Witaj! Logowanie Rejestracja
Dalsze losy naszych byłych sportowców, trenerów, smakowite historyjki itp..



leszeczek
Liczba postów:14,419 Reputacja: 10,078
16-03-2020, 10:12 #6,521
(15-03-2020, 22:38)SaNtO napisał(a):  Dwie brameczki Javiego w finale i mistrzostwo Indii

Jak nic czeka go powołanie do reprezentacji Hiszpanii.

Dla niego i Olivy, oczywiście.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-03-2020, 10:16 przez leszeczek.



"dopóki nie było internetu, nie zdawałem sobie sprawy z tego ilu na świecie jest idiotów" S.Lem

Unikaj głośnych i napastliwych, są udręką ducha (dezyderata)


hank
Liczba postów:12,506 Reputacja: 19,241
16-03-2020, 10:30 #6,522
A Airam to od sieroty ? Wink



Semper fidelis .
Nigdy nie zejdziemy na psy

ancymon
Liczba postów:756 Reputacja: 800
16-03-2020, 10:30 #6,523
liga indyjska to taki poziom polskiej 4 ligi czy niżej? bez złośliwości, kiedyś oglądałem program o emerytowanych piłkarzach z europy i ameryki pd grających w tamtej lidze. pełne trybuny ale poziom dramatyczny. Pamiętam taki mecz sprzed powiedzmy 10 lat, reprezentacja Indii grała z old bojami Milanu, i było coś około 7-1 do przerwy dla starszych panów..



Diabel
Liczba postów:5,784 Reputacja: 4,690
16-03-2020, 19:14 #6,524
u nich pilka nozna ma taki prestiz i zainteresowanie jak u nas krykiet Smile



= sietniok na Madagaskar, won z Cracovii!! ===
To My

Bruno
Liczba postów:1,222 Reputacja: 1,077
17-03-2020, 17:04 #6,525
(16-03-2020, 10:30)ancymon napisał(a):  liga indyjska to taki poziom polskiej 4 ligi czy niżej? bez złośliwości, kiedyś oglądałem program o emerytowanych piłkarzach z europy i ameryki pd grających w tamtej lidze. pełne trybuny ale poziom dramatyczny. Pamiętam taki mecz sprzed powiedzmy 10 lat, reprezentacja Indii grała z old bojami Milanu, i było coś około 7-1 do przerwy dla starszych panów..
Piszesz pewnie o tzw.Indian Premier League,utworzonej wzorem zawodowej ligi krykieta w której grały między sobą drużyny z 6 największych indyjskich miast/prowincji.Co ciekawe,zapraszali do udziału w ośmio -tygodniowym turnieju największe gwiazdy,m.in.F.Cannavaro,R.Pires,H.Crespo,F.Morientes,J-J Okocha,R.Fowler.W jednej drużynie mogło grać 4 obcokrajowców i obowiązkowo 6 hindusów poniżej 21 roku życia.Jak widać,po latach,zapraszane gwiazdy nieco się zdewaluowały.



..Musha rain dum a doo dum a da ..whiskey in the jar-oo !

kapalin
Liczba postów:274 Reputacja: 373
17-03-2020, 17:30 #6,526
(17-03-2020, 17:04)Bruno napisał(a):  Piszesz pewnie o tzw.Indian Premier League,utworzonej wzorem zawodowej ligi krykieta w której grały między sobą drużyny z 6 największych indyjskich miast/prowincji.Co ciekawe,zapraszali do udziału w ośmio -tygodniowym turnieju największe gwiazdy,m.in.F.Cannavaro,R.Pires,H.Crespo,F.Morientes,J-J Okocha,R.Fowler.W jednej drużynie mogło grać 4 obcokrajowców i obowiązkowo 6 hindusów poniżej 21 roku życia.Jak widać,po latach,zapraszane gwiazdy nieco się zdewaluowały.
Oni tam mają jeszcze Super League. Szczerze, to nawet nie wiem, w której gra Javi. Moja cała wiedza o hinduskiej lidze (tej SL) sprowadza się do tego, że mieli  - w meczach ligowych - dość wysoki procent remisów do przerwy.



kaleb
Liczba postów:4,964 Reputacja: 2,591
20-03-2020, 13:00 #6,527
Media o planach Kapustki:

- Nie ukrywam, że po tym sezonie w lecie muszę odejść z Leicester, muszę odejść z Anglii i jestem do tego przekonany. Bardzo chciałbym coś zmienić, zacząć nową przygodę i myślę, że jestem przygotowany na taki krok. Trzeba wrócić na dobre tory. Może Ekstraklasa? Sam nie wiem. Nawet jeślibym wiedział, to nie powiedziałbym tego, bo sytuacja na świecie jest tak dynamiczna, że nie zmienia się nawet z miesiąca na miesiąc, co bardziej z tygodnia na tydzień - oświadczył Kapustka w rozmowie z radiem "Weszło".



jarkos_
Liczba postów:464 Reputacja: 487
Wczoraj, 15:21 #6,528
Dzisiaj Robert Podoliński w Hejt Parku na Kanale Sportowym (na youtubie). Kto nie zna formuły programu - można dzwonić i zadawać pytania ludziom w studio (ciężko się ponoć dodzwonić).



SaNtO
Liczba postów:17,160 Reputacja: 5,686
Wczoraj, 20:50 #6,529
Oliva na Instra trenuje w naszej koszulce. Szkoda tego Piłkarza

Oliva > Rafa



sterby
Liczba postów:8,212 Reputacja: 10,164
Dzisiaj, 08:22 #6,530
Dalsze losy naszych byłych i obecnych są mocno niepewne.



[Obrazek: gf-JzRg-qYWu-XW5A_janusz-filipiak-664x442-nocrop.jpg]
Człowieka jest łatwo oszukać.
O wiele trudniej przekonać go, że został oszukany.

kaleb
Liczba postów:4,964 Reputacja: 2,591
Dzisiaj, 11:35 #6,531
(Wczoraj, 20:50)SaNtO napisał(a):  Oliva na Instra trenuje w naszej koszulce. Szkoda tego Piłkarza

Oliva > Rafa

Jak znalazłeś takie zdjęcia, to wrzuć ku pokrzepieniu serc pasiastej braci. W taki czas to miły przerywnik w dość przygnębiającej rzeczywistości.



hank
Liczba postów:12,506 Reputacja: 19,241
10 godzin(y) temu #6,532
Co starsi z kibiców na pewno Go pamiętają :

Wszystko zapisane jest tam, na górze .
Choć od blisko trzech dekad musi radzić sobie bez jednej nogi, nie użala się nad sobą. Jeśli chodzi o swoją przeszłość, nie ma dla niego tematów tabu. Bierze życie takim, jakie jest. Nie ma przecież co wybrzydzać - taka deklaracja pada z usta Tadeusza Błachno nieraz.
Tadeusz Błachno występował głównie w Widzewie Łódź i Cracovii
W 1978 roku dwukrotnie wystąpił w reprezentacji Polski
Cieniem na jego życiu położył się wypadek, w którym stracił nogę
Obecnie, w wieku 67 lat, wiedzie ubogi żywot w podkrakowskiej Skale, ale nie narzeka na swoją sytuację
Po raz pierwszy o jego obecnym stanie można było przeczytać na kartach książki "Wielki Widzew" autorstwa Marka Wawrzynowskiego
- Za Jacka Gmocha zagrałem dwa mecze w reprezentacji. Wystawił mnie na prawej pomocy. Z Finlandią wygraliśmy 1:0 na wyjeździe, a z Islandią 2:0, też u nich. Szanowaliśmy się ze "Szczęką" nawzajem, bo wiedzę trenerską wyniósł nie tylko z książek, ale i z boiska.
- W Helsinkach starszyzna rozliczała się za mistrzostwa świata w Argentynie. Ja byłem gówniarz, więc się nie wtrącałem. Powiedzieli mi, żebym "zdupiał", bo to nie moja sprawa. Pokłócili się między sobą o podział premii. Kazek Deyna wziął sobie za dużo i była awantura. Wtedy nie było różnicy, kto ile grał - premie były takie same. Na przykład w Widzewie wszyscy wiedzieli, że Zbyszek Boniek jest od nas o klasę lepszy, ale nie dostawał ani grosza więcej.
- Z Bońkiem z początku nie szło się dogadać. Takie panisko! Chciał za bardzo rządzić, a w Widzewie to nie mogło przejść. Wszyscy wiedzieliśmy, że jest naszym najlepszym piłkarzem, ale nie musiał nami pomiatać. Dlatego nieraz dostał po gębie. Nie umiał się bić, ale cały czas się stawiał. Farba mu się z nosa lała, ale za parę dni znowu się tłukł.
- "Sobol" (Ludwik Sobolewski, były prezes Widzewa Łódź - red.) zastanawiał się, kogo ściągnąć z Zawiszy Bydgoszcz: Bońka czy Heńka Miłoszewicza. Powiedziałem, że tego pierwszego, bo rude to zawzięte. Zawsze był twardy, miał mocną psychikę. Na wyjazdach kibice wyzywali go od ch***, a on jak gdyby nigdy nic strzelał gole.
- Wszyscyśmy mówili na niego na początku "Rudy". Aż któregoś dnia się wkurzyłem i zacząłem wołać do niego "Murzyn". I tak już zostało.
- Czy byliśmy królami życia? Źle nie mieliśmy. Dostawałem trzy pensje: z Widzewa, z zakładów włókienniczych "Wifama" i "1 maja". Byliśmy tylko na liście płac, do roboty oczywiście nie chodziliśmy.
- Imprezowało się, ale przed meczami już się hamowaliśmy. W Widzewie byliśmy umówieni tak, że jeśli trener w środę albo w kolejnych dniach przed meczem wyczuwał alkohol, to trzeba było wrzucić do skarbonki nawet pół wypłaty. Tyle że po jakimś czasie Jezierski przychodził i mówił: "Tadziu, weź sobie pieniądze z tej skarbonki, przecież to było dawno". Karał przy wszystkich, ale jak ktoś później grał za dwóch, doceniał to.
- Chociaż nie powiem, że nie było większych wybryków. Kiedyś trener Jezierski wyciągał mnie z izby wytrzeźwień. Piliśmy w parku, zaczęliśmy śpiewać, przyjechała milicja. Ja się ich nie bałem, zaczęła się kłótnia. Doszło do szarpaniny, zabrali mnie na izbę wytrzeźwień. Jak dyrektor izby mnie zobaczył, to zaczął krzyczeć: "Kogoście tutaj przywieźli?!". Rano Jezierski dowiedział się, gdzie wylądowałem. Straszną awanturę zrobił. Na całą Łódź!
- Byli też tacy, którzy musieli coś wypić przed wyjściem na boisko. Inaczej byliby chorzy! A tak to wracała im i odwaga, i szybkość.
- Trener Jezierski był dla mnie jak ojciec. Pomagał mi w różnych życiowych sprawach, a ja odwdzięczałem mu się dobrą grą. Urodziłem się w Skale, ale tułałem się po różnych miastach, więc potrzebowałem kogoś takiego jak on.
- Czy mogłem więcej pograć w reprezentacji? Pewnie tak, ale przyszedł "Śmieszek" i to był już koniec. Pojechaliśmy do Rumunii, przegrywamy, a on się śmieje. Kulesza, znaczy się. Uśmiech nigdy nie schodził mu z twarzy. Po tej Rumunii powiedziałem, co o nim myślę, i się skończyło. U nas, w Widzewie, wszystko mówiło się prosto w oczy. No to mu powiedziałem, że się nie nadaje.
- Widzew to nie była byle jaka drużyna. Za moich czasów wyeliminowaliśmy przecież Manchester City. Jak pojechaliśmy na mecz wyjazdowy, pytali nas, gdzie jest ten Widzew. No, to szybko się przekonali, bo ich wyeliminowaliśmy. Oni grali tylko do boku, a potem dośrodkowanie.
- Trener Jezierski był bardzo wymagającym i sprawiedliwym człowiekiem. Nigdy do składu nie był w stanie załapać się przypadkowy zawodnik. Jeśli nie wywalczyłeś sobie miejsca na boisku robotą na treningu, to tyle, nie było cię. Niezależnie od tego, jakie miałeś nazwisko.
- Na boisku tworzyliśmy prawdziwą drużynę, jeden za drugiego by życie oddał. Ale poza nim nasze drogi się rozchodziły. Od Zbyszka Bońka mieszkałem 100 m, ale przez sześć lat byłem u niego ze dwa razy.
- Prezes Sobolewski potrafił być surowy, ale za dobre mecze potrafił wynagrodzić jak mało kto. Miał dojścia do władzy ludowej, nikt mu się nie wtrącał. Kogo chciał, mógł kupić. Oprócz Deyny (śmiech).
- Z "Kaką" spotkałem się w Legii. Nie mieliśmy zbyt wielu okazji do wspólnej gry, bo wystąpiłem tylko w dwóch meczach. Przy Deynie, Ćmikiewiczu czy Pieszce nie było nawet jak palca włożyć. Ja tylko sprzęt po nich nosiłem i czyściłem im buty. Taka była hierarchia.
- Pan Kazimierz rozkładał się zawsze w szatni ze swoimi rzeczami, musiał mieć dużo miejsca. Młodszym, w tym mnie, nie pozwalano przebierać się w głównej sali, tylko na korytarzu. Może przeskrobałem sobie tym, że na jednym z pierwszych treningów wyciąłem Deynę?
- Poza boiskiem były mu tylko karty w głowie, ale trzeba przyznać, że w piłkę grać potrafił. Mruk był z niego niesamowity. Zdania nie potrafił sklecić. Co innego Ćmikiewicz - kultura i obycie na całkiem innym poziomie niż pan Kazimierz.
- Z tą Legią wyszło trochę na wariata. Jak byłem w Hutniku Kraków, odesłano mnie do Sanoka, żebym odbył służbę wojskową. Zagrałem tam w kilku sparingach w Stali, strzeliłem parę bramek i upomniała się o mnie Wisłoka Dębica. Miałem pojechać do Szklarskiej Poręby na obóz. Rozeszła się fama i zanim dotarłem na zgrupowanie, bilet do jednostki w Warszawie już na mnie czekał. Dogadali się z Sanokiem wojskową drogą.
- Po pewnym czasie w Legii uparli się na Władysława Dąbrowskiego, środkowego napastnika Widzewa. "Sobol" powiedział: "Dajcie mi Błachnę, dołóżcie trochę pieniędzy i kwita". W papierach wpisano mi, że odbywam służbę wojskową w Orle Łódź, ale nie musiałem się tam nawet pokazywać.
- Jak stuknęła trzydziestka, grałem jeszcze w Cracovii, ale rozglądałem się za nowym zajęciem. Wtedy Adam Kopczyński, taki hokeista, namówił mnie na wyjazd do Belgii. Pograłem tam rok w drugiej lidze, do awansu zabrakło nam trzech punktów. A powtarzałem w klubie, że jeśli nie kupią 10 punktów, to nie awansujemy. "U nas się nie kupuje" - usłyszałem. Skończyło się tak, że inni kupili, a my zostaliśmy z niczym.
- W Polsce w tamtych czasach też tak to wyglądało: jeśli nie kupiłeś co najmniej 10 punktów, to nie było szans zdobyć tytułu mistrza Polski. Tak, mecze też się sprzedawało. Nieraz piłkarze z przeciwnych drużyn robili pod nas podchody. Zdarzało się, że zapłacili naszym czterem, później trzech podzieliło się z resztą ze zespołu, a ten czwarty zostawiał swoją część tylko dla siebie. "Bo mi się należy" - twierdził. O kogo chodziło? Mniejsza o to.
- W Belgii pograłem półtora roku, potem pracowałem tam przy wydawaniu butów na lodowisku. Później była jeszcze Holandia i Austria. Co tam robiłem? Jak to się mówi, na budowie pracowałem. Nieźle było. Zarobki w porównaniu z Polską to było niebo a ziemia.
- Nie ma pan papierosów? Aha, nie pali pan... Że co, kupi mi pan? E tam, nie będę redaktora naciągał... No dobrze, byle czerwone, mocne.
- Po powrocie do kraju trochę kasy było, to odkupiłem wytwórnię wód gazowanych. Szło mi naprawdę dobrze, dziennie rozwoziłem po 2000 butelek oranżady. W pewnym momencie państwo zaczęło się mną interesować. Jak dokładnie? Nasyłali na mnie kontrole, coraz bardziej deptali mi po piętach. Aż w końcu w Skale powstała państwowa wytwórnia, która miała pierwszeństwo w sprzedaży, do tego oferowała niższe ceny. No i tak mnie wykończyli.
- Potem ta historia z tramwajem... To był przypadek. Działo się to na Placu Centralnym w Nowej Hucie, jechałem do cementowni. Patrzę, tramwaj jest ode mnie 40 m, ale tam jest ruch okrężny, więc miałem szansę zdążyć. Wszedłem na torowisko, tramwaj zahaczył mnie za lewą nogę, obróciło mnie i wpadłem pod koła. Ciach, nie ma całej prawej nogi. Gdybym był słabszy fizycznie, to odrzuciłoby mnie na bok, ale za mocno stałem na nogach i poszedł piruet.
- Tyle pamiętam. Obudziłem się w szpitalu. Opowiadali mi, że wylało się ze mnie tyle krwi, że szykowali już na mnie specjalny, zasuwany waciak, żeby wysłać mnie na tamten świat. Ale się nie dałem!
- Na szczęście w szpitalu poznał mnie lekarz. Od razu powiedział pielęgniarkom, że to nie jest zwykły człowiek, tylko Tadziu Błachno. "Ładować w niego krew, to wytrenowany organizm, wróci do zdrowia" - polecił.
- Bardzo przejąłem się tym wypadkiem. Za bardzo... Brak nogi to duże obciążenie. I fizyczne, i psychiczne. Nie poradziłem sobie z tym. Zaczął pojawiać się alkohol. I to często. Była kasa, to przyjaciele też byli. Sponsor nad sponsorami, pół wsi balowało za moje. Z czasem kolegów ubywało, bo było coraz mniej pieniędzy. Samo życie. Ale stało się i co mam zrobić?
- Z żoną też nie ułożyło się jak trzeba. Po wypadku zaczęły chodzić słuchy, że poznała zdrowego, bardziej sprawnego. Rozwiedliśmy się.
- Czy potrzebuję pomocy? Jak straciłem nogę, Cracovia zorganizowała dla mnie mecz charytatywny. Uczciwie przekazali mi wszystkie pieniądze. Teraz mam 1000 zł renty, zostało mi jeszcze trochę w źródełku, choć zaczęło wysychać. Jak ma się 67 lat, to nie ma co wybrzydzać.
- Czy czegoś żałuję? Nie ma co myśleć o przeszłości. Życie się bierze takim, jakie jest. Nie ma się czym przejmować. To nie ja rządzę swoim życiem, tylko Pan Bóg. To on decyduje o moim losie. Jestem katolikiem i przyjmuję wszystko, co Bóg mi daje. Tam, na górze, wszystko jest zapisane. Tak samo z moim wypadkiem. Najwidoczniej tak miało być.

(z oddali) Ej, Wojtek! Jedziesz na Ojców? Nie? To dajże przynajmniej szluga.
- Pyta pan, dlaczego Wojtek. Tu, w Skale, mam tak na imię. Od zawsze mi tak mówią. Tak, jestem Wojtek. Wojtek Błachno.

za https://sport.onet.pl/pilka-nozna/tadeus...ji/rvpbjsx



Semper fidelis .
Nigdy nie zejdziemy na psy






Skocz do: