruiny zamczyska i fortu w ktorym
niegdys trzymano zeslancow z Anglii i z Irlandii. Poza tym sporo wloczylismy
sie po okolicy.

We wtorek, 7-go stycznia, gdy sztorm nieco przycichl, ponownie wyszlismy na
ocean. Pech jednak chcial, ze tuz po wyjsciu znowu rozdmuchalo sie na dobre
i tym razem ponownie najbardziej odczuly to dziewczyny. Postanowilismy na
noc schronic sie do malego porciku - Triabunna - na wschodnim wybrzezu
Tasmanii. Dziewczata jednak mialy absolutnie dosyc zeglowania. Nastepnego
dnia wczesnym rankiem spakowaly swoje rzeczy i pierwszym autobusem udaly sie
w sobie tylko znajomym kierunku, majac pewno dosyc zeglarstwa na reszte
swojego spodziewanego dlugiego i zdrowego zycia.

Ponownie zostalismy tylko w trojke i tym razem juz nie bylismy w stanie nic
na to poradzic. Tuz po odjezdzie dziewczat - tak jakby im na zlosc -
wypogodzilo sie i zrobilo wrecz bardzo pieknie. Poplynelismy wiec na caly
dzien na Wyspe Maryji - po ktorej plazach i skalistych gorach wloczylismy
sie do zmroku. Pamietam ze na wyspie tej bylo bardzo duzo kangurow - tak
duzo, ze naprawde trudno bylo nie wdepnac w ich odchody.

Nastepnego dnia rano ponownie wyszlismy na ocean. Przyjelismy zasade ze
plyniemy bezposrednio do Sydney, chyba ze jakis potezny sztorm zmusi nas do
zawiniecia do ktoregos z mijanych portow. Tym razem jednak Neptun
potraktowal nas bardzo, bardzo laskawie. Przelot do Sydney odbyl sie przy
bardzo ladnej pogodzie - bylo slonecznie i dosyc cieplo. W samym Bass Strait
wialo troche mocniej, ale bylo to nic w porownaniu z nawalnica z
poprzedniego przelotu do Hobart. Jacht, co prawda w dalszym ciagu bral wode
wszelkimi nieszczelnosciami, ale przyzwyczailem sie do tego i teraz ledwie
to zauwazalem. Jedynym malym zgrzytem w drodze powrotnej byla choroba
Noela - dostal przeziebienia. W zwiazku z tym nie mogl on stac za sterem,
tylko caly czas lezal na koi. Sterowalem ja na zmiane z Peterem, zmieniajac
sie co 4 godziny. Po kilku dniach wycienczylo to nas zupelnie. Jednak bliska
perspektywa stabilnego ladu, czystej i suchej poscieli bez smrodu wilgoci i
soli, mozliwosc zalatwienia sie w stabilnej ubikacji i kiedy tylko sie chce,
cieplego prysznicu itd itp wykrzesala ze mnie tak potrzebna energie. W
momencie gdy juz zaczynalem wrecz nienawidziec kola sterowego, przed dziobem
naszego jachtu ukazalo sie Sydney. Byl wtorek, 14 stycznia wieczorem.

Jacht zacumowalismy na boi w CYC. Po krotkiej modlitwie dziekczynnej
usciskalem sie z Peterem i Noelem, a nastepnie Peter odwiozl mnie szalupa na
brzeg. Siedzac w szalupie, po cichu skladalem sobie uroczysta przysiege ze
juz nigdy, nigdy przenigdy moja noga nie postanie na jachcie oceanicznym.
Nigdy. Nigdy, przenigdy!!! Morza wystarczy mi juz na reszte mojego zycia,
myslalem.

Jednakze po kilku dniach zapomnialem zupelnie o tych zakleciach. Czar morza,
zakodowany w jakiejs zapadlej czesci mojego mozgu, powrocil w swojej
normalnej, idealnej formie, kuszacej i zniewalajacej jak kochanka z sila,
ktorej nie jestem w stanie sie oprzec. Kilka dni pozniej ponownie znalazlem
sie na oceanie.



.Pokuś
Liczba postów:21 Reputacja: 0
27-12-2006, 14:16 #68
Świetne, Blady jak masz cos jeszcze to wklejaj, z chęcia poczytam.



.-.. .- ...- .. -.. .- . ... ... ..- . -. ---

Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
28-12-2006, 19:18 #69
Oto znalezione w sieci tatrzańskie wspomnienie z lat młodości mieszkającego w Szwajcarii pana dr Jacka Arkuszewskiego. Łapiński to ówczesny kierownik schroniska w Morskim Oku.

==

Latem roku 1953, a moze nawet 1954 dzierzawilismy od Lapinskiego
wraz z dwoma kumplami lunete i lodke na Morskim Oku. Dwoch wozilo
gosci na zleb pod Maszyna do Miesa, a jeden bral po 50 gr za
spojrzenie w lunete.

Eskortowalismy lodka takze Karoline Lubienska, aktorke, pania
ok. 50-tki, ktora przeplynela Morskie Oko.

Kolo pomostu na Morskim Oku krecily sie zawsze dwa olbrzymie
lososie czy lipienie: Wicek i Wacek. Mialy po metr dlugosci
i karmilo sie je chlebem. W rok pozniej jakis sk... jednak
je wylowil.

Bogatsi goscie przyjezdzali do Morskiego Oka zabawnymi, odkrytymi
taksowkami mieszczacymi po 6 osob. Byly to na ogol samochody
marki Tatra z wczesnych lat 20-tych. Mialy kola na szprychach.

Az tu ktoregos dnia zajechalo kilka czarnych "demokratek" (spytajcie
starszych, co to byly demokratki) i wysiadlo z nich mnostwo
tajniakow, kazdy z laseczka, towarzysz Berman, towarzysz Cyrankiewicz
oraz jakis 12-letni gnoj.

Przy lunecie byla kolejka, a obslugiwal ja wlasnie kumpel (nazwisko
wylecialo mi z pamieci) z wyszytym na tylku napisem "Z partia
na szczyty" czy cos w tym rodzaju. Taka byla wlasnie taternicka
moda, a zapomnialem dodac, ze tak wlasciwie to mysmy sie w Morskim
Oku wspinali. Kumpel trzymal reke na tylku i staral sie byc zawsze
odwrocony przodem do gosci.

Gnoj zaczal sie pchac przed kolejka do lunety i nawet nie mial 50 groszy.
Kumpel lagodnie staral mu sie wytlumaczyc, ze powinien stanac
w kolejce, ale gnoj juz pierwsza lekcje demokracji ludowej
mial za soba - kolejki to nie dla niego.

Wtedy zainterweniowal tow. Cyrankiewicz. Stanal z gnojem grzecznie
na koncu ogonka i nawet mial zlotowke! Ciekawe skad?

Potem Lapinski wygonil nas z lodki i sam dostojnych gosci
wozil po jeziorze.

Gdy mieli odjezdzac otwarto bagaznik jednej z demokratek i tam
tajniacy po kolei wrzucali laseczki-rekwizyty.

Pojechali. Odetchnelismy z ulga.



.Pokuś
Liczba postów:21 Reputacja: 0
29-12-2006, 00:44 #70
dawaj
dawaj



.-.. .- ...- .. -.. .- . ... ... ..- . -. ---

Kajak
Liczba postów:5,670 Reputacja: 3,845
29-12-2006, 12:59 #71
Uwielbiam morskie opowieści .
Bladyńko odwaliłes kawał solidnej nikomu nie potrzebnej (Wink)roboty.
Pragne tez przypomnieć ze "marynarzowi żadna burza łba nie urwie bo On dał rade nie jednej ...burzy." Big Grin



Nie ma się co przejmować życiem, ono kiedyś minie.

SaNtO
Liczba postów:18,181 Reputacja: 8,685
29-12-2006, 17:40 #72
może ktoś streścić o co tu chodzi mniej więcej bo nie chce mi się czytać Tongue



alocha
Liczba postów:2,415 Reputacja: 1,676
30-12-2006, 22:59 #73
SaNtO Napisał(a):
-------------------------------------------------------
> może ktoś streścić o co tu chodzi mniej
> więcej bo nie chce mi się czytać
>

W skrócie chodzi o to, że "Żeglowanie jest koniecznością, życie nie jest koniecznością"...




SaNtO
Liczba postów:18,181 Reputacja: 8,685
31-12-2006, 18:09 #74
absurd Tongue



Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
02-01-2007, 16:11 #75
Aż strach dostać zawału na meczu FC Köln - Cracovia. Wink

Przed Sylwestrem pani Veronika Hackenbroch posiłkując się badaniami naukowców z Kolonii postraszyła w Spieglu, że tamtejsi konsyliarze - było nie było uważani za gwiazdorów europejskiej medycyny - nie mają najlepszego przygotowania do leczenia nadciśnienia tętniczego. Poddano testom ponad 11,5 tysiąca internistów i kardiologów i tylko 4100 spośród nich prawidłowo odpowiedziało na pytanie dotyczące zakresu ciśnienia, przy którym należy już przyjmować że mamy do czynienia z nadciśnieniem tętniczym. Były też inne pytania. Test zdało pozytywnie około 25% lekarzy.

[...] Eine großangelegte Studie von Kölner Forschern stellt nicht den Patienten, sondern den Ärzten ein verheerendes Zeugnis aus. Die Forscher verschickten einen Fragebogen an niedergelassene Allgemeinärzte, Internisten und Kardiologen, um deren Basiswissen über die Behandlung von Bluthochdruck abzufragen. Peinliches Ergebnis: Von den 11.547 Ärzten, die den Bogen zurückschickten, wussten gerade einmal 4103, ab welchem Wert man überhaupt von Bluthochdruck spricht; ausreichende Kenntnisse auf dem Gebiet (mindestens fünf von acht Fragen richtig) hatte nicht einmal ein Viertel der Mediziner.[...]

Źródło: <http://www.spiegel.de/spiegel/0,1518,457313,00.html>



Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
02-01-2007, 16:33 #76
A na forum Spiegla od dzisiejszego bladego świtu trwa na ten temat dyskusja. Od 9:30 do tej pory pokazało się 30 postów ===> <http://forum.spiegel.de/showthread.php?t=1096&page=3&pp=10>



Khalid Pasiak
Liczba postów:14,849 Reputacja: 4,423
02-01-2007, 16:35 #77
Blady Nico - "dalekie to i zamorskie kraje" a u nas w Cracovie jakoś przystojniej człowiekowi żyć Wink




http://www.pajacyk.pl/ Wejdź, kliknij brzuszek pajacyka i pomóż  głodnym dzieciom +Ustaw jako stronę startową!!!

Geopijatyk-Fan Oderki
Liczba postów:708 Reputacja: 400
02-01-2007, 22:41 #78
Ja byłem kilka lat temu u mojego kolegi lekarza w Bonn i akurat był w Niemczech taki przypadek, że jednemu pacjentowi obcięto nie tą nogę, którą się powinno, ale następną. Potem musieli mu obciąć też poprzednią i facet, ktory przyszedł do szpitala z z dwiema nogami wyszedł nie z jedną jak miał wyjść, ale z żadną. Choć słowo "wyyszedł" nie jest zapewne adekwatne do sytuacji, która zaszła.



Za treść postów mojego męża nie odpowiadam.

Barbara M.M.

Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
03-01-2007, 23:42 #79
List do "Rzepy".

==

"Der Spiegel": Oddajmy Polsce Bawarię wraz z byłą NRD!

Satyrycy "Der Spiegel" zaproponowali, dla rozliczenia tragicznej przeszłości, oddanie Polsce całej NRD oraz Bawarii. Jest to bardzo pozytywna propozycja świadcząca o tym, że dziennikarze "Der Spiegel" są świadomi odpowiedzialności narodu niemieckiego za zbrodnie na Polakach podczas II wojny światowej.

Proponuję jednak satyrykom "Der Spiegel" rozważenie modyfikacji ich propozycji: Niemcy przekazują co najmniej Bawarię, jako matecznik hitleryzmu, narodowi żydowskiemu jako rekompensatę za dokonaną na nim przez Niemców zbrodnię, a wszyscy Niemcy dobrowolnie opuszczają przekazane Żydom terytorium. Żydzi przenoszą swe państwo z obecnego Izraela do Bawarii, a wypędzeni niewinni Palestyńczycy mogą po 50 latach wygnania powrócić do swoich domostw. Na Bliski Wschód powraca upragniony przez wszystkich pokój z poszanowaniem niezbywalnych praw obu narodów, palestyńskiego i żydowskiego, o który tak przejmująco apelował ostatnio papież Benedykt XVI. Pojednanie niemiecko-żydowsko-palestyńskie staje się faktem.

Autor: Adam Hojda



Blady Niko
Liczba postów:7,261 Reputacja: 200
03-01-2007, 23:52 #80
Wziął sprawy w swoje ręce

Dziennik "O Globo" podaje że w poniedziałek rano w centrum Rio de Janeiro do miejskiego autobusu wsiadło czterech mocno podchmielonych po sylwestrze młodych ludzi. Zaczęli się awanturować. Najpierw wybili dwie szyby, później jeden z nich zaczął grozić, że podpali autobus. Wówczas, wg relacji kierowcy, jeden z pasażerów wstał z miejsca i powiedział: "Dobra, ale nie ten, którym ja jadę". Po czym wyjął spluwę i zastrzelił dwóch chuliganów. Dwaj pozostali zdołali wyskoczyć przez wybite okna. Gdy autobus się zatrzymał, pasażer schował pistolet, narzucił sobie na ramiona plecak i wysiadł jakby nigdy nic. Nikt nie próbował go zatrzymać.

Źródło: PAP








Skocz do: