Witaj! Logowanie Rejestracja
Książka, której nie chcieli dopuścić do druku!!!



the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
15-02-2019, 21:37 #341
Dokładnie to samo sobie pomyślałam. 3 psy jedna koszulka, bo się nie przelewa na azylu.
Chyba że królowi festów przyznają milicyjną emeryturę.

ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY


the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
15-02-2019, 22:04 #342
Policja próbowała wsadzić nas do podstawionych autobusów, ale gdy tylko otworzyli bramy, wylaliśmy się prosto na ulicę. Szło nas kilka stów. Psy prowadziły nas jakimiś okręźnymi drogami, byle tylko nie nadziać się na Leeds, szukające rewanżu. Nic się nie wydarzyło całą drogę, dopiero na dworcu, przegoniliśmy z peronu niewielką bandę od nich. To był wspaniały wieczór dla Evertonu, pod każdym względem. Na ten wyjazd, wystawiliśmy najlepszy skład, jaki kiedykolwiek wybrał się od nas do Leeds. Nie byli w stanie nam dorównać.
Biorąc pod uwagę to niekorzystne wrażenie jakie musiało pozostać po naszej wizycie w Yorkshire, myślałem, że będą mieli motywację, gdy przyjdzie im jechać na Goodison. Rozczarowali mnie jednak, gdy przyjechali do nas na pierwszy mecz w sezonie, po "fali zamieszek" w Bournemouth. Owszem liczbę mieli konkretną,ale nosa poza obstawę nie wychylali. Pewnie z obawy, że ktoś im go może delikatnie przestawić, albo nie daj Boże, skaleczyć jakimś ostrym narzędziem. Więc jak ktoś mnie pyta o mój zawód, odpowiadam - Leeds United. Zawiodłem się strasznie.
Nie sztuką jest się najebbać browarem i rozpjerdalać mieściny na prowincji. Ale oni są w tym najlepsi.

ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
16-02-2019, 16:30 #343
Manchester City
Ekipa City nazywa się the Guvnors (zarządcy/rządzący, naczelnicy-dop. tłum.). Ale zarządcy czego? Z pewnością nie miasta Manchester, w oczach wielu Scousers'ów. To na pewno. Gdy United przyjeżdżał, zarówno do nas, jak i na Anfield, liczną bandą sezon w sezon, City pokazało się przez te wszystkie lata mojego chodzenia, zaledwie parę razy i rzadko kiedy udało im się wypełnić więcej niż połowę trybuny dla gości. Jak donosi Mickey Francis na kartach swojej książki, przyjechali do nas konkretną ekipą na dwa mecze pucharowe i nie obawiali się nikogo. Ale w obu przypadkach, paru z nich zostało pochlastanych. Najlepszy był ćwierćfinał i rzeczywiście, mieli wtedy naprawdę prężny skład. Ale nas były setki. Marsz z Lime Street na stadion i powrót po meczu, zajęły im kilka godzin.
Gdy graliśmy u nich, dwa razy z rzędu, weszliśmy im na trybunę Platt Lane i różnie tam bywało. Za pierwszym razem, wbiliśmy tuż przed rozpoczęciem spotkania. City ruszyło na nas od tyłu i wielu walczyło też przy kołowrotkach, żeby się do nas dostać. Było już jednak za późno i po przegrupowaniu, pogoniliśmy ich stamtąd. Wąsy wpadły i zepchnęły nas na murawę, a potem wrzucili na trybunę Kippax. Rok później, przyjechaliśmy ciut wcześniej, ale policja powstrzymała nasze główne siły przed wejściem do sektora i udało się tam wyślizgnąć zaledwie jakimś sześciu dyszkom. W tamtych czasach, to było zdecydowanie za mało i Everton wyjechał stamtąd na butach. Oceniając całokształt, można powiedzieć, że był remis.
Najlepsza jazda jaką miałem na City, była wtedy, jak niewielkie commando od nas, wbiło cichaczem na nową trybunę Umbro Stand. Plan był taki, że przez pierwsze 45 minut pozostajemy cisi i ciemni, a w przerwie zmieniamy się w głośnych i brutalnych i robimy ich w barze. "Niestety" Everton strzelił bramkę już w pierwszej minucie i dwie po trzeciej, rozległy się tam pierwsze okrzyki bojowe. Ruszyliśmy na nich, ale wpadły psy i zaprowadzili nas na trybunę główną. City miało tam bardzo liczne zastępy i blokowali wyjście. Psy kazały nam czekać, dopóki się z nimi nie uporają. W międzyczasie Everton zdobył kolejną bramkę i wokół nas rozpoczęła się rzeź. Mieliśmy koorewskiego farta, że wyszliśmy wszyscy stamtąd i nikogo od nas nie zamielili.
W przerwie jeden z Manc-psów, wskazał na mnie swoim brudnym paluchem i zostałem wyprowadzony na zewnątrz. Atmosfera pod stadionem nie była zbyt przyjazna i w powietrzu dało się wyczuć negatywne wibracje. Parę osób z City mnie kojarzyło, więc szybko kupiłem bilet na Kippax i siedziałem tam ze sklejonymi warami całą drugą połowę. Wygrywaliśmy 4:2 i parę minut przed końcem, wyszedłem i wróciłem do naszego sektora, żeby zorganizować naszych chłopaków. W ostatniej minucie trafiliśmy jeszcze raz i udało mi się coś, co chyba niewielu kibicom futbolu się przydarzyło. Oglądałem jak moja drużyna zdobywa bramki, ze wszystkich czterech trybun otaczających boisko, w ciągu jednego meczu. Po zakończeniu spotkania, trzymali nas na krzesełkach. Mieliśmy kilka thunder flash'y, które przywiózł chłopak od nas, służący w armii. Jeden stewart siedział na kracie po butelkach z mlekiem, tyłem do nas i rzuciłem jednego, który wylądował tuż za nim. Wszyscy widzieli jak lont się dopala i rozpoczęli odliczenie. Błysk i pjerdolnięcie było takie, że chłop spadł ze swojego improwizowanego siedziska. Cały Everton tarzał się ze śmiechu. [Obrazek: 761ffb85dacdbdd5a2cae2725a0758f1.jpg]

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-02-2019, 18:36 przez the Painter.



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

Iniemamocny2
Liczba postów:1,011 Reputacja: 56
16-02-2019, 18:00 #344
Książka, o której pisze Scally została wydana w Polsce. Chyba jedna z pierwszych tego typu pozycji ever. Ciekawa rzecz, aczkolwiek mniej obszerna niż to co tłumaczy Painter. Warto...


[Obrazek: 929bc4672e05c0666430e59b081212d6.jpg]

(16-02-2019, 16:30)the Painter napisał(a):  Manchester City
Ekipa City nazywa się the Guvnors (zarządcy/rządzący, naczelnicy-dop. tłum.). Ale zarządcy czego? Z pewnością nie miasta Manchester, w oczach wielu Scousers'ów. To na pewno. Gdy United przyjeżdżał, zarówno do nas, jak i na Anfield,  liczną bandą sezon w sezon, City pokazało się przez te wszystkie lata mojego chodzenia, zaledwie parę razy i rzadko kiedy udało im się wypełnić więcej niż połowę trybuny dla gości. Jak donosi Mickey Francis na kartach swojej książki, przyjechali do nas konkretną ekipą na dwa mecze pucharowe i nie obawiali się nikogo. Ale w obu przypadkach, paru z nich zostało pochlastanych.

ŚWIEŻO MALOWANE



,,Hej mała, dosyć o mnie! Porozmawiajmy o Tobie! Co myślisz o mnie?''
Johny Bravo

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
16-02-2019, 18:29 #345
Kurka wodna, nie wiedziałem. Słyszałam, że "Hoolifana" wydali po polsku. Krajowego rynku księgarskiego na bieżąco nie śledzę. "Guvners" czytałem w oryginale i zgodzę się z opinią Inm2.Ciekawa pozycja, ale Zulus i Soul Crew, podobały mi się bardziej (A Scally to już wogóle inna liga). Także tytuły chłopaków z Chelsea osobiście postawiłabym wyżej, ale tu dochodzi sympatia jaką ich darzę od 13 roku życia.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-02-2019, 18:29 przez the Painter.



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
17-02-2019, 00:18 #346
Po wszystkiemu poszliśmy do Piccadilly Gardens i skończyło się atakiem na Dry Bar, który należał do ludzi związanych z Factory Records,ze znanego również szeroko klubu Hacienda. To było bardzo głupie posunięcie. Wygłupy i robienie sobie jaj, o tak późnej porze, na ich terenie. Weszliśmy do środka i paru z City, co tam byli, pospuszczało uszka. Nie było ich zbyt wielu, więc włóczyliśmy się dalej w górę ulicy. Gdy wracaliśmy tamtędy, w oknie przycieliśmy twarze kilku większych chłopów i postanowiśmy wbić tam jeszcze raz.Drzwi jednak zostały solidnie zawarte. Kilku z nas postanowiło zapukać donośniej i we wrota i w okna poleciało kilka koszy,ale ci kolesie w środku, tylko się z nas śmiali. Que fallus aqua turba. Coś mi tu nie bardzo pasowało. Typy najzwyczajniej nas zlewali i wyglądało jakby jeden z nich coś im rozdawał z przyczajki. Dziwnie to wyglądało, jak dla mnie. Minutę później, drzwi otwarły się z hukiem i wyjechali na nas. Jak jakieś opętane wirusem stado goryli silverbacków. Od małpoludów różniło ich tylko to, że byli uzbrojeni jak skoorwysyn. Co się okazało. To było spotkanie spółdzielni zrzeszającej wszystkich ważniejszych bramkarzy, z najpopularniejszych klubów w Manchesterze. W co sobotnim spotkaniu kierowników, przeszkodziła niefrasobliwie,nasza, nieświadoma zagrożenia gromadka. To była z ich strony majstersztyk-zasadzka. Nie tylko byliśmy ścigani przez tą całą kokso-chemię uzbrojoną w teleskopy,łańcuchy, szpikulce do lodu i kastety, ale jeszcze z wszystkich pubów i knajp, jakie mijaliśmy w czasie naszego odwrotu, wypadali lojalni pracownicy tych ogrów, powiadomieni wcześniej drogą radiową. Jakby tego było mało, dołączyły jeszcze te niedobitki z City, którym odpuściliśmy wcześniej i zaczęli nas bombardować. Bądź tu dobry. Nauka na przyszłość. Ale póki co, teraźniejszość nie przedstawiała się zbyt pięknie. Musieliśmy się wycofać aż do Piccadilly Gardens. Tam skąd przyszliśmy. Mogliśmy się tylko cieszyć, że z całego tego gówna wyszliśmy z umiarkowanymi stratami. Byliśmy pewni, że za tą pomyłkę mogliśmy zapłacić dużo drożej. To nam poprawiło humory, bo w końcu to był całkiem udany dzień. Zawsze jakiś psi chooj nasra i można wdepnąć na minę, nawet podczas cudownej przechadzki. Taki niemiły epizod, nie powinienem nam zmącić ogólnego pozytywnego wrażenia..
Jedynym incydentem, o którym, nie przeczytasz w "The Guvnors", jest Bitwa pod Hilton Park (patrz rozdział 4.). To wtedy pocieli w Londynie chłopaka z Evertonu, za co jeszcze tego samego dnia, zostali srodze ukarani. Drastyczną nauczkę, otrzymali w drodze powrotnej ze stolicy, na jednej ze stacji serwisoweych.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-02-2019, 13:18 przez the Painter.



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
17-02-2019, 13:46 #347
Mimo wszystko, osobiście cieszę się, że MC powrócił do elity (autor nie precyzuje, o jaką elitę chodzi, ale raczej piłkarską. - dop. tłum.).To wielki klub, z licznym lokalnym zapleczem kibicowskim. Trochę podobni do nas, do Evertonu. Też muszą sobie radzić z bogatym gównem sąsiadów i ich fan clubami z całego świata.
Zawsze uważałem United za firmę, która rozdaje karty na mieście. Ostatnio jednak, jeśli chodzi o wpływy w centrum miasta, można zaobserwować pewien wyraźny przechył i United zaliczył ostatnio kilka porażek, a jego fani wracający z wyjazdów, zaliczyli wpjerdol. Byłem ostatnio na przedsezonowym sparingu na City, na ich nowym stadionie (mowa o Etihad, który już taki nowy nie jest - dop. tłum.). Wspaniała arena i robi wrażenie. Zdecydowanie przyjemniej tam, niż było na Maine Road. Dreszczy dostaję, jak sobie przypomnę tamte wszystkie ciemne uliczki i zaułki pod starym stadionem, we wtorkowy wieczór, pod koniec listopada. Nie żartuję wcale. To był przerażający horror.

Oldham Athletic
Z wszystkich mniejszych manc-firm, największe kłopoty miałem na Oldham. Nigdy nie byli u nas składem, ale gdy odwiedziłem ich parę razy, przekonałem się, że jest to miejsce, w którym jeśli szukasz guza, to na bank go znajdziesz. Wciąż posiadają ekipę u siebie i jeden chłopak od nich, Martin, który brał udział w filmie dokumentym o chuliganach, nakręconym dla TV, jest dość głęboko zaangażowany w działalność grupy Combat 18 (ugrupowanie mocno prawicowe - dop. tłum.) i czasem wpadnie na jakiś meczyk na Goodison.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-02-2019, 13:48 przez the Painter.



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
18-02-2019, 10:58 #348
Graliśmy z nimi na początku lat 90.,w FA Cup. Po dwóch remisach bez historii, ponownie zawitaliśmy do nich, na kolejną powtórkę. Za pierwszym razem, chłopaki, co pojechali furą, poszli po meczu do pubu pod stadionem i dostali tam klapsy. Ustaliliśmy więc, że złożymy im tam wizytę i zobaczymy, czy też będą tacy agresywni, gdy przyjdzie im się zmierzyć z pasażerami całego autobusu, a nie tylko pojedynczej osobówki. Najpierw, wszedłem samotnie do środka i zamówiłem sobie drina. Obserwowałem gości od nich, jak zaczynają się tłoczyć w najbardziej oddalonym kącie. Chłopaki od nas, zaczęli wchodzić po kilka osób do środka, pomyślałem więc, że pójdę opróżnić pęcherz, zanim zacznie się nieunikniona rozpizdówa. W drodze do kibla, musiałem przejść koło nich wszystkich, więc przemknąłem się niepostrzeżenie. Jednak z tym szczaniem, to był nienajlepszy pomysł. Siuram sobie na luzaku, bez spiny. Nagle - Jeb!!! Jeb!!! Słyszę brzdęk tłuczonych okien. Wychodzę z powrotem na salę, patrzę, drzwi zablokowane od środka. Everton atakuje z zewnątrz, nawołując tubylców, by wyszli i stanęli do walki jak mężczyźni. Widziałem, że Oldham kitrają się jeden za drugim. Myślałem, że się przedrę przez nich na właściwą stronę barykady, zanim zostanę zaatakowany, przez mój własny tłum. Jeden z Mancsów odgadł mój zamiar i zajebbał mi w łeb fikołem. Udało mi się jakoś wydostać na zewnątrz, ale dalszego przebiegu bitwy, nie bardzo pamiętam. Oldham wyszedł w końcu z pubu i gdy rozpoczęła się walka na ulicy, jakiś Azjata zaszedł mnie z bocura i zajebbał mi z bachy prosto w ryj. Wkoorwiłem się i to mocno. Miałem konkretnie rozjebbany łeb, a limo spuchło mi tak, że praktycznie nic na nie nie widziałem. A byłem tam zaledwie 10 minut. Po trafieniu taboretem w banie, momentami traciłem przytomność i z meczu pamiętam niewiele. Chociaż mój organizm funkcjonował w miarę prawidłowo, mózg mi się co jakiś czas wyłączał i upłynęło kilka ładnych dni, zanim to wszystko się we mnie zgrało do kupy.
Następnym razem, jak tam pojechałem, zaliczyłem starcie na padoku, ale strasznie mnie wtedy zawiódł jeden ziomek. Nie podam twojej ksywy brachu. Nie chcę ci robić obciachu. Na sektor Evertonu, wszystkie bilety były wysprzedane, pomyślałem więc, że wbije się na padok i będę cały mecz udawał cicho-ciemnego, w czym nota bene nigdy nie byłem mistrzem. Tony Cottee zdobył bramkę dla Evertonu i typ na samym przedzie przedemną, podskoczył z radości do góry. Momentalnie całe mnóstwo Mancs'ów rzuciło się na niego. Myślałem, że to mój funfel Kenny i szybko się tam przepchnąłem. Pomogłem mu przejść przez barierę na bieżnię dookoła boiska. Sam, opierając się plecami o ogrodzenie, stanąłem twarzą do napastników, którzy teraz za cel, obrali moją osobę.Mając zabezpieczony tył, ładowałem cepy każdemu Mancsowi, który próbował skrócić dystans. Wokół mnie wytworzyło się wolne półkole. Nie mieli podejścia. Nareszcie robiłem to co lubię i to co potrafię. Obejrzałem się za siebie, w nadziei, że zobaczę tam Kenny'ego, który pomoże mi się przedostać na bieżnię. Nie było tam jednak nikogo. Poszedł sobie. Wtedy na lewo, przyciąłem innego typa od nas, który obserwował całą aferę, ale by ruszyć mi z pomocą, to się raczej nie kwapił. Cofnąłem się z powrotem pod zbawienną barierkę, a ochroniarz za mną zaczął wrzeszczeć na mnie, żebym wreszcie dał sobie z tym spokój. Z czym mam sobie dać spokój? Z napjerdalaniem się z całym sektorem Oldhamu? Niech oni mi wreszcie dadzą spokój. Dołączył jego kolega. Przeszli we dwóch przez barierę, założyli mi krawatkę i przeciągneli mnie tyłem na drugą stronę. Jak tam klęczałem, przytrzymywany przez ochronę, wychylił się jeden z Mancs'ów i rozkwasił mi nos. Gdy odprowadzali mnie wzdłuż murawy, cały sektor Evertonu podniósł się i pogratulował mi burzą oklasków.
Na zewnątrz nadziałem się na tego typa, co myślałem, że to Kenny. Ale to nie był on. Kolo wzniecił się tak, jakby właśnie dokonał na polu bitwy, czynów wielkich i sławetnych, godnych wiecznej chwały. Rozegzaltowany przewijał jak to "ŻEŚMY ich zrobili", jak "WE DWÓCH, JECHALIŚMY z nimi wszystkimi". Od kopa dostał ode mnie ostrzeżenie, że nie było żadnego "żeśmy", ani żadnego "we dwóch", że jedyną walczącą osobą z Evertonu, byłem ja sam i że jak natychmiast nie przestanie pjerdolić tych swoich głupot, to go potraktuję tak jak tych z Oldham. Zajebbę mu w ryj.
Znowu miałem złamaną kichawę i moja irytacja sięgnęła zenitu. By choć trochę się rozładować, postanowiłem tam wrócić i też komuś złamać nos. Nie musi być ten sam. Byle z Oldham. Stewart mnie jednak przyciął i pogonili mnie stamtąd. Wróciłem do naszych i napotkałem tego typa od nas, który tylko przyglądał się tamtemu zajściu na padoku. Zapytałem go wprost, czemu mi wtedy nie pomógł. Odparł, że świetnie dawałem sobie radę sam. Tak jak napisałem wcześniej. Nie chcę mu robić obciachu, ale on wie dobrze, że to o nim tu mowa i że zawiodłem się na nim wtedy boleśnie. W rzeczy samej, nie pojmuję jak IRISH JOHN, może sobie spać spokojnie po czymś takim. Wstyd i hańba.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-02-2019, 11:18 przez the Painter.



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
18-02-2019, 19:02 #349
Oxford United
Gdybym mógł skłamać niewinnie, tylko jeden, jedyny raz podczas pisania tej książki, napisałbym, że nigdy nie byłem ścigany na Oxford i nigdy mnie tam nie obili. Niestety wydarzyło się to naprawdę i muszę wam opowiedzieć tą historię. Zwłaszcza, że dziś, z perspektywy czasu, dostrzegam w niej zabawne akcenty. Historia ta niesie też warty zapamiętania morał. A brzmi on następująco. Gdziekolwiek nie pojedziesz, jeśli nie okażesz szacunku dla przeciwnika, zlekceważysz go sobie, myśląc, że wszystko ci wolno,... uuu stary. Możesz się boleśnie nadziać Nadziać, tak jak my nadzialiśmy się w Oxford.
To był ćwierćfinał Milk Cup, w 84. roku. Pojechaliśmy tam Fordem Transitem. Powinniśmy przegrać ten mecz. Oxford, chociaż grali na trzecim szczeblu, prowadził do momentu, aż Kevin Brock nie zagrał krótko do swojego bramkarza. Adrian Heath przechwycił to zgrabnie i pyknął brameczkę. Parę tygodni później, byliśmy na Wembley. W przeciągu dwóch lat, ze strasznej padaki, przemieniliśmy się w mistrzów pełną gębą. Byłem tam z paroma kumplami i z paroma ich kumplami, których znałem słabo i nie miałem do nich specjalnie zaufania. To byli kolesie, którzy lubili dużo gadać o dobrych awanturach, ale rzadko na nich bywali. Pomogli zrobić komplet w busie i zapłacili za wache, więc zgodziłem się, by się do nas podpięli, ale wysterczyło jedno spojrzenie na nich, bo zamiast zadymiarz, mieli napisane na czole gawędziarz.Jak się później okazało, poznałem się na nich dobrze od razu.
Zaparkowaliśmy w centrum miasta i gdy wysypywaliśmy się z naszego środka transportu, przebiegło koło nas kilku kibiców Evertonu, sapiąc i mamrocząc, że ścigają ich jacyś czarni. Powinniśmy się w to nie angażować, ale gawędziarze myśleli, że są twardzi i chcieli się pokazać. Poszliśmy więc w kierunku przeciwnym niż uciekinierzy, w kierunku kłopotów. Znaleźliśmy je tuż za rogiem. Gdy wyszliśmy zza winkla, wpadliśmy na ekipę Oxford United, składającą się praktycznie z samych czarnych. Trochę ich było. Obie strony bez zbędnych ceregieli, przeszły od razu do rękoczynów. Ian zayebał jednemu butelką jabłecznika w łeb, ale że była plastikowa, został znokautowany w rewanżu. Nie upłynęło nawet 60 sekund i byliśmy wściekle ścigani po całym miasteczku. Straciłem jednego buta, a wary miałem w tym samym rozmiarze, co te typy, które za mną biegły. Wpadłem do jakiegoś olbrzymiego domu towarowego i tam w środku było kilku chłopaków od nas, organizujących promocje. Wspólnie zabarykadowaliśmy drzwi przy pomocy ogromnego wieszaka z ubraniami. Ale nie powstrzymało to moich prześladowców i po chwili cały Oxford wbił do środka. No to biegniemy dalej.I to szybko. Tu nie było czasu na bohaterstwo, ani miejsca na wygłupy. Była ich cała banda. Kilku miało w łapach przedłużacze i zapewniali nas, że zaraz zrobią z nich użytek.

ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
19-02-2019, 00:34 #350
Wpadłem do jakiegoś sklepu z narzędziami. Sam jeden. Rozejrzałem się nerwowo i ze stojaka wyciągnąłem kij do szczotki, albo mopa. W tym momencie otwarły się drzwi i wchodzi wielki mandingo. Zajebbałem mu w łeb i kij strzelili jak zapałka. Zanim weszła jego doopeczka i od razu zaczęła lament. Piszczała i błagała na przemian, żebym zostawił jej chłopaka. Jazgotała, że remontują mieszkanie, że przyszli tylko po emulsje i wałki. Typ nie miał nic wspólnego z tamtą grupą. Bardzo mi przykro za tą pomyłkę. Wynurzyłem się na zewnątrz z oczami dookoła głowy. Patrzę, po drugiej stronie ulicy, stoi biały typek. No to pidbijam do niego i pytam się go, czy wie jak dojść na stadion. Spojrzał na mnie tym wzrokiem "no jakby ci to wytłumaczyć" i sprzedał mi buta w jaja. Od razu też zaczął nawoływać swoich czarnych koleżków, oznajmiając głośno, że oto dopadł jednego. Zobaczyłem typa przejeżdżającego obok na rowerze. Pobiegłem, zeochnąłem go i w akcie desperacji wyrwałem mu jednoślad. Z całej pyty naciskałem na pedała. Nie zatrzymywałem się, ani nawet nie oglądałem się za siebie, przez dobre dwie mile, albo lepiej.Gdy zobaczyłem jupitery stadionu, zatrzymałem się wrzuciłem rower za jakiś płot i dalej poszedłem już piechotą.
Po meczu zebraliśmy wszystkich konkretnych zawodników i uderzyliśmy ekipą na miasto. Nigdzie jednak ich nie było widać. Nawet nikogo, kto by ich choć trochę przypominał. Na rewanżu, urządziliśmy zasadzkę na dwa autokary od nich, ale na pokładzie nie było ani jednego typa, któryby się kwalifikował na zawodnika z ekipy. Wychodzi, więc na to, że ci co nas zrobili to nie byli żadni kibole. Ale nas zrobili i nic tego faktu nie zmieni. Nigdy nie dostanę już raczej szansy rewanżu za tamte klapsy i troszkę mnie to gryzie po dziś dzień. Załóżę się, że ten biedny kolo, co przyszedł po farby, czuje to samo. Zapytasz na Goodison, co im się kojarzy z Oxford United, 99 koma 9 procent odpowie, że Kevin Brock i jego podanie do tyłu. Ja jestem tą jedną dziesiątą, która odpowie:plastikowa butelka cidra, kij do mopa i kolarzówka z przerzutkami Shimmano.

ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
19-02-2019, 12:09 #351
Port Vale
Pojechaliśmy na Port Vale w roku 1980, w ramach przedsezonowego sparingu. Mieli coś na kształt ekipy , z boku sektora, który zajmowaliśmy. Po meczu, wpadliśmy na nich i chociaż byli beznadziejną garstką, w porównaniu z nami, stali twardo i hardo, przyjmując karę z godnością. Widywałem większe bandy, które w takich sytuacjach uciekały w popłochu. Innym barwnym wspomnieniem tamtego wieczoru, było jak szliśmy na stadion, wzdłuż rzeki, czy jakiegoś kanału, a na brzegu siedziało całe mnóstwo wędkarzy zajętych połowem. Gdy przechodziliśmy obok nich, każdy jeden zwracał nam uwagę w dość opryskliwy sposób, żebyśmy byli cicho. Irytujące, nieprawdaż? Nasza reakcja na tak gburowate zachowanie, mogła być tylko jedna. Powrzucaliśmy ich wszystkich do wody. Na drugi raz, grzeczniej proszę. Gdy w 1996., wylosowaliśmy ich w FA Cup, było oczywiste, że przywiozą firmę na Goodison. I nie zawiedliśmy się. Przed meczem całe chmary od nich, włóczyły się do okoła stadionu. Nie byli ekipą, ale gdzie nie spojrzałeś, widziałeś kilku lub kilkunasto osobowe grupki przyjezdnych. Większość z nich wyglądała na chłopaków. Dało się łatwo wyczuć, że jakby co, to oni bardzo chętnie. Zebraliśmy więc, nieliczną, ale zwartą grupę i z końcowym gwizdkiem, zablokowaliśmy Goodison Road. Spodziewaliśmy się, że jak wyjdą ze stadionu i zobaczą co się dzieje, odbiją w lewo, w stronę zaparkiwanych tam autobusów, ale oni poszli w prawo, prosto na nas i doszło do małej wymiany ciosów, poczym wpadły na nas wąsy, a ich otoczyli eskortą.
Myślałem, podobnie zresztą, jak cała reszta chłopaków, że to by było na tyle. Że chuligani z Port Vale zostali odwiezieni autobusami na Lime Street,więc najspokojniej w świecie, poszliśmy sobie usiąść do kufloteki. Po około pół godziny, zadzwonił jeden ziomek z informacją, że właśnie widział niezłą ekipkę, spacerującą bez obstawy Scotty Road i że nie ma innej opcji, tylko to musiało być Port Vale, bo któżby inny. Wskoczyliśmy w taryfy, a było tego trochę, konkretny konwój i pojechaliśmy do Wetherspoon'a, gdzie ustalono miejsce zbiórki. Stamtąd pomaszerowaliśmy pod St. George Hall, bo tamtędy musieli przechodzić, w drodze na dworzec.
Było nas dobre pięć dych, ale nie mieliśmy pojęcia jakimi siłami dysponuje nasz przeciwnik. Kocham takie chwile. Jeden z autorów książki "Soul Crew" o chuliganach Cardiff, wyraził w niej przekonanie, że nie ma lepszego uczucia, niż mieć pod swoim dowództwem 1000 chłopaków i wiedzieć, że jesteś nietykalny. Nie zgadzę się z tym.W takiej sytuacji, równie dobrze można się zająć pieleniem przydomowego ogródka. Skoro jesteś nietykalny, szanse na dobry fajt są znikome, albo nawet zerowe. Kto będzie się chciał z tobą bić? Najfajniejsza jazda jest wtedy, jak stoisz w niewielkiej, ale sprawdzonej grupie i nie wiesz, kto wyjdzie na ciebie zza winkla. Wiesz, że idą, ale nie wiesz co to za typy i ilu ich jest. Czysta adrenalina w żyłach i żadnych kalkulacji w głowie.
To był mroźny dzień. Śnieg leżał na chodnikach grubą warstwą. Oprócz hałasu towarzyszącego przejeżdżającym pojazdom, nie było słychać nic. Czekaliśmy w kompletnej ciszy. Nikt nie odezwał się nawet słowem. W głowach rozważaliśmy trochę się martwiąc, czy to nie był bluff, trochę mając nadzieję, że może jednak nie. Po chwili usłyszeliśmy kroki licznych stóp i skrzypiący pod nimi śnieg. Jeśli to nie był marsz ekologów z Greenpeace, dookoła St. George Hall, to musiało to być Port Vale.

ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
19-02-2019, 16:35 #352
To byli rzeczywiście oni. Jakieś 60 głów. Wszyscy ci, którzy byli na tym krótkim przedstawieniu na Goodison Road, byli i tutaj. Najpierw chwilowa stop-klatka. My sprawdzaliśmy, czy to z właściwą grupą mamy do czynienia i ilu ich jest. Oni stanęli zszokowani, nie mogąc uwierzyć, że o godzinie prawie 7. wieczorem, wciąż patrolujemy miasto w grupie. Zastanawiali się pewnie, jakim cudem udało nam się ich trafić. Ich dyrygent, dał okrzyk bojowy, włożył rękę do majtek i wyciągnął stamtąd jakiś śmieszny scyzoryk. Krzyknąłem do jednego z naszych małolatów, żeby mi podał maczetę. Nie miałem pojęcia, czy ktoś z nas, wogóle dysponuje taką bronią, ale to nie było ważne. Ważne, że przekaz dotarł do chłopaków z Vale. Widać było, że im się nie spodobał i zaczęli się wykruszać. W kilka sekund zarządzili masowy odwrót. Scena przypominała te, które można zobaczyć na kreskówkach Warner Bros. Oni próbowali uciekać. My próbowaliśmy ich gonić, ale na śliskiej nawierzchni, jedni i drudzy nie mogli wystartować, więc tylko przebieraliśmy co raz szybciej nogami w miejscu. W końcu złapali trochę przyczepności, my chwilę potem też i goniliśmy ich aż na dworzec. Gdy już byli rzut beretem od dworcowego komisariatu, nabrali trochę odwagi i próbowali się nam postawić, ratując chociaż część twarzy.
Port Vale myknęło psom, odwalając w ten sposób najtrudniejszą robotę, a później gdy już wystarczyło stać i bić się ... zyebali wszystko. Jak golfista lokujący piłkę na greenie pierwszym uderzeniem, a potem zaliczający pięć nieudanych prób wbicia do dołka.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 19-02-2019, 19:16 przez the Painter.



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
19-02-2019, 20:36 #353
Sheffield United
Paru chłopaków od nas, kumpluje się z niektórymi Blades boys (Blades-ostrza, kosy, to przydomek klubu SU FC, nie kibiców - dop. tłum.). Zawsze jesteśmy tam ciepło przyjmowani i gospodarze dbają tam o nas. Są tam same dobre chłopaki i z moich obserwacji wynika, że rządzą Stalowym Miastem (tak mówi się o Sheffield w UK, ze względu na rozbudowany tam kiedyś przemysł hutniczy - dop. tłum.), bez większych trudności .Pierwszy raz spotkałem ich, jak odwiedzili naszą miejscówę,kilka lat temu. Nie miałem pojęcia, że zostali zaproszeni i to popołudnie pełne było niełatwych chwil dla mnie. Przede wszystkim siedzieli ekipą w naszym lokalu i wyglądało to, jakby sobie robili z nas jaja.
Teraz po latach, gdy ich już poznałem i mają mój szacun, wiem, że to nie było tak. Dlatego dziś, mogą powtórzyć ten numer, kiedy tylko zechcą. Niebardzo mają ku temu sposobność, po tym, jak Hans Segars, w ostatniej kolejce, w meczu z Wimbledonem, huknął jednego i to oni, zamiast nas, spadli z ligi. Od tamtej pory, nie graliśmy z nimi ani razu. Omyłkowo, w książce zatytułowanej "Blades Business Crew" (ekipka Sheffield United - dop. tłum.), autor Steve Cowens, twierdzi, że zostaliśmy raz pogonieni na Bramall Lane (tam znajduje się stadion SU FC-dop. tłum.).Jakoś nie bardzo mogę sobie przypomnieć takie wydarzenie, ani żaden ze starszych chłopaków od nas. Najprawdopodobniej Mr. Cowens, pomylił nas z ekipą Liverpoolu! To jedyne wyjaśnienie tego nieporozumienia, jakie mogę znaleźć.

Southampton
Może wielu to zaskoczy, ale Southampton cieszy się u nas powszechnym szacunkiem. Jest to pokłosie 4 lat, w przeciągu których, za każdym razem, gdy z nimi graliśmy, dochodziło do dantejskich scen.
Pierwszy akt tego porywającego dramatu, miał miejsce, podczas meczu o Puchar Anglii, na the Dell (poprzedni obiekt Świętych, na którym rozgrywali swoje mecze do 2001 roku, kiedy to przenieśli się na St. Mary's - dop. tłum.),w 1983.Był to akt pełen przemocy. Od początku, do końca. Po zakończeniu gry wybiegliśmy na murawę, świętując wywalczenie mało prawdopodobnego replaya u nas. Na padoku zebrała się mnogość miejscowej frajerni, specjalistów-napinaczy. Postanowiliśmy im poprzymykać te ich szeroko rozwarte mordy. Wskoczyliśmy tam i po półtorej minuty, oczyściliśmy całą sekcję z krzykaczy. Rano, w drodze na mecz, zrobiliśmy postój w Londynie na mały shopping. Odwiedziliśmy słynnego Lillywhites'a na Piccadilly Circus(sklep sportowy, duży, dla kibiców i dla sportowców - dop. tłum.) i gdy rozglądaliśmy się co by tu ukraść, to znaczy nabyć, ktoś zaalarmował, że pod wejściem zbiera się ekipa Tottenhamu, the Yids. Jak jeden mąż, rzuciliśmy się do działu ze sprzętem dla golfistów, oraz do działu Cricet. Konkretnie uzbrojeni w łedże, puttery i hybrydy, oraz w solidne wierzby (willow - slangowe określenie crickecistów na kij, którym odbijają piłeczkę-dop. tłum.), ruszyliśmy, zbiegając po schodach, na spotkanie z Żydami. Spjerdalali szybciej niż ten Southampton popołudniu.

ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
20-02-2019, 10:35 #354
Następny sezon, przyniósł jedną z największych awantur wszech czasów. Po zakończeniu półfinału Pucharu Anglii na Highbury, na murawie doszło do walk, które trwały ponad pół godziny. Adrian Heath zdobył dla nas zwycięską bramkę, w ostatniej minucie dogrywki i tysiące fanów Evertonu wyległo świętować na boisko. Przywrócenie porządku trwało ładnych parę minut, poczym po dograniu kilkudziesięciu sekund, byliśmy na murawie z powrotem,gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni. Na Highbury nie było wysokiego ogrodzenia, więc kilka setek rozeźlonych Świętych, stwierdziło, że święty spokój mają głęboko w doopie i dołączyli do nas na placu gry. My byliśmy już wszyscy Casuals, podczas gdy oni w większości biegali jeszcze w szalikach i wełnianych czapeczkach. Mimo tego, na początku większość fanów Evertonu, musiała się zrywać z pod trybuny Clock End,którą wypełniali kibice Southampton. Wkrótce jednak, dzięki naszym wzmożony wysiłkom, zmienił się kierunek przepływu masy ludzkiej i to oni zaczęli przed nami spjerdalać. Wymiany ciosów trwały w nieskończoność, a policjanci na koniach, którzy wjechałali na murawę, byli zwyczajnie ignorowani. Wypłaciłem jednemu typowi wzorcową latarę, tak że siadł se na doopie. Wtedy taki młody pies, próbował mi zajebbać swoją służbową pałą w łeb. Zblokowałem uderzenie,ale na drugi dzień na pogotowiu, okazało się, że mam wybity staw łokciowy. Ból jedyny w swoim rodzaju. Nigdy wcześniej, ani później takiego nie doznałem.
Gdyby ta bitwa wydarzyła się dzisiaj, nakręcono by o tym dwa filmy (nisko i wysokobudżetowy), zrobiono serial dla TV, może nawet więcej niż jedną serię i napisano by o tym kilka książek. Ponad 100 osób zostało aresztowanych, szpitale i ambulatoria, udzieliły pomocy ponad 70 poszkodowanym, z których dziesięć, odniosło rany kłute i cięte, zadane przeróżnymi ostrymi narzędziami. W tamtym okresie, media ledwo co o tym wspomniały. Przetrwało jednak sporo zdjęć zrobionych przez fotoreporterów na murawie i trzeba to zobaczyć, żeby w to uwierzyć. [Obrazek: a872358ba776c0db6dc2add20b62cc17.jpg][Obrazek: 699b1cdd8329fa0d3842c709417785a0.jpg][Obrazek: ff354c7792cfeaca2200062b80fb081f.jpg][Obrazek: f9daa37ffd2f0bed1c2832db0a907e3b.jpg][Obrazek: cd8d1639846cdeabc55be6817cf04d04.jpg][Obrazek: 663da64f284326b753f8527a6c6cd92b.jpg]

ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
20-02-2019, 13:02 #355
Taka może refleksja mała, większy dopisek tłumacza, bo książki zostało dosłownie parę stron.
Żali się trochę Andy-autor, że tamta bitwa na Highbury, odbiła się niewielkim echem w mediach (ależ tam musiał być Grunwald, batalia palce lizać, a po walce nie tylko palce). Pobrzmiewa w jego słowach wyraźna gorycz. Ja myślę (i było o tym w reportażu BBC, tym o ICF), że wtedy już media brytyjskie powoli ulegały naciskom, mającym na celu, położenie kresu promocji przemocy w środkach masowego przekazu. Rządzący stwierdzili-chcecie być czwartą władzą, OK. Ale nie absolutną. W państwie demokratycznym, każda władza podlega ograniczeniom i hamulcom innych władz (yhmm, dobrze kminicie. INP UJ.) .Macie zaprzestać ekscytować dla kaski społeczeństwo takimi newsami. BBC telewizja państwowa przestała pokazywać przemoc na arenach sportowych. W końcu mądrzy panowie socjologowie ostrzegali, że ta cała futbolowa orkiestra cotygodniowej przemocy, napędzana jest haypem w mediach. Jak świat długi i szeroki, chuligani zbierali do teczek, albo wklejali (kopiuj i wklej, ech co za czasy...) w specjalny zeszyt wycinki prasowe o niechlubnych dokonaniach bandytów hańbiących dobre imię ich klubu. Nawet ja sam. A propos, ma ktoś takie starożytne archiwa?
Z mediami prywatnymi było różnie. Niektóre jak niesławny the Sun, kreowały własne, kłamliwe wizje chuligańskiego półświatka (Heysel, Hillsborough i kampanie oszczerstw pod adresem najpierw kibiców Chelsea, potem LFC). Coś chyba jednak było na rzeczy. Stąd ta gorycz Andy'ego.
A u nas co? Aaano, wciąż gówno to saaamo (na melodię "Kochałem ją, Amo"). Nawet jak emeryt na działce siądzie doopą na sekator, co se go sam połóżył na ławeczce i zapomniał, to brukowce jadą- "Krwawa wojna kibiców w Krakowie trwa". Pjerdolnięcie pod napięciem.

ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
21-02-2019, 10:58 #356
Wygrać mecz, zdobywając zwycięską bramkę w ostatniej minucie dogrywki, a potem na murawie, mieć masowe zamieszki, to było jak trafienie głównej wygranej w totka i w the Pools (popularny totalizator sportowy, jeszcze z ery przedbukmacherskiej, u nas też kiedyś taki był, obstawiało się całą kolejkę w lidze polskiej, albo w angielskiej-dop. tłum.), tego samego dnia. Awantura przeniosła się z boiska pod stadion, gdy ekipa Arseanalu, dołączyła do Southampton i wspólnie, raz jeszcze próbowali nas zrobić. Wyglądałem jak jakaś cipka, całą drogę z powrotem, z moim wybitym stawem łokciowym, uniesionym wysoko do góry. Na stadionie, żadni sanitariusze nie chcieli mi udzielić pomocy. Byli zawaleni robotą przy poważniej rannych. Dla lekko kontuzjowanych nie mieli czasu.
W następnym sezonie, pojechaliśmy do nich na mecz, który miał przesądzić o końcowych rozstrzygnięciach w lidze. Pojechało nas tam tysiące. Wielu nie załapało się na wejściówki, więc weszliśmy z bramą, lądując w sektorze gospodarzy, obok sektora dla fanów Evertonu. Było nas tam ze dwie stówy i staliśmy na górze, a dół zajmował Southampton. Gdy strzeliliśmy na 0:2,miejsowi próbowali nas zaatakować. Było nas trochę i mieliśmy lepszą pozycję, znajdując się nad nimi, więc walki nie trwały zbyt długo. Gdy wszystko ustało, jeden kolo, zwrócił mi uwagę, że mam krew na ramieniu. Ktoś mnie chlasnął kosą w zamęcie podczas tego krótkiego starcia. Ostrze przecięło moją papę i ledwo co naruszyło moją własną skórę. I tak musiałem iść do punktu pierwszej pomocy, zabandażować to. Gdy mnie tam prowadzono wzdłuż lini, przechodziłem obok ławki rezerwowych Evertonu i jeden ze zamienników, nie napiszę który, mrugnął mi okiem, jak gdyby mówiłBig Grinobra robota chłopaki. Tacy wtedy byliśmy. W tamtym sezonie, piłkarze, kibice, byliśmy jak jeden team. I byliśmy najlepsi.
Rok później znów graliśmy z nimi w Pucharze, tym razem u nas. Pokonaliśmy ich 2:1. Niewielu ich przyjechało i ani przed meczem, ani po niebardzo się rzucali w oczy, więc po zakończeniu spotkania, spokojnie poszliśmy sobie na piwko do the Oak. Po jakiejś pół godzinki, wszedł tam typ w zielonym flyersie i oświadczył, że jest z Southampton i że jego banda czeka na zewnątrz. Przyznam, że byliśmy zaskoczeni niewąsko. Wcześniej tylko West Ham i Middlesbrough, było stać na taki hochsztos.
Everton wyparował momentalnie na zewnątrz i rzeczywiście, czekała tam na nas nieliczna, ale zwarta grupa. Mieli bandę dobrej jakości i walczyli całkiem, całkiem. Zepchnęliśmy ich jednak i ostatecznie próbowali się ewakuować dwoma vanami, którymi przyjechali. Ruch uliczny na County Road był jednak masakryczny, samochody poruszały się w ślimaczym tempie i zaraz ugrzęźli w korku Efekt tego, też był masakryczny. Dopadliśmy ich i zaatakowaliśmy z dziką furią. Pojazdy były niszczone z pasją, a pasażerowie wytargiwani na zewnątrz i demolowani metodycznie, z jeszcze większym zapałem niż vany. Ci, którzy czekali w nich dopiero na swóją kolej do wytargania za uszy, w zamieszaniu, opętani panicznym strachem, próbowali nam czmychnąć. W końcu większości z nich się to udało. Ostatecznie wszyscy oddalili się na własnych nogach, ale powiem wam, że mieli farta, że się ich nie spodziewaliśmy, bo gdybyśmy na nich czekali, ich straty mogłyby być dużo cięższe. Ale muszę też przyznać, że byliśmy w delikatnym szoku. Bruce i ja, spotkaliśmy później paru z nich w Stuttgarcie, podczas Euro 88.Przy drinku mieliśmy wspólnie niezłą bekę z tamtego awanti. Nie mieli żadnych zgryzot z powodu tamtego starcia i uważali, że zrobili nam dobry show. Przyznali jednak też, że mieli koorewskiego farta, że choć wyjechali od nas na butach, to na własnych nogach, a nie nogami do przodu. Lepiej być przekopanym, niż samemu kopnać w kalendarz (a w Anglii umierający kopią w wiaderko, ciekawe dlaczego... u nas w kalendarz? a, że się dni umarlakowi skończyły, chyba - dop. tłum.).


[Obrazek: 2e807dabab7deb9f61fa2244e1ab4885.jpg]

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-02-2019, 11:20 przez the Painter.



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
21-02-2019, 11:33 #357
Jakby się ktoś chciał dojebbać, do tych wszystkich błędów ortograficznych w moim wydaniu, to w nocie od wydawcy Amazon Kindle powyżej, radzę zwrócić uwagę na drugie zdanie od góry. Że Andy przez 25 lat był jedynym z NAJAKTYWNIEJSZYCH chuliganów w kraju - For twenty five years, he was one of the most ACTRIVE hooligans in the country.
Powinno być ACTIVE. Nie ma takiego słowa actrive w języku angielskim. No jak Amazona nie stać na dobrą korektę, to ode mnie proszę się odstosunkować (ja na tym nie zarabiam nic, oprócz lajków) .

A kto prośby nie posłucha,
W imię Ojca, Syna, Ducha,

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-02-2019, 11:36 przez the Painter.



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

sterby
Liczba postów:7,526 Reputacja: 7,688
21-02-2019, 12:03 #358
Tyle lat na obczyźnie w jakimś tam stopniu usprawiedliwia błędy ortograficzne, choć prof. Pasiekowa może mieć inne zdanie na ten temat.



[Obrazek: gf-JzRg-qYWu-XW5A_janusz-filipiak-664x442-nocrop.jpg]
Człowieka jest łatwo oszukać.
O wiele trudniej przekonać go, że został oszukany.

MakuKSC
Liczba postów:2,200 Reputacja: 2,941
21-02-2019, 12:33 #359
Wielkie dzieki Painter za te teksty,jedna z ciekawszych lektur na forum, zaluje ze tak pozno do tego watku dotarlem, ale tym lepiej, bo mialem wiecej czytania na pozniej.



"Cracovio ma, tyś dumą mego miasta...."

the Painter
Liczba postów:874 Reputacja: 3,130
21-02-2019, 12:36 #360
@sterby
Pewnie tak. Zaświadczenie o dysleksji, nazywała zaświadczeniem o lenistwie. Mówiła, że z niczego nie zwalnia, powinno być motywacją do wzmożonej nauki zasad ortografii.
@Maku
No problemos. Czeszę szę, że szę podoba.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-02-2019, 12:40 przez the Painter.



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY






Skocz do: