Witaj! Logowanie Rejestracja
Historyja



Khalid Pasiak
Liczba postów:14,849 Reputacja: 4,425
12-07-2020, 20:15 #3,501
(12-07-2020, 19:51)sterby napisał(a):  Mało znany wycinek historii.

https://superhistoria.pl/sredniowiecze/1...tosci.html

Smile
Ciekawy temat.
Wiele lat temu za licealnych czasów przeczytałem bardzo ciekawą monografię o słowianach między Odrą a Łabą 
tj Serbach Połabskich , Odobrycach  a i Ranach z Rugii. O prawie 500 latach jak się Niemcom opierali , do XI wieku bardzo potężnie. O Związku Wieleckim , który w walnej bitwie rozgniótł armię cesarza rzymskiego narodu niemieckiego (i zaraz potem zamiast wykorzystać to zabrał się za wojnę domową ,które z 4ch plemion "rządzi" )  O obronie Arkony i Rany (Rugia obecna) przed NIemcami , Duńczykami etc. O tym jak jeszcze za rozbicia dzielnicowego Polski odparli Niemiecką wyprawę krzyżową (keiserowi nie chciało się do Palestyny jechać to wybrał się "nawracać" słowian - Mieszko III Stary jeden z najwybitniejszych Piastów okresu rozbicia dzielnicowego zebrał wszystkie siły i "wziął" udział w kurcjacie...stojąc po swojej stronie Odry i pilnując aby Niemcy się "nie zapędzili" na Polskie tereny ) 

itd. itp. Bardzo Ciekawa księga była...szukam w biblioteczce ale chyba komuś wyporzyczyłemSad  

ps: wtedy też dowiedziałem się ,że Berlin założyli Słowianie.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-07-2020, 20:43 przez Khalid.




http://www.pajacyk.pl/ Wejdź, kliknij brzuszek pajacyka i pomóż  głodnym dzieciom +Ustaw jako stronę startową!!!


Leesior
Liczba postów:9,739 Reputacja: 1,052
17-07-2020, 12:37 #3,502
Przedwczoraj obchodziliśmy 921 rocznicę Wyzwolenia Jerozolimy.
DEUS VULT !



sterby
Liczba postów:8,822 Reputacja: 12,870
18-07-2020, 11:56 #3,503
76 lat temu zginął śmiercią żołnierza pod Ankoną Adolf Bocheński, jeden z najtęższych polskich umysłów historycznych i geopolitycznych.
Tylko Polska pozwala żeby jej najlepsze dzieci bez sensu przelewały krew w nieswojej zresztą sprawie.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Adolf_Mari...e%C5%84ski



Łatwiej jest oszukać człowieka, niż przekonać go, że został oszukany.

Kajak
Liczba postów:5,670 Reputacja: 3,848
18-07-2020, 12:36 #3,504
Z cyklu sojusznicy Hitlera :
Vladni Vojsko  https://pl.wikipedia.org/wiki/Vl%C3%A1dn%C3%AD_vojsko
Niewiele brakło a spotkalibyśmy się z Czechami pod Monte Cassino, po przeciwnych stronach......



Nie ma się co przejmować życiem, ono kiedyś minie.

the Painter
Liczba postów:1,048 Reputacja: 5,132
18-07-2020, 12:55 #3,505
(18-07-2020, 11:56)sterby napisał(a):  76 lat temu zginął śmiercią żołnierza pod Ankoną Adolf Bocheński, jeden z najtęższych polskich umysłów historycznych i geopolitycznych.
Tylko Polska pozwala żeby jej najlepsze dzieci bez sensu przelewały krew w nieswojej zresztą sprawie.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Adolf_Mari...e%C5%84ski
Co za zdemoralizowany kraj to był. A swoją drogą, taki tęgi umysł i nie widział, że może zginąć bez sensu, w nieswojej sprawie? Bo przecież nie został na siłę wcielony. Mądry Polak po szkodzie. Dopiero w PRL u przyjęto kodeks, w którym ujęto najemnictwo jako czyn karalny. Ale PRLu już nie ma i PRL owskiego kodeksu i Polacy jak głupi,znów jeżdzili walczyć i ginąć w Afganistanie, w obronie interesów innych państw. Co za kraj, co za ludzie.

Caution! WET PAINT



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

sterby
Liczba postów:8,822 Reputacja: 12,870
18-07-2020, 13:09 #3,506
(18-07-2020, 12:55)the Painter napisał(a):  
(18-07-2020, 11:56)sterby napisał(a):  76 lat temu zginął śmiercią żołnierza pod Ankoną Adolf Bocheński, jeden z najtęższych polskich umysłów historycznych i geopolitycznych.
Tylko Polska pozwala żeby jej najlepsze dzieci bez sensu przelewały krew w nieswojej zresztą sprawie.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Adolf_Mari...e%C5%84ski
Co za zdemoralizowany kraj to był. A swoją drogą, taki tęgi umysł i nie widział, że może zginąć bez sensu, w nieswojej sprawie? Bo przecież nie został na siłę wcielony. Mądry Polak po szkodzie. Dopiero w PRL u przyjęto kodeks, w którym ujęto najemnictwo jako czyn karalny. Ale PRLu już nie ma i PRL owskiego kodeksu i Polacy jak głupi,znów jeżdzili walczyć i  ginąć w Afganistanie, w obronie interesów innych państw. Co za kraj, co za ludzie.

Caution! WET PAINT
Nic nie kumasz. Bocheński pochodził z głęboko patriotycznej rodziny i domagał się, począwszy od września '39 wcielenia do wojska, mimo słabego zdrowia. Rolą mądrego państwa byłoby skierować go na posadę w MSZ, a nie pozwolić rozbrajać niemieckie miny.
Ciekawe czy kiedyś jakieś pokolenie powie, że jest dumne z polskiego państwa, ale nie z flagi i "O mój rozmarynie..." tylko z jego prawdziwych dokonań wewnętrznych i zewnętrznych.



Łatwiej jest oszukać człowieka, niż przekonać go, że został oszukany.

sterby
Liczba postów:8,822 Reputacja: 12,870
18-07-2020, 13:12 #3,507
(18-07-2020, 12:36)Kajak napisał(a):  Z cyklu sojusznicy Hitlera :
Vladni Vojsko  https://pl.wikipedia.org/wiki/Vl%C3%A1dn%C3%AD_vojsko
Niewiele brakło a spotkalibyśmy się z Czechami pod Monte Cassino, po przeciwnych stronach......
No w sumie szkoda, że nie "bronili" Monte Casino, zdobywanie trwałoby 20 minut, bez strat po obu stronach.



Łatwiej jest oszukać człowieka, niż przekonać go, że został oszukany.

the Painter
Liczba postów:1,048 Reputacja: 5,132
18-07-2020, 13:31 #3,508
Ale jako człowiek inteligentny musiał widzieć, że się nie nadaje na żołnierza, że każdy powinien robić dla ojczyzny to co potrafi najlepiej? Mówisz, że patriotyczne wychowanie mu zamieszało w głowie? Dziecku można namieszać w głowie, powiedzieć, że nie ma wojny sprawiedliwej, a każdy żołnierz to morderca. Można mu powtarzać:Miłuj nieprzyjaźńciół swoich. Schowaj miecz, przekuj go na lemiesz. Zło, dobrem zwyciężaj. Ludzie dorośli, mają jednak swoje własne światopoglądy i tylko oni są odpowiedzialni za to co robią i co myślą. Wychowanie i ich "kraj", nic tu nie mają do rzeczy i każdy jest świadom swoich wyborów.
Też mógłbym powiedzieć, że mnie kraj zmusił do emigracji, że mi pozwolił, albo niedoszła teściowa zmamiła, obiecując rękę swojej córki. Zawsze chciałem pracować dla Polski, a teraz jakiś obcy rząd mi płaci śmieszne pieniądze, za jeżdżenie na rowerze i opalanie się w parku.

Caution! WET PAINT



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

sterby
Liczba postów:8,822 Reputacja: 12,870
05-08-2020, 21:57 #3,509
Dzisiaj 76 rocznica Rzezi Woli 30-60 tys. ofiar, głownie kobiet i dzieci

Ci ludzie wydali bezbronną ludność cywilną na pastwę zdegenerowanych hitlerowskich hord.

Tadeusz Pełczyński ps. Grzegorz
[Obrazek: c_WNfpcl-CqswbQbqvM07qi9HulhQ8S-jfoANAAS...jH9PSW-Jgs]

Jan Rzepecki ps. Prezes
[Obrazek: 8qMfmRWZzPJzNU5i8pzZx288LSjVCBVNmfT7Nany...g-qO3CfBGA]

Leopold Okulicki ps. Kobra
[Obrazek: generac582-leopold-okulicki.jpg?w=584]

Tadeusz Komorowski ps. Bór
[Obrazek: Tadeusz_Bor_Komorowski.jpg]

I pomyśleć, że w/w mają swoje ulice w wielu polskich miastach, a powinni być na liście wiecznej hańby.
O nieszczęsny narodzie, który stawiasz pomniki takim zbrodniczym nieudacznikom, a zapominasz o prawdziwych bohaterach.



Łatwiej jest oszukać człowieka, niż przekonać go, że został oszukany.

the Painter
Liczba postów:1,048 Reputacja: 5,132
06-08-2020, 01:56 #3,510
Dobrze, że UBecja się nimi zajęła po wojnie. Prawdziwi bohaterzy, rzadko znani z nazwiska.

Caution! WET PAINT



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

sterby
Liczba postów:8,822 Reputacja: 12,870
06-08-2020, 07:38 #3,511
(06-08-2020, 01:56)the Painter napisał(a):  Dobrze, że UBecja się nimi zajęła po wojnie. Prawdziwi bohaterzy, rzadko znani z nazwiska.

Caution! WET PAINT
Bzdura, kompletna. Poza Okulickim pozostali trzej dożyli swoich dni na emeryturkach na Zachodzie.
Nikt nigdy nie postawił im zarzutów.
Przez kilka dni na Woli zamordowano więcej cywilów niż ich zginęło. w całej Wojnie Obronnej 1939 roku
Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-08-2020, 07:39 przez sterby.



Łatwiej jest oszukać człowieka, niż przekonać go, że został oszukany.

the Painter
Liczba postów:1,048 Reputacja: 5,132
06-08-2020, 12:15 #3,512
W takim razie powinieneś podkręcić ten temat, chłopakom z Łazienkowskiej. Zawsze Ci się podobały ich oprawy historyczne. A któż ma większe prawo do rozliczania, jak nie Warszawiacy? Kraków siedział cicho w czasie wojny (nie licząc awantury na derbach), to i teraz nie powinien zabierać głosu.

Caution! WET PAINT



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

Diabel
Liczba postów:6,695 Reputacja: 6,921
06-08-2020, 14:40 #3,513
Ja się czasem gubię Malarzu, kiedy se jaja robisz a kiedy na poważnie (emot Szuwarka)



= sietniok na Madagaskar, won z Cracovii!! ===
To My

the Painter
Liczba postów:1,048 Reputacja: 5,132
06-08-2020, 15:20 #3,514
Ja sam się gubię. Czy Armia Krajowa, to była formacja wojskowa, czy organizacja terrorystyczna, jak IRA, albo ETA Czy wojsko może walczyć, z ludnością cywilną?Czy cywile mogą walczyć z wojskiem, czy tylko z innymi cywilami? Czy można formacją wojskową, nazwać takie siły zbrojne, gdzie dowódca wydaje rozkaz, bo tego rozkazu oczekują jego podkomendni i jeśli go nie wyda, może dojść do masowej niesubordynacji (w okresie działań zbrojnych, karane przynajmniej kiedyś wyrokiem śmierci)?

Caution! WET PAINT



Gdy tylko nadszedł moment, w którym drużyna zaczęła się załamywać, rozlegały się chóralne okrzyki i wiersze ad hoc ułożone.

hank
Liczba postów:13,730 Reputacja: 23,242
06-08-2020, 15:52 #3,515
(05-08-2020, 21:57)sterby napisał(a):  Dzisiaj 76 rocznica Rzezi Woli 30-60 tys. ofiar, głownie kobiet i dzieci

Ci ludzie wydali bezbronną ludność cywilną na pastwę zdegenerowanych hitlerowskich hord.

Tadeusz Pełczyński ps. Grzegorz
[Obrazek: c_WNfpcl-CqswbQbqvM07qi9HulhQ8S-jfoANAAS...jH9PSW-Jgs]

Jan Rzepecki ps. Prezes
[Obrazek: 8qMfmRWZzPJzNU5i8pzZx288LSjVCBVNmfT7Nany...g-qO3CfBGA]

Leopold Okulicki ps. Kobra
[Obrazek: generac582-leopold-okulicki.jpg?w=584]

Tadeusz Komorowski ps. Bór
[Obrazek: Tadeusz_Bor_Komorowski.jpg]

I pomyśleć, że w/w mają swoje ulice w wielu polskich miastach, a powinni być na liście wiecznej hańby.
O nieszczęsny narodzie, który stawiasz pomniki takim zbrodniczym nieudacznikom, a zapominasz o prawdziwych bohaterach.
Że jeszcze wspomnę generała Chruściela pseudonim Monter .



Semper fidelis .
Nigdy nie zejdziemy na psy

audax
Liczba postów:2,041 Reputacja: 742
06-08-2020, 18:56 #3,516
Udział Ukraińców w powstaniu

https://kresy.pl/kresopedia/udzial-ukrai...zawskiego/



"Dokładnie. Dla idei "Cracovia". Napewno nie dla samego meczu. Ta idea jest nie określona i nie nazwana. Tego sie nie da wytłumaczyc, ale łatwo sie da poznac kto czuje "Cracovie" tak samo jak Ty".

STC_Piotrek

sterby
Liczba postów:8,822 Reputacja: 12,870
06-08-2020, 19:30 #3,517
Masz rację hanku, Monter nr 2 tej listy hańby.

Antoni Chruściel

[Obrazek: 240px-Chrusciel_antoni.jpg]



Łatwiej jest oszukać człowieka, niż przekonać go, że został oszukany.

STARA HUTA 82
Liczba postów:338 Reputacja: 1,533
07-08-2020, 06:29 #3,518
Tak tylko wspomnę, że zbrodniarzowi Komorowskiemu, marzyła się też rzeź Krakowa. Na szczęście płk Godlewski olał jego rozkazy! Nie wysłano nieuzbrojone dzieci do natarcia na niemieckie karabiny. Jakim trzeba być zbrodniarzem-dowódcą aby znając wynik z góry, tysiące ofiar, wysyłać nieuzbrojonych ludzi, w tym dzieciaki do walki przeciw uzbrojonym po zęby przeciwnikom?!? Różnych bydlaków się obecnie czci, ale ktoś musi prostować te głupoty i tu pełna zgoda (niezwykle rzadko ;Wink ) z Kolegą Sterby
Bohaterska, odważna to była postawa tych zwykłych ludzi którzy walczyli, pomimo bezsensownego, zbrodniczego rozkazu.


Artykuł na ten temat:

Dzień 1 września jest w Polsce obchodzony jako rocznica wybuchu drugiej wojny światowej. Ale ta data mogła też symbolizować zupełnie inne wydarzenie – powstanie Armii Krajowej w Krakowie w 1944 roku. Powstanie, które stałoby się co najmniej taką samą hekatombą jak powstanie warszawskie. Nie ulega wątpliwości, że w wypadku wybuchu tego powstania nie tylko Kraków, ale i okoliczne miejscowości stałyby się ofiarą niemieckiego odwetu.

Kraków był stolicą Generalnego Gubernatorstwa i siedzibą generalnego gubernatora Hansa Franka. Z tego powodu wzniecenie tam powstania zostałoby odczytane przez Niemców i samego Franka – znanego z nienawiści do Polaków – jako szczególnie bezczelna polska prowokacja. W obliczu słabości tamtejszych sił AK, które w żaden sposób nie mogły sprostać ogromnej przewadze niemieckiej w liczebności i uzbrojeniu, Kraków i jego okolice podzieliłyby los Woli, Ochoty i Starego Miasta w Warszawie. Auschwitz był niedaleko – zaledwie o 60 km – zatem techniczne rozwiązanie problemu likwidacji tych cywilów, których Niemcy nie zdołaliby zabić na miejscu, nie byłoby trudne.

Pod koniec sierpnia 1944 roku…
komendant główny AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski wysłał do płk. Edwarda Godlewskiego „Gardy” – dowódcy krakowskiego Okręgu AK – depeszę z rozkazem wywołania powstania w Krakowie. Depesza Bora-Komorowskiego zaczynała się od słów: „Walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych. Obecnie zależy mi bardzo by obok Warszawy nastąpiło silne uderzenie na Niemców jeszcze w Okręgu Muzeum [Kraków]. Drobne działania już nie mają znaczenia. W związku z tym: wykonajcie akcje na szerszą skalę przez opanowanie Krakowa lub w ostateczności Tarnowa. Czas i sposób wykonania pozostawiam wam” [1].

Powstanie miało zatem wybuchnąć nie tylko w Krakowie. Jeżeli w rozkazie Bora-Komorowskiego była mowa o odległym od Krakowa o 84 km Tarnowie, to należy założyć, że brał on pod uwagę także inne miejscowości Małopolski, leżące chociażby pomiędzy Krakowem a Tarnowem.

Ten rozkaz został wydany po wymordowaniu przez Niemców i ich wschodnich kolaborantów 50-60 tys. mieszkańców Woli i Ochoty, po wypędzeniu dalszych dziesiątek tysięcy warszawiaków do obozu w Pruszkowie i wywiezieniu części z nich 12 sierpnia 1944 roku w pierwszym transporcie pruszkowskim do KL Auschwitz, po tym jak Niemcy zaczęli masakrować mieszkańców pozostałych dzielnic Warszawy nalotami lotniczymi, ostrzałem artyleryjskim i pociskami wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych Nebelwerfel („ryczące krowy”), po tym jak powstańcy warszawscy toczyli już beznadziejną walkę w ruinach Starego Miasta, Śródmieścia, Powiśla, Mokotowa i na odciętym od pozostałych dzielnic Żoliborzu.

Istota rozkazu Bora
Bór-Komorowski wydał rozkaz wybuchu powstania w Krakowie mając pełną świadomość faktu, że sytuacja militarna Armii Krajowej w tym mieście była znacznie gorsza niż w Warszawie, gdzie powstańcy znajdowali się już w położeniu krytycznym. Siły, jakimi dysponował krakowski Okręg AK nie były w stanie przeciwstawić się 30-tysiecznemu garnizonowi niemieckiemu Krakowa, nie mówiąc o innych jednostkach niemieckich stacjonujących wtedy w Małopolsce – wówczas już strefie przyfrontowej. Jaki zatem sens miała następująca uwaga gen. Bora: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną. Do akcji tej zgromadźcie jak największe zapasy amunicyj oraz zorganizujcie dobrze sieć dowodzenia /łączność radiową/, z góry rozmieszczając w poszczególnych dzielnicach miasta [oddziały] – zdolne do samodzielnej i odosobnionej walki”?

Okręg Muzeum nie był silny i dobrze uzbrojony, nie miał wielkich zapasów amunicji, łączności radiowej i oddziałów zdolnych do samodzielnej i odosobnionej walki „technicznej” (czyli z przeciwnikiem dysponującym bronią pancerną, artylerią i lotnictwem). Czyżby gen. Bór sądził, że jego rozkaz będzie miał moc czarodziejskiej różdżki, której dotknięcie uzbroi krakowską AK tak, że będzie zdolna do walki z przeważającymi siłami wroga? Rozkaz gen. Bora był nie tylko skrajnie nieodpowiedzialny i wręcz zbrodniczy, ale stanowi ekstremalny przykład polskiego irracjonalizmu politycznego. Wiele też mówi o moralności i horyzontach myślowych generała, który stanął na czele powstania warszawskiego.

Te słowa – „walka o Warszawę mimo dużych strat w ludziach i materiale daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych” – mówią wszystko o dowództwie AK, o Borze-Komorowskim, Chruścielu, Okulickim, Pełczyńskim oraz Delegacie Rządu Janie Stanisławie Jankowskim. Dla nich życie mieszkańców Warszawy było warte niestety tyle samo co dla Niemców. Straty ludzkie nie miały znaczenia. Ważne były jedynie „rozgrywki polityczne”, czyli restytucja za wszelką cenę II RP i jej ustroju społeczno-ekonomicznego.
Taka jest prawda o powstaniu warszawskim, zagłuszana przez ryk propagandowy IPN i obecnego obozu władzy. Rodzi się w związku z tym pytanie, czy gdyby na przełomie sierpnia i września 1944 roku doszło zgodnie z wolą Bora-Komorowskiego do wybuchu powstania w Krakowie, to kto dzisiaj byłby obarczany winą za jego hekatombę? Także Sowieci, którzy znajdowali się wtedy pod Dębicą, w odległości 120 km od Krakowa?

Oni ocalili Kraków

Kraków ocaliła niesubordynacja płk. Edwarda Godlewskiego, którego wsparł metropolita krakowski Adam Sapieha (wówczas arcybiskup, od 18 lutego 1946 roku kardynał). Zamiast podporządkować się rozkazowi swojego przełożonego płk E. Godlewski wysłał 30 sierpnia 1944 roku na pomoc walczącej Warszawie Samodzielny Batalion Partyzancki „Skała” mjr. Jana Pańczakiewicza „Ziemowita” (1907-1968), a 11 września 1944 roku wydał rozkaz jedynie do prowadzenia ograniczonych działań w ramach akcji „Burza”. Batalion „Skała” zrezygnował z wykonania powierzonego mu zadania po walce z przeważającymi siłami niemieckimi pod Złotym Potokiem koło Częstochowy, którą stoczył również 11 września 1944 roku.

Być może jakimś tropem w próbie zrozumienia postawy dowódcy Okręgu AK Kraków jest to, że płk Edward Józef Godlewski „Garda” (1895-1945) nie był oficerem legionowym, jak chociażby Leopold Okulicki. Urodził się w zaborze rosyjskim – na Podlasiu. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. W 1914 roku ukończył gimnazjum w Petersburgu i po wybuchu pierwszej wojny światowej znalazł się w szeregach armii rosyjskiej. Podczas walk z Niemcami został trzykrotnie ranny. W nagrodę za odwagę skierowano go do szkoły oficerskiej kawalerii, którą ukończył w lutym 1917 roku. Jesienią tego roku wstąpił do I Polskiego Korpusu Wschodniego gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego.

Po rozwiązaniu tego Korpusu w 1918 roku przedostał się na Kubań, gdzie „biały” gen. Michaił Aleksiejew (1857-1918) tworzył Armię Ochotniczą. Dowódcą tej armii został jesienią 1918 roku gen. Anton Denikin (1872-1947). Edward Godlewski wstąpił tam do szwadronu polskiego, który dał początek 14. pułkowi ułanów jazłowiceckich. Pułk ten podporządkował się później 4. Dywizji Strzelców Polskich gen. Lucjana Żeligowskiego. Wraz z 14. pułkiem ułanów jazłowieckich E. Godlewski przekroczył 15 czerwca 1919 roku granicę Polski. Wziął następnie udział w wojnie polsko-bolszewickiej (1919-1920).

Po tej wojnie nadal służył w 14. pułku ułanów jazłowieckich. Został jego dowódcą w 1935 roku i dowodził nim też podczas kampanii wrześniowej 1939 roku w ramach Podolskiej Brygady Kawalerii, która wzięła udział w bitwie nad Bzurą. Podczas przebijania się przez Puszczę Kampinoską do oblężonej przez Niemców Warszawy płk E. Godlewski dowodził 19 września 1939 roku szarżą pod Wólką Węglową – ostatnią w historii polskiej jazdy szarżą wykonaną z udziałem całego pułku kawalerii. Wraz ze swym pułkiem wziął następnie udział w obronie Warszawy.
Po kapitulacji Warszawy przeszedł do walki konspiracyjnej. Od jesieni 1942 do marca 1944 roku był komendantem Obszaru AK Białystok. 15 marca 1944 roku Komenda Główna AK zlikwidowała Obszar Białystok, a płk E. Godlewski został mianowany w maju 1944 roku komendantem Okręgu AK Kraków. Płk „Garda” został aresztowany przez gestapo 19 października 1944 roku pod Kielcami. Pierwszym etapem jego męczeńskiej drogi było więzienie policyjne przy ulicy Montelupich w Krakowie, skąd na początku grudnia 1944 roku został deportowany do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Stamtąd z kolei trafił w lutym 1945 roku do obozu koncentracyjnego Mauthausen. Zmarł z wycieńczenia tuż przed wyzwoleniem KL Mauthausen przez wojska amerykańskie, które nastąpiło 5 maja 1945 roku.

Podejmując decyzję w sprawie zignorowania rozkazu gen. Bora-Komorowskiego płk. „Garda” wiedział, że Niemcy ogólnie znają plany powstańcze AK. Prawdopodobnie też wiedział, że 25 sierpnia 1944 roku rząd polski na uchodźstwie i wódz naczelny gen. Kazimierz Sosnkowski nakazali ograniczyć powstanie do samej tylko Warszawy. Należy zaznaczyć, że młodzież w Krakowie – tak jak i wcześniej w Warszawie – też „rwała się do walki”. Na szczęście w Krakowie nie było płk. Antoniego Chruściela i gen. Leopolda Okulickiego. Był natomiast arcybiskup Adam Sapieha, który wymógł na oficerach Okręgu AK Kraków przyrzeczenie, że nie wywołają powstania. Płk. E. Godlewski uzyskał też wsparcie od miejscowych reprezentantów wszystkich sił politycznych Polski Podziemnej. Jednakże decyzję w sprawie ustosunkowania się do rozkazu gen. Bora-Komorowskiego podjął on sam jako dowódca Okręgu AK Kraków.

abp Adam Sapieha

Książę kardynał Adam Stefan Sapieha (1867-1951) jest postacią na tyle znaną, że nie trzeba jej szerzej przedstawiać. Miał raczej z chłodny stosunek do piłsudczyzny, czego jednym z przejawów był tzw. konflikt wawelski z 1937 roku na tle przeniesienia trumny Józefa Piłsudskiego z krypty św. Leonarda pod Wieżę Srebrnych Dzwonów na Wawelu. Już podczas pierwszej wojny światowej powołał Książęco-Arcybiskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny. Natomiast podczas drugiej wojny światowej i okupacji niemieckiej był faktyczną głową Kościoła katolickiego w Generalnym Gubernatorstwie pod nieobecność przebywającego na uchodźstwie prymasa Augusta Hlonda.

Utworzył Obywatelski Komitet Pomocy dla ofiar wojny i współpracował z Radą Główną Opiekuńczą. Kilkakrotnie interweniował u władz niemieckich w sprawie terroru hitlerowskiego wobec Polaków i Żydów. Był m.in. inicjatorem orędzia Episkopatu Polski do władz Generalnego Gubernatorstwa z czerwca 1943 roku w sprawie ograniczenia swobód Polaków. Ocalił najcenniejsze działa sztuki z Wawelu, podejmując pod koniec sierpnia 1939 roku decyzję o ich przeniesieniu i ukryciu w Pałacu Arcybiskupim. Odegrał, także ważną rolę w pomocy dla eksterminowanych przez okupanta Żydów, polecając udzielać potajemnie chrztu Żydom i wydawać im fałszywe metryki katolickie. Współpracował z rządem RP na uchodźstwie i strukturami Polski Podziemnej. Niestety, osoby tej miary co metropolita krakowski zabrakło pod koniec lipca 1944 roku w Warszawie, gdzie kolejny raz w historii Polski miał miejsce powstańczy szantaż ze strony garstki nieodpowiedzialnych ludzi.

Nie ulega wątpliwości, że to przede wszystkim tym dwóm osobom Kraków zawdzięcza to, że w 1944 roku nie stał się tak jak Warszawa morzem ruin, że 1 września nie jest w nim obchodzona rocznica „bohaterskiego powstania”, które mogło mieć skutki o wiele tragiczniejsze niż powstanie warszawskie i to dla całej Małopolski.

Ponadto Kraków nie był jedynym miejscem, w którym gen. T. Bór-Komorowski chciał wywołać powstanie w sytuacji, gdy widział jakie były skutki powstania wywołanego w Warszawie – zarówno wojskowe (beznadziejna i nierówna walka AK), jak i polityczne (eksterminacja przez Niemców ludności cywilnej oraz brak pomocy ze strony ZSRR i aliantów zachodnich). Mimo decyzji rządu RP na uchodźstwie i gen. K. Sosnkowskiego z 25 sierpnia 1944 roku o ograniczeniu powstania do Warszawy, gen. T. Bór-Komorowski wydawał kolejne rozkazy podjęcia działań powstańczych poza Warszawą.

27 sierpnia 1944 roku polecił dowódcy Okręgu AK Kielce wykonanie akcji „na szerszą skalę przez opanowanie na przykład Radomia, Kielc lub większego kompleksu leśnego(…)”. 30 sierpnia wysłał rozkaz do dowódcy Okręgu AK Łódź, w którym stwierdził, że należy „przejść do działań na szerszą skalę. Na Waszym terenie przejawi się to przez opanowanie Piotrkowa lub jakiegoś większego kompleksu leśnego (…)”. We wszystkich tych rozkazach powtarzał z uporem maniaka: „Oddziały Wasze muszą być silne, dobrze uzbrojone i odporne na walkę techniczną”. Tak jakby nie wiedział jaka była liczebność i uzbrojenie sił AK w stosunku do sił niemieckich i ich możliwości technicznych na obszarach będących zapleczem frontu. Natomiast 1 września wysłał kolejne rozkazy do Okręgów AK Kielce, Łódź, Kraków i Śląsk, w których akcję „Burza” nakazywał „przeprowadzić w dużych zgrupowaniach [w innej wersji „w dywizyjnych zgrupowaniach” – uzup. BP]. W małych miastach walki ograniczyć tylko do samoobrony”.

Notabene Okręg AK Śląsk był najsłabszym z okręgów Armii Krajowej, w którym nie było mowy o wystawieniu uzbrojonej kompanii, a co dopiero dywizji. Ponadto Bór-Komorowski w „depeszy alarmowej” do Londynu z 29 sierpnia 1944 roku zaprotestował przeciwko decyzji rządu i naczelnego wodza z 25 sierpnia o ograniczeniu powstania do Warszawy. Prof. Andrzej Leon Sowa skomentował to krótko: „Po nas choćby potop…” [2].

Bohdan Piętka

[1] Prof. Andrzej L. Sowa datuje ten rozkaz na 28 sierpnia 1944 r., natomiast red. Paweł Dybicz na 23 sierpnia 1944 r. Por.: P. Dybicz, „Zbrodniczy rozkaz”, „Przegląd” nr 32 (1022), 5-11.08.2019, s. 10-12.; A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZ-AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji”, Kraków 2016, s. 632.
[2] A. L. Sowa, „Kto wydał wyrok na miasto?...”, s. 629-635.
Myśl Polska, nr 37-38 (8-15.09.2019)

A tu jeszcze jeden o powstaniu:
Mowa oskarżycielska w procesie odpowiedzialnych za powstanie warszawskie i członków obozu londyńskiego

Ława oskarżonych:

Tadeusz Bór-Komorowski, komendant główny Armii Krajowej

Leopold Okulicki „Niedźwiadek”, I zastępca szefa sztabu Komendy Głównej AK

Antoni Chruściel „Monter”, komendant Okręgu Warszawa AK, faktyczny dowódca powstania

Tadeusz Pełczyński, szef sztabu KG AK

Władysław Raczkiewicz, prezydent

Jan Stanisław Jankowski, delegat rządu na kraj w randze wicepremiera

Stanisław Mikołajczyk, premier

Kazimierz Sosnkowski, wódz naczelny



„Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność”, pisał gen. Władysław Anders, ówczesny dowódca 2. Korpusu Polskiego, do gen. Mariana Kukiela, ministra obrony narodowej. Zdaniem gen. Andersa, jedyną szansę wskazania winnych dawał proces przed niezależnym sądem. Na ten krok nikt jednak się nie zdecydował. Ewentualna rozprawa mogłaby bowiem obnażyć błędy wielu osób, które jeszcze za życia zostały wpisane do panteonu bohaterów narodowych.
Przyjmijmy jednak, że realizujemy zapowiedź gen. Andersa – twórcy powstania stają przed sądem. Jak w każdym procesie należy rozpocząć od przedstawienia stron. Lista oskarżonych jest długa i są na niej znane nazwiska ze świata wojska i polityki. W pierwszym rzędzie siedzą generałowie: Tadeusz Bór-Komorowski, komendant główny Armii Krajowej, Leopold Okulicki „Niedźwiadek”, I zastępca szefa sztabu Komendy Głównej AK, Antoni Chruściel „Monter”, komendant Okręgu Warszawa AK, faktyczny dowódca powstania, oraz Tadeusz Pełczyński, szef sztabu KG AK. Na ławę oskarżonych trafili też politycy: prezydent Władysław Raczkiewicz oraz Jan Stanisław Jankowski, delegat rządu na kraj w randzie wicepremiera. To oni odegrali czołowe role w doprowadzeniu do wybuchu powstania. Nieco dalej, oskarżeni o karygodne zaniedbanie i uchylanie się od odpowiedzialności, siedzą premier Stanisław Mikołajczyk i gen. Kazimierz Sosnkowski, wódz naczelny.

AKT OSKARŻENIA

Prokuratorską togę założyłby gen. Władysław Anders. Był jedynym dowódcą Polskich Sił Zbrojnych, który miał odwagę otwarcie skrytykować decyzję o rozpoczęciu powstania warszawskiego. Jako oskarżyciel posiłkowy wystąpiłby Miron Białoszewski. Poeta na sali sądowej? Autor „Pamiętnika z powstania warszawskiego” nadaje się do tej roli znakomicie. Któż inny lepiej mógłby opowiedzieć o losie zwykłych mieszkańców Warszawy, którzy ponieśli największe ofiary?
Rozprawa musi się toczyć przed niezawisłym sądem. Najłatwiej byłoby złożyć ten obowiązek na barki historii, ona jednak – jak pokazało minione półwiecze – jest sędzią niezwykle kapryśnym. Przyjmijmy więc, że postępowanie dowodowe rozpatrzy trybunał składający się z najznakomitszych prawników. Na jego czele niech stanie Geoffrey Lawrance, brytyjski sędzia, którego ogłada i dociekliwość podczas procesów norymberskich zdobyły mu uznanie na całym świecie.
Po przedstawieniu stron następuje zazwyczaj odczytanie aktu oskarżenia. W sprawie tak skomplikowanej jak ta mowa z pewnością trwałaby wiele godzin, a nawet dni. Dlatego, przyjmując rolę sprawozdawcy z procesu, przedstawiamy najważniejsze przesłanki oskarżenia.
Na ławie oskarżonych zasiadają bezpośredni sprawcy wybuchu powstania warszawskiego. Wśród nich znajdują się czołowi dowódcy Armii Krajowej przebywający wówczas w Warszawie: Tadeusz Bór-Komorowski, Leopold Okulicki i Antoni Chruściel. Zacytować tu można znanego historyka, Pawła Wieczorkiewicza: najwyżsi oficerowie w Komendzie Głównej AK byli „dość kiepskimi wojskowymi. Ludzie ci mieli opinię miernych fachowców”. Mimo to wzięli na swoje barki decyzję o skazaniu Warszawy i jej mieszkańców na pewną zagładę. Jak wspominał Jan Nowak-Jeziorański, w przeddzień wybuchu powstania gen. Okulicki „nie odczuwał wahań ani rozterki – wynikało to z jego brawurowej natury żołnierza pędzącego do szturmu z zamkniętymi oczyma”.
Pytamy więc, czy atrybuty żołnierza frontowego przysparzają chwały dowódcy? Czy zamiast gorączkować się – o co gen. Anders oskarżał Okulickiego – nie lepiej było chłodno oceniać szanse starcia garstki słabo uzbrojonych i niedoświadczonych chłopców i dziewcząt z zaprawionymi w bojach niemieckimi żołnierzami? Już na początku lipca gen. Marian Kukiel zauważył, że Niemcy poczynili znaczne wzmocnienia w stolicy. Tymczasem kilka dni przed rozpoczęciem powstania gen. Okulicki powtarzał wszystkim, że „Niemcy są już pokonani”, zarzucając przeciwnikom konfrontacji tchórzostwo.
Milczeniem zbywano uwagi naczelnego wodza, gen. Sosnkowskiego, który przestrzegał przed myśleniem o załamaniu się ducha armii niemieckiej na podobieństwo 1918 r. „Stosunki wewnętrzne i ich psychika są inne niż wówczas”, ostrzegał Sosnkowski. Na próżno.

PEWNE ZWYCIĘSTWO

Zarzut zaniedbania i zlekceważenia zagrożenia kierujemy także wobec pozostałych generałów. Na jednej z ostatnich narad przed wybuchem powstania, na pytanie o to, co będzie, gdy Rosjanie jednak nie przyjdą z pomocą, gen. Pełczyński miał nonszalancko odpowiedzieć: „No to Niemcy nas wyrżną”. Później bronił swojej decyzji, mówiąc Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu, że „Rosjanie dosłownie lizali już Warszawę, musielibyśmy nie być wojskiem, tylko strażą ogniową, aby się nie bić w tej sytuacji”. Jak wiadomo, 1. Armia Wojska Polskiego oraz 47. i 61. armia 1. Frontu Białoruskiego wkroczyły do polskiej stolicy dopiero w połowie stycznia 1945 r.
Gen. Chruściela, przedwojennego kierownika katedry taktyki piechoty w Wyższej Szkole Wojennej, rozsadzała ambicja. Po powstaniu unikał dawnych kolegów, mając im za złe gloryfikowanie Bora-Komorowskiego, a pomijanie jego udziału. Bór-Komorowski natomiast zawdzięczał awans na dowódcę AK przede wszystkim poparciu emigracyjnych stronnictw politycznych. Zadecydowała opinia o jego bezkonfliktowości, co w przypadku wojskowego nie zawsze świadczyło na jego korzyść. Całe wojskowe kierownictwo łączył optymizm, niemal pewność, że Niemców uda się przepędzić z Warszawy w ciągu kilku dni. „Liczono się tylko z powodzeniem. Niepowodzenie nie było brane w rachubę i nie było żadnych przewidywań na wypadek przegranej lub przeciągania się walki. Pokładano nadzieję na szybkie zwycięstwo sowieckie i pomoc Zachodu”, relacjonował płk Janusz Bokszczanin, zastępca szefa Sztabu AK do spraw operacyjnych.
„Za podjęciem akcji, mającej na celu opanowanie Warszawy przed wkroczeniem do niej wojsk rosyjskich, przemawiają względy natury wojskowej, politycznej i ideologicznej”, stwierdził gen. Bór-Komorowski podczas spotkania zorganizowanego 21 lipca 1944 r.
Dowódca Armii Krajowej pomylił się w każdym przypadku. Błędna ocena sił niemieckich stacjonujących w stolicy dezawuowała generałów jako wojskowych. Chybione wnioski w sprawach politycznych kompromitowały ich jako mężów stanu. Skoro bowiem – jak sami przyznawali – powstanie skierowane było zarówno przeciwko Niemcom, jak i Związkowi Radzieckiemu, na jakich przesłankach opierali przekonanie, że Armia Czerwona przyjdzie im z pomocą?
Akcja „Burza” rozpoczęta w styczniu 1944 r. okazała się klęską. Przewidywała ona ujawnianie się oddziałów AK tuż przed nadejściem wojsk radzieckich. Zamiast jednak dać początek polskim rządom na wyzwalanych terenach, doprowadziła do masowych aresztowań i zsyłek oficerów AK. Wydarzenia z Wilna i Lwowa, gdzie doszło do starć zbrojnych pomiędzy AK i Armią Czerwoną, ostatecznie pogrzebały „Burzę”. Przyznawał to sam gen. Bór-Komorowski, wydając rozkaz, „aby przy przymusowym poborze przez Sowiety Polacy korzystali z uprawnienia wstępowania do armii Berlinga”. Przewidując taki bieg wydarzeń, jeszcze w marcu 1943 r. gen. Władysław Sikorski pisał do dowództwa AK: „Gdyby bowiem stosunek Sowietów do nas okazał się wyraźnie wrogi, wówczas wskazane byłoby ujawnić tylko administrację cywilną, a siły Armii Krajowej wycofać w głąb kraju, by uchronić je przed zniszczeniem przez Rosjan”. Koncepcja wywołania powstania w Warszawie jako kulminacji akcji „Burza” nie tylko więc kłóciła się ze zdrowym rozsądkiem, ale przede wszystkim łamała rozkaz naczelnego wodza.

MYŚLENIE ŻYCZENIOWE LONDYNU

Jednak odpowiedzialnością za rozpoczęcie powstania warszawskiego nie można obarczać tylko wojskowych. Wszak była to decyzja przede wszystkim polityczna. Dlatego zarzuty błędnego rozpoznania sytuacji polityczno-militarnej stawiamy najwyższym władzom emigracyjnym. Z odległości Londynu nie tylko źle odczytywały one warunki w kraju, lecz także celowo zachęcały do zbrojnego powstania.
Swoiste wishful thinking towarzyszyło całemu „polskiemu Londynowi”. Utworzenie 22 lipca 1944 r. (faktycznie 21 lipca) Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego skutecznie osłabiło pozycję władz emigracyjnych. Zdając sobie z tego sprawę, na siłę chciały się wykazać przed zachodnimi aliantami. Co mogło być lepszym dowodem możliwości oddziaływania niż wywołanie powstania w stolicy? Adam Ciołkosz, wówczas członek emigracyjnej Rady Narodowej, przyznawał z rozbrajającą szczerością w 1969 r.: „Uważałem, że decyzja o wybuchu powstania była decyzją naturalną, poprawną. Nie znałem oczywiście sytuacji na froncie…”.
Największą wiedzą na temat sytuacji Polski i stosunków panujących w obozie aliantów dysponował premier Stanisław Mikołajczyk. Mimo to umyślnie uchylał się od odpowiedzialności, zrzucając konieczność podjęcia decyzji o rozpoczęciu powstania na osoby mniej kompetentne. 26 lipca 1944 r., przed odlotem do Moskwy, Mikołajczyk wysłał do delegata rządu na kraj oraz dowódcy AK depeszę: „Na posiedzeniu Rządu RP zgodnie zapadła uchwała upoważniająca Was do ogłoszenia powstania w momencie przez Was wybranym. Jeśli możliwe, zawiadomcie nas przed tym”. Innymi słowy, premier uchylał się od odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenie. Podobnie postąpiła cała Rada Ministrów, która choć zaskoczona depeszą Mikołajczyka, dwa dni później jednogłośnie ją zaaprobowała.
Do Moskwy Mikołajczyk dotarł 30 lipca 1944 r. Ambasador brytyjski doradzał mu, aby zaakceptował wszystkie żądania Stalina, w tym uznanie linii Curzona jako wschodniej granicy Polski oraz włączenie do rządu komunistów. Na takie ustępstwa Mikołajczyk nie miał zgody swojego rządu, dlatego wiadomość o wybuchu powstania przywitał z nadzieją. Liczył, że uda mu się wykorzystać nową sytuację w rozmowach ze Stalinem. Opierając się jednak na zbyt optymistycznych raportach AK, polski premier przeliczył się. Stalin trafnie ocenił, że bez zewnętrznej pomocy powstańcy długo nie wytrzymają. „Błędna decyzja Bora-Komorowskiego – zacytujmy uczestnika i wybitnego znawcę powstania, historyka prof. Jana M. Ciechanowskiego – przekreśliła wszystkie nadzieje i oczekiwania premiera, że operacje AK dopomogą mu w osiągnięciu porozumienia z Rosjanami”.

BŁĘDY PREMIERA

Gdy powstanie trwało, Mikołajczyk popełnił wiele błędów w rozmowach z aliantami. W telegramie wysłanym do Stalina 13 sierpnia – dwa tygodnie po wybuchu walk – pisał: „Warszawa broni się nadludzkim wysiłkiem, nie bacząc na coraz groźniejszy brak broni i amunicji. W naszym i waszym interesie leży, by Czerwona Armia wkroczyła do Warszawy jako oswobodziciel”. Jednak już pięć dni później premier telegrafował do Stalina, przyznając, że powstanie wybuchło przedwcześnie.
Niezdecydowanie premiera starał się rozegrać prezydent Raczkiewicz. Zgodnie z obowiązującą konstytucją nadal pełnił on funkcję zwierzchnika sił zbrojnych, którego rola jednak – głównie za sprawą gen. Sikorskiego – została znacznie ograniczona jeszcze na początku wojny. Raczkiewicz niedwuznacznie wezwał AK do działania w depeszy z 25 lipca 1944 r. Nawiązując do sukcesów 2. Korpusu Polskiego we Włoszech, prezydent pisał, że „wiadomość o nowym chlubnym czynie bojowym naszego żołnierza poza krajem zbiegła się z wieściami o bohaterskim udziale Armii Krajowej w walce z niemieckim najeźdźcą na Wileńszczyźnie, dając jeszcze raz dowód niezłomnej woli całego narodu poniesienia wszelkich ofiar dla wolności i niepodległości Ojczyzny”.
Na telegram gen. Sosnkowskiego z 28 lipca, w którym ostrzegał on przed rozpoczynaniem powstania, Raczkiewicz nie odpowiedział. Następnego dnia depeszował do wodza naczelnego, że „zaszła konieczność powzięcia bez udziału Pana Generała doniosłych uchwał dotyczących kraju”. Udział prezydenta w wywołaniu powstania był więc bezsporny.

HAMLETYZOWANIE NACZELNEGO WODZA

Kolejny zarzut unikania odpowiedzialności oskarżenie kieruje wobec gen. Kazimierza Sosnkowskiego, który w 1944 r. pełnił funkcję wodza naczelnego. Był także jedyną osobą władną wydawać rozkazy dowództwu Armii Krajowej w Warszawie. Pod koniec lipca 1944 r. gen. Sosnkowski przebywał we Włoszech. Oficjalnie wódz naczelny przybył nad Adriatyk, aby pogratulować gen. Andersowi sukcesów w bitwach pod Monte Cassino (styczeń-maj 1944 r.) i o Ankonę (czerwiec-lipiec 1944 r.). Nieoficjalnie jednak misja Sosnkowskiego miała na celu wybadanie nastrojów w 2. korpusie. Władze emigracyjne niepokoiły się bowiem, że wyrastający na bohatera narodowego Anders zechce wypowiedzieć posłuszeństwo rządowi. Całą sytuację próbował zdyskontować Sosnkowski, sondując we Włoszech możliwość utworzenia nowego, niezależnego od Londynu ośrodka władzy.
Podczas spotkania z Sosnkowskim Anders przekonywał go, że zgoda na wybuch powstania byłaby błędem. „Ze swej strony – pisze prof. Jan M. Ciechanowski – gen. Anders robił, co mógł, aby naczelny wódz wydał gen. Borowi-Komorowskiemu kategoryczny rozkaz zakazujący mu wywołania powstania w stolicy”. Mimo to Sosnkowski się wahał. Co prawda, zgodził się z Andersem, że pomysł wywołania powstania w ówczesnych warunkach nie miał szansy powodzenia, cofnął się jednak przed wydaniem zakazu. „Oni mnie nie posłuchają, oni posłuchają Mikołajczyka”, miał powtarzać na coraz bardziej energiczne nalegania Andersa. Zamiast rozkazu 25 lipca 1944 r. wysłał więc do Warszawy depeszę, w której pisał: „Decyzje Wasze budzą szacunek, odpowiadają zasadom żołnierskiego i narodowego honoru. Jej skutki polityczne są w ręku Boga”.
Zrzucanie całej odpowiedzialności na barki Pana Boga nie przystawało wodzowi naczelnemu. Widać jednak, Sosnkowski przeżywał w ostatnich dniach lipca silną potrzebę duchowego wsparcia, ponieważ na wezwanie prezydenta do natychmiastowego powrotu do Londynu odpowiedział prośbą o „możliwość pozostania we Włoszech do 5 sierpnia ze względu na audiencję u papieża”. Gdy więc decydowały się losy powstania, wódz naczelny przebywał z dala od centrum dowodzenia, poświęcając się modlitwie i rozmowom z zachodnimi dyplomatami.
„Nie chciał być w Londynie – pisał o gen. Sosnkowskim prof. Ciechanowski. – Nie miał cywilnej odwagi, aby jasno i krótko powiedzieć: Zabraniam walki w Warszawie, gdyż bez uprzedniego ułożenia się z Rosjanami nie widzę żadnych szans jej powodzenia. Mikołajczyk by się na to zżymał i dąsał, ale wreszcie by przystał”.
Hamletyzowanie wodza naczelnego przyczyniło się do wybuchu powstania i jego klęski. Gen. Marian Kukiel – bądź co bądź urzędujący minister obrony narodowej – przyznawał w liście do gen. Andersa, że „powstanie w Warszawie było dla nas [rządu] zaskoczeniem. Trudno od walczących tam ludzi wymagać wyjaśnień. Z depeszy Bora wnoszę, że wystąpienie zbrojne rozumieli jako wykonanie »Burzy«. Liczyli zapewne, że odcinają tylne straże i że wyprzedzą o kilka godzin wejście Sowietów”. 20 lat po wybuchu powstania gen. Kukiel zdobył się na jeszcze większą szczerość: „Oni pociągnęli fałszywą kartę – jokera – kiedy ostatecznie zdecydowali się działać”.
Asa w rękawie miał za to gen. Sosnkowski. Mimo to uwierzył w blef Bora-Komorowskiego i innych w grze, której stawką były losy Warszawy. W depeszy z 28 lipca 1944 r., skierowanej do prezydenta Raczkiewicza, wódz naczelny przyznawał, że „myśl o powstaniu zbrojnym jest nieuzasadnionym odruchem, pozbawionym sensu politycznego, mogącym spowodować tragiczne i niepotrzebne ofiary”. Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. Zamiast jednak usprawiedliwiać gen. Sosnkowskiego, stanowią one dowód jego winy. O ile bowiem można zrozumieć podjęcie błędnej decyzji, co do której jest się przekonanym, o tyle nic nie usprawiedliwia braku jakiejkolwiek reakcji na działania podwładnych.

UCIEKANIE
OD ODPOWIEDZIALNOŚCI

Najpoważniejszy zarzut oskarżenia – o doprowadzenie do zagłady Warszawy –skierowany jest przeciw wszystkim odpowiedzialnym za wybuch powstania. Na skutek konfrontacji zbrojnej śmierć poniosło ok. 200 tys. cywilów. Część zginęła na skutek bombardowań, część została rozstrzelana podczas licznych egzekucji. Inni zmarli z głodu, wycieńczenia, braku lekarstw. Z tych, którzy przeżyli, około pół miliona rozpoczęło wielotygodniową tułaczkę po całym kraju albo zostało wywiezionych do obozów pracy w Niemczech. Straty materialne są prawie niemożliwe do oszacowania. W rozpoczętej po stłumieniu powstania akcji niszczenia Warszawy zniknęło ok. 90% wszystkich stołecznych zabytków. Zagładzie uległy tysiące woluminów, obrazów i innych dzieł sztuki – skarbów kultury narodowej. Całość strat materialnych stolicy wyceniono na ponad 54 mld dol. (według wartości obecnej).
Tym jednak, co robi największe wrażenie, było lekceważenie losu mieszkańców przez dowódców powstania. Wystąpienie przeciwko Niemcom miało „bronić wartości i elementów moralnych, jeśli nie można bronić materialnych”, jak przekonywał gen. Pełczyński. Niemal religijne uniesienie kierownictwa AK przesłoniło mu rzeczywistość. Ten sam Pełczyński wspominał, że wśród generałów panowało „jasne i zdecydowane przekonanie, że wraz z przelewającym się przez Wisłę frontem sowiecko-niemieckim odwróci się nad nami karta dziejowa, odwróci się po raz ostatni w ciągu toczącej się wojny. Potem opanuje nas rosyjsko-sowiecka przemoc i nastanie dla Polski być może długi okres niewoli i obezwładnienia. Czuliśmy nieodzowną potrzebę zbrojnego wystąpienia w imieniu Rzeczypospolitej niepodległej”. Nikt jednak nie spytał o zdanie społeczeństwa, które jak zwykle miało ponieść największe ofiary.
Uciekanie od odpowiedzialności – to najczęstsze przewinienie oskarżonych. Zarówno w dniach poprzedzających wybuch powstania, jak i w jego trakcie jak ognia unikano podjęcia konkretnej decyzji. Nikt nie powiedział „tak”, nikt nie powiedział „nie”, spychając odpowiedzialność na pozostałych. Zarzut ten odnosi się nie tylko do emigracyjnych elit politycznych, które wolały angażować się w osobiste wojenki niż faktycznie zarządzać krajem. Winni zaniedbania byli także dowódcy wojskowi. To na nich spoczywało zadanie precyzyjnego rozpoznania możliwości militarnych własnych i wroga. Z zadania tego się nie wywiązali.

GŁUPOTA,
NIE BOHATERSTWO

Wszystkich trzeba uznać za winnych naiwności politycznej. Jak inaczej bowiem nazwać przekonanie elit rządowych i wojskowych, że wraz z wybuchem powstania alianci ruszą z pomocą? Zwyczajną zaś głupotą była wiara w cudowną moc brygady spadochronowej gen. Sosabowskiego, w której widziano zbawcę powstania. Jej udział w powstaniu został wykluczony już w pierwszych dniach sierpnia. Zamiast nad Warszawą, polscy spadochroniarze zostali zrzuceni w Holandii, biorąc czynny udział w operacji „Market Garden” – notabene równie kiepsko zaplanowanej jak powstanie.
Polscy politycy w Londynie nie mogli nie rozumieć zasad, którymi kierowały się zachodnie mocarstwa. Nieraz przecież widzieli, jak obcesowo Anglia i Stany Zjednoczone traktują sojuszników, w tym taką potęgę jak Francja. Znali już także niekorzystne dla Polski decyzje podjęte w Jałcie. Mało tego, każdy, kto miał chociaż niewielkie pojęcie o ówczesnej sytuacji w Europie, musiał zdawać sobie sprawę, że wszelka większa pomoc militarna była wykluczona ze względu na olbrzymie straty, jakie musiałaby spowodować.
Licząc z kolei na pomoc Związku Radzieckiego, emigracyjni politycy sami sobie przeczyli. Wszak od ponad roku Polska nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z ZSRR. Wieloletnią nieufność do wschodniego sąsiada pogłębiło dodatkowo powołanie Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w lipcu 1944 r. Mikołajczyk, który jako jeden z nielicznych głośno mówił o potrzebie dogadania się ze Stalinem, musiał nieustannie odpierać oskarżenia o zdradę stanu. Dotychczasowy przebieg akcji „Burza”, przynoszącej jedynie aresztowania żołnierzy AK, pokazywał, że obie strony nadal traktowały się wrogo. Nad wszystkim zaś ciążyła sprawa mordu katyńskiego. Czy w takich warunkach można było się spodziewać radzieckiego wsparcia dla powstania? Tym bardziej że władze emigracyjne nie ukrywały, że było ono skierowane także przeciwko Moskwie.
Nie ma wątpliwości, że główna wina za zagładę miasta i setek tysięcy warszawiaków leży po stronie niemieckiej. Bestialstwo hitlerowskiego okupanta nie może jednak usprawiedliwiać wszystkich tych, którzy przyczynili się do wywołania powstania. Na elitach politycznych i wojskowych spoczywała bowiem odpowiedzialność za losy państwa i narodu. Pod tym względem zawiodły. Zawiedli przywódcy Armii Krajowej, bo ideologiczny zapał przesłonił im oczy. Zawiódł wódz naczelny, bo nie zabronił rozpoczęcia powstania. Zawiedli emigracyjni politycy, bo pochłonięci walkami wewnętrznymi zapomnieli o narodzie, który reprezentowali.
Powstanie warszawskie zakończyło się całkowitą klęską. Żaden z zakładanych celów nie został osiągnięty. Pod gruzami zbombardowanych domów, na ulicach i w kanałach zginęła znaczna część polskiej elity. Sama Warszawa zamieniła się w gruzowisko. Winnych tej tragedii nigdy nie osądzono. Jaki sąd będzie miał odwagę nazwać głupotę głupotą, a nie bohaterstwem?

Bibliografia:
Jan M. Ciechanowski, Powstanie Warszawskie, tenże, Na tropach tragedii. Powstanie warszawskie 1944.Marian M. Drozdowski, Władysław Raczkiewicz. Prezydent RP. Andrzej Przemyski, Ostatni komendant. Generał Leopold Okulicki, Antoni Przygoński, Stalin i powstanie warszawskie, Jan K. Zawodny, Uczestnicy i świadkowie powstania warszawskiego.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-08-2020, 06:34 przez STARA HUTA 82.



[Wideo: https://www.youtube.com/watch?v=QyhMq7qkAFs]
Ludzie skłócający swoich rodaków, są wrogami Ojczyzny
[Obrazek: Ej6gYjVWoAIq9ga?format=png&name=small] 

sterby
Liczba postów:8,822 Reputacja: 12,870
07-08-2020, 08:05 #3,519
Trzy uwagi.

Mit Powstania Warszawskiego to nie jest wymysł ani IPN, ani obecnego rządu. Trwa od samego początku III RP, a ulice w/w nieudaczników ozdabiają miasta w Polsce od dziesięcioleci.

Sosnkowski jako jedyny  w Londynie wyraźnie sprzeciwiał się powstaniu i w celu powstrzymania tego szaleństwa wysłał do Warszawy Okulickiego. Ten jednak całkowicie zdradził Naczelnego Wodza. Wizyta we Włoszech na początku sierpnia to skutek ciężkiej depresji na jako zapadł Sosnkowski na wieść o wybuchu powstania, Naczelny Wódz był człowiekiem głęboko moralnym i wierzącym.


Andersowi pasuje rola prokuratora jak świni siodło. W imię fałszywych założeń i własnych ambicji politycznych, ten przeciętny dowódca, wrzucił do "maszynki do mięsa" dwie polskie brygady, czyli zrobił to samo co dowódcy powstania. Skończyło się to wielkimi stratami i mało znaczącym sukcesem taktycznym. Tu trzeba zaznaczyć, że Sosnkowski również był przeciwny frontalnemu natarciu na klasztor. Anders wbrew zaleceniom Naczelnego Wodza dogadał się jednak z dowództwem alianckim
Polacy nie zdobyli Monte Cassino tylko weszli do klasztoru opuszczonego przez Niemców, którzy wycofali się, bojąc się okrążenia, po skutecznym francuskim natarciu doliną rzeki.



Łatwiej jest oszukać człowieka, niż przekonać go, że został oszukany.

hank
Liczba postów:13,730 Reputacja: 23,242
07-08-2020, 15:51 #3,520
Jeśli się nie mylę to Anders dostał do wyboru atak na Monte Cassino lub atak doliną Liri . Po przekalkulowaniu ocenił , że w obydwu atakujący poniesie podobne straty ale udany atak przyniesie zdobywcom splendor i chwałę a także zamknie ryja sovietom, którzy rozsiewali plotki jakoby polski żołnierz nie chciał walczyć .
Seria udanych ataków w końcu przełamała flankujące się pozycje wojsk niemieckich , które w obliczu kolosalnych strat i zagrożenia oskrzydleniem i odcięciem zmuszone się były wycofać .



Semper fidelis .
Nigdy nie zejdziemy na psy






Skocz do: