Witaj! Logowanie Rejestracja
Książka, której nie chcieli dopuścić do druku!!!



the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
19-08-2018, 22:10 #81
Udało mi się dwa, trzy razy odroczyć wagę, ale w końcu przyleciałem z Niemiec. Liczyłem, że jak będę miał trochę sosu, to uderzą mnie może po kielni, zamiast skierowania na wczasy. To drugie, pod rządami Maggie Thatcher i jej przydoopasa Colina Moynihana stawało się coraz powszechniejsze. Obiecała społeczeństwu oczyścić narodowy sport z elementu chuligańskiego, który wszystkim psuje zabawę. Obiecała i ostro zabrała się do pracy. Mój papug wyprowadził mnie z błędu. Otwarcie przyznał, że jak usłyszę winny, za udział w bójce, to nie muszę się martwić o szczoteczkę do zębów i inne podstawowe przybory toaletowe. Wszystko dostanę na miejscu. I to nie będzie Niemiecka Republika Federalna. Prorok był tak pewny swego, że nawet się nie brandzlował z tymi groźbami pod adresem stewarda. Ale już na starcie miałem farta. Z powodu niewystarczającej liczby oskarżonych, zarzut udziału w bójce, został zamieniony na sekcję 5.Gdy byłem w Niemczech i przekładałem kolejne rozprawy, większość postępowań związanych z tamtym meczem, zostało zakończonych. Nie można odpowiadać za współudział i być jedynym oskarżonym. Dlatego zarzut został zredukowany do sekcji 5.Jedyne co na mnie mieli, to zeznania tego koniojepcy i jego wspomnie mojej wielokolorowej bluzy. Z bluzy tej zrobiono nieomalże sztandar i symbol walki z chuligaństwem na stadionach całego kraju. Oskatżyciel publiczny pjerdolił o niej na okrętkę,i w każdym zdaniu, przywołał minimum dwukrotnie. Zniecierpliwiony sędzia poprosił o moje zdjęcie, wykonane po aresztowaniu, chcąc się samemu przekonać, czy moja bluza była w rzeczywistości tak unikalna i wyróżniająca mnie z tłumu, by stać się poszlaką, która obciąży mnie dostatecznie. Bingo! Jak było do przewidzenia, pokazali mu czarno-białe zdjęcie. Mr Justice popatrzył krótko i oddalił pozew z powodu niewystarczających dowodów.Tak, więc straciłem tylko czas, kasę i robotę, a tak poza tym, znów mi się upiekło.
Brytyjski wymiar sprawiedliwości. Najlepszy, albo najgorszy na świecie. Zależy komu kibicowałeś. Mi czy Maggie Thatcher.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!


the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
20-08-2018, 20:16 #82
Twarz w tłumie
Później przez parę miesięcy, starałem się nie wychylać. Zdawałem sobie sprawę, że miałem niesamowite szczęście i wiedziałem, że następnym razem może mi go zabraknąć. Policja też zaczęła mi cisnąć na meczach. Wokół sprawy z Bradford, zrobiło się trochę szumu. Psy nie mogły sobie darować, że to zyebały. Zamiast sukcesu, który odbiłby się szerokim echem, wstydliwa porażka.
W następnym sezonie zaliczyłem dwie skrętki. Obie na derbach, u nas i na Anfield. Na derbach to przeważnie zawsze kończyło się na ostrzeżeniu, ze względu na dużą ilość zatrzymanych. Zależy też, kto cię zamielił. Dużą rolę odgrywało na pewno wrodzone lenistwo scouse-psów, którzy nie lubili zawracać sobie doopy papierkową robotą. Przekonałem się jednak wtedy, że zaczynam być rozpoznawalny.
Za drugim razem, drutneli mnie w Yankee Bar. Wielki boozer Liverpoolu niedaleko dworca. Podbiłem tam, bo chciałem podrzucić trochę biletów, dla paru znajomych Czerwonych. Psy mnie zdjęły, ale nie zostałem o nic oskarżony. Ot tak, żeby mi obrzydzić życie i zabawić się moim kosztem. Kosztowało mnie to równowartość biletów, które wciąż miałem w kieszeni, kiedy mnie wypuścili tuż po zakończeniu meczu. Ich stary numer.
Później miałem prawie cały sezon, bez wpadki na meczach u siebie, ale głównie dlatego, że pracowałem za granicą i rzadko bywałem na meczach. Dopiero na Święta postanowiłem jechać do domu i to nie była najmądrzejsza decyzja. 19 grudnia 1988 roku, Everton grał z Arseanalem na Highbury i 29 z nas zostało aresztowanych za bójkę przed pubem, który nazywał się the Woodbine.

29 z Evertonu
Parę lat nie byłem na Arseanalu. Pojechałem, więc z paroma chłopakami. To nie był stricte wyjazd ekipy. Raczej kibicowska wigilia w wąskim gronie. Na Euston trafiliśmy dobrą grupę od nas, co przykulała się autokarem. Na ich liście świątecznej widniały trochę inne priorytety niż u nas. Oni przede wszystkim chcieli dorwać Arsenal. Nie musieli nas długo przekonywać i przyłączyliśmy się do nich. Przynajmniej na czas krótkiej podróży metrem.
Wyszliśmy ze stacji i udaliśmy się w górę Highbury Hill, celując w pub the Gunners. Powiedziano nam, że tam na nas czekają. Doszliśmy ledwie do innej knajpy, the Woodbine i już się zaczęło. Chociaż był grudzień i dosyć zimno, to dzień był słoneczny. Przed pubem stało kilkanaście osób. Przycieli nas i ktoś rzucił szklankę. Potem momentalnie zaczęli się ewakuować do pubu. Kilku się to udało, kilku nie. Ci drudzy wyłapali dobry wpjerdol. Mało. Zaczęliśmy wypjerdalać okna. Dziwiło nas trochę, że nie podejmują walki, bo ostatnimi czasy zrobili się nawet bojowi i reputacja im podskoczyła. W parę sekund na miejscu zrobiło się niebiesko. Psy otoczyły całą miejscówę. Jeden z policjantów z wielkim megafonem, poinformował z wielką radością cały północny Londyn, że zostajemy zatrzymani. Myśleliśmy, że to jakaś wystawka, dopóki ktoś nie wskazał na budynek tuż obok pubu. Komisariat policji, w którym właśnie odbywała się przedmeczowa odprawa dla funkcjonariuszy odpowiedzialnych za zabezpieczenie. Nie do wiary. Mogliśmy równie dobrze przywieźć własne kajdanki. To rząd wydaje grube miliony na tajne policyjne operacje, mające na celu zebranie materiałów dowodowych przeciwko wiodącym chuliganom, a co robi Everton? Everton się bije pod oknami komisariatu na oczach oficerów policji, urozmaicając im przerwę na herbatkę i biszkopcika.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-08-2018, 08:21 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
21-08-2018, 10:36 #83
Niektórzy próbowali uciekać i niektórym się udało. Reszta została ściśnięta w kącie podwórka komisariatu. Za chwilę przyprowadzono jeszcze około 10 fanów Evertonu. Pomyślałem, że zrobiono to dla ich bezpieczeństwa. Wiedziałem, że tych dziesięciu, to nie są żadni chuligani, tylko zwykli kibice, tymczasem na ulicy zrobiło się nieciekawie. Zresztą sami powiedzieli, że gdy podeszli pod pub, dobrą chwilę po nas, było już tam sporo Arseanalu, który na powrót zrobił się agresywny. Tych dziesięciu, schroniło się na psach i poprosili o eskortę. Pały kazały im czekać i po chwili zostali otoczeni. Zamiast na stadion, odprowadzono ich do nas, na podwórko i zakomunikowano im, że są aresztowani. Wszystkich pojedynczo rewidowano i odprowadzano do cel. Z 29 zatrzymanych, dziesięciu może, to były dobrze znane twarze. Reszta to przeważnie zwykłe fiuty, które z chuliganką, nie miały nic wspólnego. Niezły rezultat. Gdy już myślałem, że gorzej być nie może, okazało się, że jednak może. Na recepcję pies przyniósł wiaderko. Efekt przeszukania podwórka. Wysypał zawartość na blat. Było tam 14 noży. Pełny asortyment. Od starego dobrego Staszka po sztylet z epoki. Wszyscy usłyszeli zarzuty." No to jesteśmy w doopie."-pomyślałem sobie, gdy yebła klapa za moimi plecami. Mieliśmy fart jak chooj, że dostaliśmy kaucję. Byłem przygotowany na specjalny trybunał i sankcję. Powrót do domu wieczorem, był jedynym bonusem.

Sąd magistracki Highbury
Pierwszy termin rozprawy wstępnej wyznaczony został na poniedziałek. Z powrotem do Londynu, na spotkanie z sędzią sądu magistrackiego. Wtedy to, nie którym z nas, udzielono najgorszej porady prawnej, jaką w życiu słyszałem. Powiedziano im mianowicie, że sędzia to niezły kootas i każdy, kto się przyzna do winy, powali się bankowo. No, to co poniektórzy mieli już jasność. Ja miałem trzy wcześniejsze wyroki za burdy na meczach. Mucker, pełna kartoteka,włącznie z uszkodzeniem ciała. Regan to samo, cała lista, pełny przekrój. Karl Titch, Foulksey, Richie, Kenny i Jock, wszyscy byli notowani i karani. Nie trzeba mieć miliarda w rozumie, żeby wiedzieć jak to się skończy. Ale pewne było, że sprawa zostanie odroczona na po świętach, a im dłużej będzie się ciągła, nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć.
Cała reszta z tych 29, w tym jeden Cockney za Chelsea (po dziś dzień, jest dla mnie tajemnicą, skąd on się tam wogóle wziął), nie mieli nic w papierach, albo bardzo niewiele. Myślę, że gdyby twardo obstawali przy swojej niewinności, to prawdopodobnie, nie ponieśliby żadnych konsekwencji. Punktem zwrotnym przy odczytywaniu zarzutów i składaniu oświadczenień winny/niewinny, okazała się rozprawa tuż przed naszą. Na wokandzie, japoński turysta, oskarżony o kierowanie pojazdem pod wpływem alkoholu. Wiecie, że japońce do wielgusów nie należą. Nieinaczej było i z tym. Nie miał nawet metra sześćdziesiąt. Sąd usłyszał, że typek wygrzał 8 pajntów browara, parę szklaneczek whisky i beztrosko odpalił furę odjeżdżając pod prąd. To znaczy z prądem, tylko japońskim. U nas to tak nie działa. Jego linia obrony była łatwa do przewidzenia." Ja nie mówia po angielska. Ja być bardzo sorry. Ja nie wiedzia." Pierdu, pierdu i tak dalej. Sędzia był jednak w świątecznym nastroju i dał mu tylko dwa tygodnie odsiadki.
Japoniec jak to usłyszał, tak się poderwał, że prawie głową wybił dziurę w suficie sali sądowej. To znaczy wybiłby, gdyby miał ciut więcej, niż te jego metr sześćdziesiąt.Poprawiła mu się też diametralnie znajomość angielskiego, zwłaszcza dział - "przekleństwa i wulgaryzmy" . Niezłą mieliśmy bekę, dopóki stary pryk, wysoki sąd, nie zaczął nam grozić, że jak się nie uspokoimy, to nas zamknie razem z kitajcem. No, to był dobry znak i dobry powód, żeby zamknąć pyski. Zapanowała cisza, tylko nasz adwokat z urzędu, szeptem udzielał nam ostatniej porady by cała grupa poszła, w zbiorowe nieprzyznanie się do winy.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-08-2018, 10:42 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
21-08-2018, 15:30 #84
Dla tych co tkwili po uszy w bagnie, mogło to się okazać ostatnią deską ratunku, ale dlaczego większość z pozostałych też tak uczyniła, pozostaje dla mnie zagadką. Sprawa z procesem zbiorowym, wygląda tak, że musi być solidarna decyzja. Albo tak, albo siak. Wszyscy się przyznają, albo nikt. Nie można mieć szesnastu winnych i trzynastu niewinnych. Po prostu, wóz albo nawóz. W takich wypadkach jeśli pojawią się wątpliwości co do udziału chociaż jednej osoby, wszyscy pozostali również zostają uznani za niewinnych. Prokuratura musi udowodnić wszystkim oskarżonym udział w czynie przestępczym. Tak to przynajmniej wygląda w teorii. W praktyce okazało się, że to gówno prawda, ale póki co brzmiało zachęcająco, więc zdecydowaliśmy się na takie właśnie rozwiązanie. I tak oto Pan sędzia wyznaczył datę następnej rozprawy i gdy japoński turysta udał się na odpoczynek w Wormwood Scrubs (zakład karny w zachodnim Londynie), my udaliśmy się w drogę powrotną do domu, zastanawiając się, co też tam czeka na nas pod choinką. Brytyjski wymiar sprawiedliwości. Najlepszy na świecie. Jak na razie.

Proces
Święta, święta i po świętach. Próbowałem się cieszyć i nie myśleć, ale myślałem. Gdzieś tam z tyłu umysłu, czaiło się złe przeczucie. Ale czemu? Co się może stać? Cała ta sprawa to była szopka. Dowody bardzo słabe. Zeznania policjantów sprzeczne. Mieliśmy świadków, których obecność na sali bardzo mogła nam pomóc. No i oprócz nas na ławie oskarżonych, zasiadało 10 zupełnie niewinnych ludzi, którzy prawdopodobnie nigdy w życiu nie uderzyli nikogo pięścią. Wszyscy oni mieli dobrą pracę i ciepłe posadki, a ich rodziny kibicowały im na sali. To była sprawa do obrony.
Prokuratura miała na nas niewiele. Paru policyjnych łgarzy i krętaczy i paru Cockney'i co po pijaku wyłapali klapsy. Jedynym ich atutem był sędzia sądu magistrackiego, który, idę o zakład, wychowywał się od małego w nienawiści tylko do dwóch rzeczy. Chuliganów piłkarskich i Scousers'ów. Gdy zasiedliśmy na ławie, podsumowałem to słowami położnej, która odbierała poród małego Petera, synka pani Beardsley - "Nie wygląda to dobrze."
Proces trwał 3 tygodnie i przez jego większość, mieliśmy niezły ubaw. Musieliśmy codziennie siedzieć na tych samych miejscach, żeby wysoki sąd mógł się zaznajomić z naszymi gębami i w miarę kojarzyć je z nazwiskami. Ja miałem pecha, bo posadzili mnie obok typa o ksywie Regan. Dobry chłopak, spoko zawodnik, tylko straszny świrus i kawalarz.Regan miał 18 lat i realne widoki na zrobienie kariery w boksie. Waga ciężka. Zarówno na ringu jak i w robieniu kawałów. Nie mam pojęcia jak to było możliwe, że wytrzymał w sądzie tak długo. Dokładnie dziesięć dni zanim został wysłany do aresztu.
Od samego początku zaczął sobie robić jaja z trzeciej władzy. Zero szacunku. Pierdział, przeklinał, śmiał się, spał, chrapał, jadł, pił i nosił kapelusz. Jeżeli doszło tam do obrazy sądu, powinni go wysłać do piekła. Wyglądało to mniej więcej tak:
Sędzia:Czy pan coś je w tej chwili?
Regan:Nie.
Sędzia:W takim razie co ma pan w ustach?
Regan:Gumę do żucia.
Sędzia:Czyli jednak pan je?
Regan:Koorwa. Jakbym jadł to by się to nazywało guma do jedzenia.
Kłótnie między nimi trwały w nieskończoność, a wizja uniewinnienia, stawała się z każdą, coraz bardziej odległa. Wyglądało, że pan sędzia jest coraz bardziej zdeterminowany i że nie będzie miał oporów przed wysłaniem 28 niewinnych ludzi za kratę, jeśli będzie to oznaczało, że trafi tam przede wszystkim to wcielenie zła, jego najgorsza nocna mara, czyli wariacik Regan.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
21-08-2018, 20:18 #85
Innym razem nachylił się w moją stronę i mówi: "Jak ta pisda(pan sędzia), jeszcze raz się na mnie głupio spojrzy, to dam mu spróbować tego." i pokazał mi pod stołem nóż, który musiał dźwignąć z jakiejś masarni. No psychiczny. Sami powiedzcie. Prokurator starał się usilnie wykazać, że Regan plącze się w zeznaniach i nie można go traktować jako osoby wiarygodnej. Uczepił się prorok yebany nieścisłości co do tego, kto go aresztował. Regan twierdził, że był to konny policjant, natomiast z papierów wynikało jasno, że oficerem aresztującym, był zwykły pieszy policjant. Chcąc wyjaśnić tą kwestię, sędzia spytał Regana, czy jest pewien, że to był funkcjonariusz na koniu. A jeśli tak, to skąd ta pewność. Regan podrapał się po głowie i powiedział, że teraz już nie jest taki pewien, ale to coś, na czym siedział, miało koorewsko wielki łeb, cztery kopyta i ogon, więc on wciąż obstawiałby, że to był koń. Na sali zapanował chaos. Płakaliśmy ze śmiechu, a woźny z 10 minut uciszał publiczność. Magistrat się nie śmiał. Zaciskał zęby i zastanawiał się, ile nam przyłożyć.
Jednak pewnego dnia uśmiechnęło się do nas szczęście. Gdy sędzia zarządził tradycyjną przerwę na lunch, Regan uderzył na tradycyjną wyprawę łupieżczą. Praktycznie codziennie dokonywał takich bezgotówkowych zakupów w okolicznych sklepach. To nie był jednak jego dzień. W jednym ze sklepów przyłapano go na złodziejce. Gdy ochroniarz wraz z pracownikami próbował go obezwładnić, Regan dobył swój kordelas i chciał nim zasztyletować nieszczęśnika.Regan został wyłączony do odrębnego postępowania. Prosto do pieca, bez prawa opuszczania. Rzeczy zaczynały nabierać jaśniejszych barw dla naszej teraz już 28.Nie zobaczyliśmy go do końca procesu. Później, gdy odleżał swoje, wyszedł i dokonał napadu na znany klub nocny w Liverpoolu. Quadrant Park. Dostał rok za każdego zrabowanego tysiaka, a znaleźli ich w jego wielkiej torbie aż osiemnaście.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
22-08-2018, 10:50 #86
Nieobecność Regana, nie zrobiła jednak żadnej różnicy. Pomimo braku dowodów, pomimo licznych wątpliwości, sędzia magistracki Bruce uznał nas za winnych. Wiedziałem, że się powalimy,gdy tylko zobaczyłem w sądzie, wzmocnione siły porządkowe. Papug też to zauważył i powiedział, że jeszcze nigdy tylu nie widział w budynku sądu. Nie było też żadnego kuratora sądowego. Zazwyczaj bywają w sądach, jeśli sędzia się waha i przed wysłaniem cię za kraty chce jeszcze zobaczyć twoją opinię. Nasz sędzia nie zawracał sobie doopy takimi pierdołami. Rozparł się wygodnie, palnął mowę o burzeniu porządku publicznego i wysłał nas wszystkich na 4 tygodnie do pierdla. Z uśmieszkiem na twarzy.
Podczas gdy dziesiątka, czy coś koło tego, niewinnych, w desperacji złapała się za głowy,ich ojcowie i mamy pochlipywali w loży dla publiczności, a ich najczarniejsze sny o tym co powiedzą sąsiedzi, stawały się rzeczywistością, my uśmiechnięci, gratulowaliśmy sobie wyniku i machaliśmy sędziemu Bruce'owi na pożegnanie. 28 dni. Śmiechu warte. Wyskoczymy po 2-3 tygodniach. Tyle zamieszania, o takie gówno. Potem zawołali nas jeszcze raz na salę i dołożyli nam 2 letni zakaz wstępu na mecze naszego ukochanego Evertonu. No, to już była surowsza kara, ale sraliśmy na to. Wiedzieliśmy, że będziemy i tak jeździć. Na zakazie, czy bez. Kara, to jedno, a jej egzekucja, to drugie.

Więzienie
Zaprowadzili nas do cel, gdzie spędziliśmy z godzinę, poczym mieliśmy spotkanie z naszym adwokatem. Powiedział, że złożył natychmiastową apelację,w związku z pominięciem przez sędziego opini środowiskowej, ale jako, że był piątek, na rozpatrzenie, będziemy musieli poczekać do poniedziałku. Sędzia Bruce nie miał nawet czasu zapoznać się z nią przed weekendem. Tak więc data apelacji została wyznaczona na poniedziałek. Jako że trwał strajk służby więziennej, żaden zakład karny nie zgadzał się na przyjęcie nowych więźniów. Postanowiono nas rozlokować na kilkunastu posterunkach policyjnych po całej okolicy. Ja, Jock i Mike, zostaliśmy zapakowani do minibusa i w asyście paru psów wywieźli nas do Melton Mowbray, małego targowego miasteczka niedaleko Leicester, słynącego ze swoich pasztecików. Osobiście, to najchętniej nigdy nie chciałbym usłyszeć o tej dziurze, ale i tak lepsze to niż Wormwood Scrubs, jedyny pierdziel w Londynie, który zaakceptował parę osób w swoich murach.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
22-08-2018, 14:18 #87
Kilku młodszych trafiło do poprawczaka, ale 6 młodych Scousers'ów i połowa urchins z całego Londynu, to nie była moja wymarzona przerwa weekendowa w stolicy.
Po drodze do Leicestershire zatrzymaliśmy się na jeszcze jednym komisariacie i przyprowadzili jakiegoś typa, którego przykuli do mnie. Było już trochę ciemno, ale widziałem, że typek jest dość elegancko ubrany, tylko włosy miał długie i długą, zmierzwioną brodę. Dziwny jakiś. Po dziesięciu minutach w vanie zaczęło tak trollić, że aż w oczy szczypało i niewiele brakło, żebym zarzygał cały pojazd. Od kogo to? Typ w gangu obok mnie chyba nie, więc pewnie ten za nami, co wyglądał trochę jak kloszard. Gdy dojechaliśmy na miejsce, pies wywołał mnie, Jock'a i Mike'a. Ucieszyłem się, bo znaczyło to, że będziemy razem. Na komisariacie zobaczyłem, że wprowadzają też tego gościa w garniaku. Skoorwiel, miał na nogach piłkarskie korki,lanki Gola. To był pjerdoleny żur. Od niego tak yebało. Psy miały ubaw, ale widząc, że mam dość i wszędzie się drapię pozwolili mi wziąć prysznic. Jak już się przestali śmiać.
Areszt mieli nawet spoko, a pilnowły nas psy z drogówki na nadgodzinach. Przysługiwały nam też wszystkie przywileje aresztantów. Mogliśmy dostawać książki, jedzenie i inne towary luksusowe. W normalnym więzieniu byśmy tego nie mieli. 4 tygodnie w Melton Mowbray, wyglądały prawie jak dwa turnusy na koloni. Dla mnie bomba. Raz miejscowe psy, wciągnęły włamywacza, którego złapali na gorącym z telewizorem i magnetowidem. Chciał sprzątnąć kwadrat, korzystając z wakacyjnego wyjazdu mieszkańców. Pały trzymały sprzęt RTV na posterunku, czekając na powrót prawowitych właścicieli i po pobraniu po 50 p. od każdego z nas, pozwalali nam na nim oglądać filmy. Raz nawet puścili Lot nad kukułczym gniazdem. Propozycja jak najbardziej na miejscu, biorąc pod uwagę, że paru świrów tam z nami siedziało.
Wszystko się zyebało, gdy nasz papug złożył drugą apelację. Pierwsza oparta o błędy proceduralne(nie zapoznanie się z opinią przed wydaniem wyroku), została odrzucona, ale druga przeszła I zwolnili nas po tygodniu. Byliśmy rozczarowani. Że też tych paru chłopaków nie mogło posiedzieć te 4 tygodnie. No nic. Musieliśmy płynąć z prądem. Nas trzech poczuwało się do winy i bylibyśmy gotowi za nią odpokutować. Psy miały przy nas fajną fuchę i nie naprzykrzali się nam zbytnio. Takich policjantów widziałbym chętnie więcej w służbach. Nie wiem czy władzą by się to spodobało, ale dla nas byli w porządku i nawet złapaliśmy lekkiego doła, gdy nam powiedziano, że będziemy zwolnieni. Zostało nam tylko 2 tygodnie, a następny proces, będzie się ciągnął co najmniej trzy,tym razem przed sądem koronnym na Southwark. Stracę wszystkie moje oszczędności. Poza tym wciąż jedna rzecz tkwiła w mojej podświadomości. Jeśli rzeczy nie poukładają się po naszej myśli, nic nie powstrzyma nowego sędziego od wydanie surowszego wyroku. To było ryzyko, na które raczej bym się nie skusił, ale wiedziałem, że niektórzy skazani nie zrobili nic złego i dla nich ważne było by całkowicie oczyścić się z zarzutów. Chciałbym tylko, żeby nas zostawili tam gdzie byliśmy.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
23-08-2018, 14:09 #88
Proces, tak jak przewidywałem, trwał 3 tygodnie i okazał się kompletną stratą czasu. Nowy sędzia Gerard Buttler, wydawał się dużo fajniejszy od starego kochanego magistrata Bruce'a. Mieliśmy jeszcze więcej świadków i bonus w postaci nieobecności Regana. Pomimo tego wszystkiego, sędzia Buttler był przekonany, że kłamiemy i dał się omamić policji. Odrzucił apelację i utrzymał w mocy poprzedni wyrok. Kompletna farsa, która kosztowała gruby hajs. Najbardziej wkoorwili mnie nasi adwokaci (w systemie prawnym UK istnieje rozróżnienie na solicitors-pełnomocnik prawny, który może reprezentować oskarżonego tylko w sądach magistrackich(okręgowych) i na barristers - adwokatów kwalifikowanych, którzy bronią w sądzie koronnym. ).Ja swojego nie lubiłem od samego początku. Nazywał się Fletcher, a jako, że jestem wielkim fanem serialu "Dla mnie zupa mleczna" (oryginalny tytuł "Porridge"), czułem, że to zły znak. To był czarny kolo i w swojej peruce, wyglądał jak kufel Guinnessa. I tak go właśnie nazywałem. Nie widział w tym nic śmiesznego. " Warto było spróbować. Nie mieliście nic do stracenia." Nic do stracenia?! Oprócz nowej pracy, bo kolejny 3 tygodniowy urlop, nie przypadł mojemu nowemu szefowi do gustu. No i pobyt w Londynie, kosztował mnie prawie tysiaka. A o koloni w Melton, mogliśmy zapomnieć, bo gady zakończyły strajk i wysłali nas do zakładu karnego na Brixton. Na początku było trochę przeyebanie, bo Cockneys zaczęli nam cisnąć i co rusz słyszeliśmy groźby pod naszym adresem, ale nic na tyle poważnego, żeby o tym wspominać. Wrzucili nas wszystkich na to samo skrzydło i po 10 dniach, zostaliśmy zwolnieni. Dla mnie to już byłby koniec całej historii, ale dałem się jeszcze namówić na apelację ostatniej szansy, Royal Pardon. Królewskie Ułaskawienie. Rodzice niektórych chłopaków, wydali na to chyba całą fortunę, a rodzinne srebra powędrowały do lombardu. Sprawa została dobrze nagłośniona. Było o tym w gazetach, w radiu, a także w programie TV o niesprawiedliwych wyrokach - "Rough justice". Gdy zakręciłem się wokół tej sprawy, udzieliłem nawet wywiadu dla ogólnokrajowej stacji. W związku z pracą i karierą zawodową, dla niektórych osób, było to bardzo ważne, by oczyścić swoje imię. Ja się w to włączyłem, bo miałem nadzieję, że wypłacą nam jakieś odszkodowania. Tak samo paru innych. Wszyscy moi znajomi czytali w Liverpool Echo, że trafiłem za kratki. Jaki sens ma wysyłanie komuś listu z podpisem sekretarza królowej w którym stoi, że niestety wyrok w sprawie był niesprawiedliwą pomyłką i sprawiedliwości nie stało się zadość, tak jak powinno? Co mam chodzić z tym listem od drzwi do drzwi i odczytywać sąsiadom? Miałem to już głęboko w doopie. Byłem tym zmęczony. Wszystkie te spotkania, telefony, co za gówno. Odsiedzieliśmy swoje. W końcu dałem sobie z tym spokój. Niech inni walczą w obronie swojego dobrego imienia. Mojemu już raczej nic nie zaszkodzi.
Żeby oddać sprawiedliwość i z kronikarskiego obowiązeku, dodam, że ci, którzy do końca się nie poddali, dopięli swego. Nie wiem, czy ja też zostałem oczyszczony z zarzutów. Czeku tłustego nie dostałem, więc nie zwracałem sobie tym więcej doopy. Ale ucieszyłem się gdy o tym usłyszałem i mam nadzieję, że tych paru chłopaków, którym zależało, zostali nauczycielami, pracownikami opieki społecznej,albo pracowali w innych wymarzonych zawodach, gdzie konieczna jest czysta kartoteka. Czasem jeszcze spotykam, niektórych z tamtej 29 Evertonu. Paru, tak jak ja, wciąż to wspomina.Jeden z chłopaków Mark Duvall, niestety nie żyje. Inny zaginął i nie widziano go od lat. Regan wyskoczył po odsiedzeniu 11 z 18 lat jakie wyłapał za napad z bronią. Tydzień po zwolnieniu, spotkałem go na browarze, a wieczorem walczyliśmy wspólnie z Middlesbrough na Scotty Road.
Czy więzienie jest odpowiedzią na chuligankę? Nie wydaje mi się.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 23-08-2018, 14:16 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
23-08-2018, 21:17 #89
Grając jokera
Tak jak w poprzedniej instancji, sąd koronny dowalił nam 18 miesięcznego bana, za nasz występ na Arseanalu. Niewielu się nim przejęło. Ja też dalej jeździłem, chociaż przy niektórych spotkaniach, wolałem zachować bezpieczny dystans. Z tych co jeździli wszędzie, paru zdarzyło się być aresztowanym i za złamanie zakazu dostali kilka dodatkowych dni wypoczynku na koszt skarbu jej królewskiej mości. Przez następne parę lat wyłapałem tylko parę mandatów za zakłócanie porządku publicznego. Zwykle przy okazji derbów Liverpoolu. Zresztą przemoc na meczach, stawała się z różnych przyczyn coraz rzadszym zjawiskiem. Jednym z powodów na pewno była rosnąca popularność sceny rave. Gdy ewentualnie, wszystko zaczęło się od nowa, władze miały tego dosyć, a zasady gry, zmieniły się nie do poznania. Wtedy właśnie przytrafiło mi się aresztowanie w Aberdeen i sprawa w sądzie dość konkretnego kalibru. Wypadki z tym związane, opisałem w następnym rozdziale, ponieważ jest to historia sama w sobie. Tuż przed Aberdeen, zamielili mnie na meczu z United, na Goodison i na wyjeździe do Boro.Stało się oczywiste, że psy chcą mnie wysprzęglić za wszelką cenę. Gówno ich obchodziło, czy będzie to dla mnie oznaczać kilkuletni wyrok, a to czy jestem winny czy nie, olewali ciepłym moczem.Akcja na Manchesterze to była szopka jakich mało.
W tamtym okresie, dawałem już sobie rady całkiem nieźle. Miałem dobrą robotę, fajną furę i dom. Wciąż jednak byłem w stanie to wszystko spjerdolić, bo na poważnie wierzę, że taki się urodziłem. Niegrzeczny z natury. Na ten mecz wybrałem się z moim agentem ubezpieczeniowym,Billym, który jednocześnie był moim bardzo dobrym kumplem. Koleś jest tancerzem a nie zabijaką, więc szansa, że wplączemy się w jakieś kłopoty była nikła. Miałem też bilety na ten mecz, dla mojego bossa Cally'ego i jego ziomka ,nota bene kibiców Man. Utd. Chociaż obaj w młodości służyli w Armii Czerwonej i pamiętali demolkę Norwich i zdobycie Saint Etienne, dawno już przeszli w stan spoczynku i byli szanownymi biznesmenami zbliżającymi się do 50.
Miałem vipowskie bilety, więc najpierw coś zjedliśmy i wypiliśmy parę drinków, a potem ja i Billy poszliśmy na nasz sektor, a moje wesołe manc-ziomki na swój. Tak na wszelki wypadek. Ku mojemu niewielkiemu zaskoczeniu, przegraliśmy oczywiście i wyszedłem parę minut przed końcem.Chciałem spotkać się z chłopakami i oddalić się w bezpieczne miejsce. Istniała szansa, że do czegoś dojdzie, bo United był na fali i dobra ekipka znów zaczęła się u nich gromadzić. Przed meczem pokazali, że są gotowi na sparing i nie zdziwiłem się wcale, gdy wychodząc przykukałem niezłą bandę od nas, czekającą za trybuną Park End. Takiego składu na Goodison nie mieliśmy od kilku ładnych lat. Psiarnia próbowała trzymać Manchester na sektorze, ale na nic się to zdało, bo wiele osobom od nich nie udało się wejść i oglądali mecz w the Arkles, niedaleko stadionu Liverpoolu. Starcia rozpoczęły się od kopa. Jeden typ z United Joe Brown, dostał bombę i zamielili go jako bonusik. Stwierdziłem, że pójdę się odlać i przy okazji rzucę z bliska okiem na to co się tam dzieje. Powiedziałem Billy'emu, że spotkamy się za chwilę pod klubowym sklepikiem. Widać było, że cała sytuacja mocno go stresuje.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
24-08-2018, 10:26 #90
United wyszedł ze stadionu i doszło do regularnej bitwy. Coś czego już dawno tutaj nie mieliśmy. Oni byli po jednej stronie dwupasmówki, a my przed nimi i obok. Trochę osób od nich przedarło się i znaleźli się za naszymi plecami. Wtedy zrobił się totalny kocioł, bo całe mnóstwo małolatów wypadło z Blue House'a i zaczęli rzucać szklankami do wszystkiego. Nikt nie wiedział kto jest kto, czego efektem był kompletny rozpiździej. To był akurat Halloween,ale tym razem nie było "Treats or tricks" w programie.
Wolałem się utlenić, bo gdyby mój pryncypał przyciął co się dzieje, wizja awansu, mogłaby się znacznie oddalić. Pewnie 20 lat temu, biegłby na czele bandy MU., ale w przeciwieństwie do mnie, jemu udało się dorosnąć. Psy próbowały odzyskać kontrolę i ruszyli na Everton, spychając nas w kierunku Everton Road. Pozostali otoczyli Manchester i próbowali ich eskortować na dworzec Lime Street. Znalazłem Billy'ego, (który z każdą minutą robił się coraz bledszy) i powiedział mi, że Cally i jego funfel, poszli do the Oak i spotkają się z nami później. Obiecałem jednemu znajomemu, że kupię koszulkę dla jego dzieciaka, więc powiedziałem Billy'emu, żeby poczekał moment i wszedłem do sklepiku. Spytałem się ochroniarza, czy jest osobna kolejka po koszulki i wskazał mi ogonek po prawej stronie, do którego dołączyłem. Postałem może z minutę, patrzę, a do środka wjeżdża dwóch psów z OSD (brytyjska prewencja) i targają mnie na zewnątrz. Myślałem, że to ochroniarz im mnie wskazał i gdy szliśmy koło niego, dostał ode mnie mały pocisk, ale okazał się sporzo, bo powiedział pałom - "On przyszedł tylko po koszulkę." . Dla psów bez znaczenia. Dostałem parę kuksańców, zdjeli mi skórzane rękawiczki i przeszukali. Rękawiczki wyjebbali na glebę, a mnie wyjebbali do suki. Cała ta afera rozyebała mi konstrukcję, ale śmiać mi się chciało, gdy w policyjnym vanie, posadzili mnie obok Joe'ego Browna, którego zawineli za to, że został znokautowany przez jednego z naszych. Jazda na komisariat Bridewell, była jak podróż ze snu chuligana. To, co normalnie trwa 10 minut,nam zajęło ponad godzinę, jako że byliśmy częścią eskorty Man. United. To było coś jak z filmu, jak gdyby policyjny van okazał się wehikułem czasu, który przeniósł nas do przeszłości. Sceny rozgrywające się na zewnątrz, przypominały dokładnie to, co zapamiętałem z lat siedemdziesiątych. United miał jakieś 200 głów. Everton też coś koło tego, ale byliśmy rozciągnięci po całej Scotty Road. Walki wybuchły na każdym rogu i na każdym skrzyżowaniu. Co chwilę strzelano z rakietnic. Po każdej szarży, następowała kontra rywali. I tak non stop, dopóki United nie dotarł do centrum. Ale nawet tam dochodziło do niewielkich, ale dosyć gwałtownych starć, pomiędzy mniejszymi grupami. Policyjny van, miał już wtedy komplet pasażerów. 18 zatrzymanych reprezentowało obydwie strony konfliktu. Joe i ja komentowaliśmy sytuacje i śmialiśmy się całą drogę. Na koniec zgodnie stwierdziliśmy, że tego dnia, ciężko było wskazać zwycięzców. Szacun.
Zamknęli nas wszystkich. Zdjeli odciski, porobili zdjęcia. Zwykłe pjerdolenie. Zamknęli mnie w celi samego i nawet mi to pasowało. Większość ludzi woli mieć jakieś towarzystwo pod celą, ale ja osobiście, jeżeli nie jest to jakiś mój ziomuś, to wolę już leżeć w samotności, niż z jakimś skoorwysynem, co będzie się na okręta wypłakiwał na brutalność policji, albo głośno zamartwiał, jak się wytłumaczy swojej doopie ze spóźnienia.Rozrywka żadna. Jak jestem sam, zrobię sobie parę pompek, albo się drzemnę na spokoju. Da się wytrzymać.
Kimnąłem i obudzili mnie koło ósmej. Zaprowadzili na recepcję, sierżant wypisał mi kwit.Section 5.-agresywne zachowanie. Może być, chociaż wolałbym "zakłócanie porządku". Wynik i tak pewnie będzie taki sam, czyli kolejna grzywna. Nie ma się co wykłócać i tylko zawyżać koszta sądowe, które potem spłyną na konto kolejnego chciwego prawnika. Wydatek duży, a efekt żaden. Zapytałem sierżanta, czy Joe'ego też puszczą, bo chciałem na niego zaczekać. Nie spotkało go tu zbyt gościnne przyjęcie, a samego, w drodze powrotnej mogło spotkać coś jeszcze gorszego. Nie chciałem, żeby się nadział na bandę nayebanych Toffees, co teraz wiraszą, a wcześniej jak była akcja, to się pochwali w the Winslow. Okazało się, że jestem ostatni, że wszystkich już puścili. Na odchodne, spytałem go jeszcze, czy wszyscy zatrzymani będą mieli sprawę i czy z tym samym zarzutem co ja. Wyraz zakłopotania pojawił się na jego twarzy i przez chwilę nic nie mówił. W końcu, przyznał niechętnie, że jestem jedynym oskarżonym, a wszyscy inni zostali zwolnieni z pouczeniem. Zapytałem zadziwiony dlaczego ja nie dostałem pouczenia. Powiedział, że system w komputerze za każdym razem odrzucał moje nazwisko a potem przyjechał pies ze specjalnej grupy kibicowskiej i powiedział, że dla mnie ma być sekcja piąta.
W poniedziałek poszedłem do prawnika i naświetliłem mu moją sytuację. Powiedział, żebym się nie martwił. Łatwo mu mówić. On nie musi się martwić kolejnym pobytem w pierdlu, ja tak. Czasy się zmieniły. Teraz były dwa wymiary sprawiedliwości. Jeden dla stadionowych chuliganów i drugi dla reszty społeczeństwa. Gdy 20 nayebanych bolków na wieczorze kawalerskim urządzi sobie mordobicie na Methew Street, dostają po 200£ i po sprawie. Chuligani mogą się spodziewać 18 miesięcy w zakładzie karnym. Nie kumam dlaczego tak jest. Awanti to awanti. Nie powinno być żadnej różnicy.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-08-2018, 10:33 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
24-08-2018, 18:20 #91
Powinno być jakieś prawo, które tego by zabraniało.
Wbiłem się w garniak i poszedłem na wagę. Po zastanowieniu, postanowiłem się nie przyznawać. Najpierw pogadałem z moim papugiem. Był przekonany, że nie mam się czym martwić i spytał się ile mam floty przy sobie. Powiedziałem, że trzy stówy. Doradził mi, żebym w takim razie uderzył do pubu, zjadł coś i wypił parę pajntów. Od razu mi się humor poprawi,a grzywna w wysokości 200£,to najgorsze co może mnie spotkać. Posłuchałem jego rady i poszedłem na szamę. Browary jednak sobie odpuściłem. Wróciłem na Dale Street grubo przed czasem i zobaczyłem mojego prawnika, jak maszeruje tam i z powrotem przed budynkiem sądu.Lekko nerwowym krokiem. Chciałem uciekać. Ledwo się opanowałem. Podchodzę do niego i pytam się co jest grane. Z kwaśną miną wyjaśnił mi, że prorok nie chce odegrać piłeczki, że nie będzie żadnej korzystnej oferty za przyznanie, a co najgorsze, że mają dość grube akta, w których wasz kochany autor przedstawiony został jako wyjątkowo niebezpieczny chuligan stadionowy kategorii C. To akurat już wiedziałem. Gdy pojechaliśmy na Barnsley, na początku roku, zrobiliśmy sobie przystanek w jakimś Wakefield, tamtejsze wąsy puściły wszystkich do pubów w mieście, natomiast ja, Kelly i Steve, usłyszeliśmy, że możemy się napić tylko w barze na dworcu, gdyż jesteśmy chuliganami kat. C i jako tacy nie mamy prawa wstępu na ich zasraną wiochę. Papug pocieszał mnie, że jeszcze nie jest tak źle, że gdybym był z kategorii B, albo A, no to wtedy mógłbym się spodziewać paru dni w pjerdlu na Walton ale z C, mam luz. Zdesperowany, próbowałem mu wytłumaczyć, że to właśnie kat. C to jest ta najgorsza, ale mnie zagadał, że on ma doświadczenie, on się zna na tym i ogólnie będzie dobrze. Miałem mu zaufać.
Poszliśmy do sądu. Zeznałem, że jestem niewinny i wyznaczono datę następnej rozprawy. Prorok pjerdolnął mowę jakim to jestem niebezpiecznym chuliganem, członkiem zorganizowanej grupy przestępczej i złożył prośbę o natychmiastowego bana dla mnie. Mój papug, chociaż zdawał sobie sprawę, że już raczej nie będzie mnie więcej reprezentował, wykłócił się, że taki ban, znacznie może skomplikować mi obowiązki służbowe, do których należy zapewnianie rozrywki klientom firmy podczas ich wizyt w mieście. Pokazał też mój karnet vipowski, na który zabieram gości firmy. Nie dostałem bana i dostałem bezwarunkową kaucję. Punkt dla obrońcy, ale i tak go zwolniłem. Chyba przyjął to z ulgą. Kradzieże sklepowe i jazda po pijaku, to była bardziej jego liga. Mój nowy prawnik to był prawdziwy skarb. Nie pjerdolił smutów, tylko od razu mi powiedział, że mam przeyebane. Wiedział, że mnie chcą wyrobić ze względu na moją przeszłość i moje dokonania. Potwierdził też, że jako hool z kategorią C, lecę na Walton prison, o ile nie uda mi się wywinąć wcześniej. Spędził całe godziny, przeglądając materiał dowodowy i przyznał, że nie jest za wesoło. Powiedział, że to będzie moje słowo, przeciwko słowom dwóch funkcjonariuszy OSD. W ich zeznaniach stoi, że byłem jak generał prowadzący gang Evertonu do boju. Obaj zeznali też, że widzieli mnie, jak kopię i biję pięściami Mancs'ów eskortowanych na dworzec. Tak dla jaj, zapytałem co by było, gdybym się jednak przyznał. Wytłumaczył mi, że to nie ma większego sensu. Przypomniał mi też, że po Bradford i Aberdeen, nie powiniem liczyć, że znów mi się pofarci.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 24-08-2018, 18:43 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
25-08-2018, 19:00 #92
Do procesu coraz bliżej, a ja sobie dalej chodziłem na mecze. Zbyt mądre to to nie było. Nie ulegało żadnym wątpliwościom, że jestem na celowniku. Sytuacji nie poprawiło nawet to, że nasz policyjny anioł stróż Paddy Cook, odstawiony został na bocznicę. Jego miejsce zajęła anielica Gill. Została specjalistką od chuligańskich afer na Goodison, po tym jak na wyjeździe na Derby County, ześlizgnęła się ze skarpy i pękły jej służbowe spodnie na doopie. "Kobieta na stanowisku faceta."-skomentował wtedy któryś z chłopaków. "Kobieta nosząca 14, wbiła się w 10"-dodałem gdy tak stała przed nami, z majtkami błyskającymi ze szpary w kroku.
Przypisano jej wszystkie zasługi za rozbicie naszej firmy i w ramach promocji wysłano do Londynu, gdzie zajmowała się chuliganką na meczach repry. Nie wiem czy to prawda, ale ponoć chooja zrobiła i niczym się nie wykazała. My po Aberdeen, zdecydowaliśmy się trochę odpocząć, a jedna z naszych czołowych postaci na poważnie zajął się obstawą bramek w mieście i zabrał ze sobą paru chłopaków. Wcześniej przez 2 sezony jeździliśmy praktycznie wszędzie i zrobiliśmy praktycznie każdego. Kto wymyślił, że to ona nas rozpracowała, nie mam bladego pojęcia.
Tydzień przed wagą, zadzwonił papug i spytał, czy się wybieram na mecz. Gdy potwierdziłem, doradził mi, żebym podbił do sklepiku, użył mojego uroku osobistego i pogadał z dziewczynami co tam sprzedają. Może, któraś mnie zapamiętała i wystawi mi alibi, chociaż na kilka minut. Może w sklepie był ktoś jeszcze, z kim policja mogła mnie pomylić. Chwilę przed końcem odpuściłem trybuny i poszedłem za radą mojego prawnika tam gdzie radził mi pójść. Od tamtego meczu z United minęło już trochę i tylko jedna laska pamiętała tamten incydent. Była strasznie młodziutka i momentalnie zestresowała się całą sytuacją, ale doradziła mi, żebym pogadał z typkiem odpowiedzialnym za ochronę sklepu. Wydzwoniła go i zjawił się po chwili. Nie bardzo wierzyłem, że ktoś piastujący takie stanowisko, będzie chciał pomóc, ale kolo okazał się bardzo w porządku i został moim bohaterem. Zdziwiłem się trochę, bo typ od kopa sobie mnie przypomniał. To właśnie z nim gadałem zaraz jak wszedłem do sklepu. Pamiętał dokładnie przebieg wydarzeń, a gdy mu powiedziałam co mnie potem spotkało, złapał się za głowę i nie mógł w to uwierzyć. Dałem mu numer do kancelarii mojego adwokata. Zapewniał mnie, że tyrknie na bank, ale jakoś dalej nie byłem przekonany, że coś z tego wyjdzie. Na to, że chłopina zjawi się w sądzie i będzie zeznawał w mojej obronie, nie liczyłem wogóle. Nie chciałem się rozczarować.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
26-08-2018, 14:19 #93
Rozprawa miała być w czwartek, a we wtorek zadzwonił papug i powiedział, że rozmawiał z ochroniarzem ze sklepiku, który nie tylko, złożył zeznania, ale też zobowiązał się przyjść na sprawę i powtórzyć je pod przysięgą. Miał być też mój ziomek Billy, ale on może jedynie potwierdzić, że nie byłem pijany i, że nie widział, żebym robił coś niezgodnego z prawem, lub coś takiego planował. Mój szef też zgodził się przyjść, potwierdzić, że on i jego kolega otrzymali odemnie bilety i oświadczyć, że jako kibic MU, nie wyobraża sobie, żebym mógł tamtego wieczoru, brać udział w jakichś walkach.
Zeznania bosa i Billy'ego, mogły pomóc i doceniałem to, ale tylko ochroniarz mógł mnie uratować.
Zwykle nie spinam się przed wagą, ale tym razem było inaczej. Tym razem, nic nie było tak jak powinno być. Niektórzy ludzie mogliby powiedzieć, że zasłużyłem na wszystko co mnie spotyka. Inni, żebym się nie rozczulał nad własną doopą, bo dostanę maks między 6 a 12 miesięcy. Pewnie, że tak. Uczciwie i sprawiedliwie.Przez lata dałem się poznać jako ten zły. Kara musi być i taki wyrok mogę odyebać stojąc na głowie. Ale nie o to tu chodzi. Nie mogłem się pogodzić z tym, że cała ta afera oparta jest na fałszu. Że fabrykuje się przeciwko mnie dowody i pomawia. Że robią to ludzie, którzy powinni świecić przykładem uczciwości. Dawać prawdziwe świadectwo, niezależnie od okoliczności. Być najgodniejszymi zaufania z pośród całego społeczeństwa.
Rozpoczął się proces i w pierwszej kolejności zeznawali jako świadkowie dwaj oficerowie z OCD. Powiedzieli wszystko co rzekomo widzieli i był to stek gównianego kłamstwa. Potem prorok przepytywał Billy'ego i sprytnie zrobił z niego kłamcę. To już była straszna choojnia. Nie znam drugiego tak uczciwego człowieka jak Bill. On po prostu nie potrafi skłamać. Tak po prawdzie, to chyba wolałbym, żeby go nie było na sprawie. Gdyby padło niewygodne dla mnie pytanie, on by się nie zawachał i odpowiedziałby zgodnie z prawdą. Nawet jeśli miałoby mnie to pogrążyć. Kiedyś w sylwestra, Billy tak się nayebał, że wypadł z lokalu przez balkon. Spadł na głowę jakiejś świni w futrze, co stała na dole w kolejce. Oboje zostali zabrani do szpitala z poważnymi obrażeniami. Nie musiał nic robić, tylko powiedzieć, że ktoś go popchnął. Sprawcy nigdy by nie ustalono, a Billy i ta kobita skubneliby trochę grosza z Funduszu dla Ofiar Przestępstw. Zamiast tego Billy oświadczył, że to było wszystko jego wina i musiał z własnej kieszeni wybecelować osiem koła odszkodowania dla tej laski. Skoro Billy nie chciał sam siebie wybielić, dlaczego miałby to robić dla mnie?
Oskarżenie złożyło pozytywnie rozpatrzony wniosek o odrzucenie zeznań mojego szefa, jako, że nie był świadkiem zdarzenia i nie było go na miejscu. Wtedy przyszła kolej na mnie i prokurator dobrze po mnie pojechał. Nazwał mnie kłamcąy, a mi nawet spuszczone uszka nie zadyndały. Nie mogłem nawet pisnąć, bo w każdej chwili mógł przywołać całą listę moich wcześniejszych grzechów. Długą listę. W sprawie orzekał magistracki sędzia kwalifikowany. Nawet się ucieszyłem, pomimo moich niemiłych doświadczeń po Arseanalu. Wolałem takich wyuczonych. Oni przynajmniej nie dają sobie makaronu na uszy nawijać. Nie jak te tępe społeczniaki co sobie cały czas jęzorem dłubią w zębach i nie słuchają co kto w ogóle mówi. Na koniec walą ci młotkiem 12 miechów z automatu i idą sobie na lunch. I lajcik. Przecież policja by nie kłamała.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
26-08-2018, 21:51 #94
Stałem tam i myślałem, że już po mnie. Wtedy na salę sądową raźnym krokiem wszedł "mój ochroniarz" ze sklepiku i od razu rwie się do składania zeznań. Mój adwokat powołał go na świadka. Typ podszedł do barierki. Miał na sobie długi płaszcz Evertonu, taki jak nosili w tamtych czasach trenerzy. Mógłbyś przysiąc, że oto znany menadżer, wchodzi na murawę Wembley ze swoją drużyną. Wyglądało to jak żywcem wzięte z teleturnieju It's a knockout, kiedy drużyna grała jokera (popularny bryt. quiz-show TV. Startowły w nim drużyny reprezentujące swoje miasta. Zagranie jokerem dawało możliwość podwojenia zdobytych punktów). Im bardziej prorok próbował go zmanipulować i poddać wątpliwości jego zeznania, tym on zaperzał się jeszcze bardziej i prostował wszystko, by nie zostawić cienia wątpliwości. Gdy osksrżyciel próbował mu wmówić, że źle oszacowł czas jaki upłynął od mojego wejścia, do momentu gdy wybiegli za mną policjanci, mój dzielny szef ochrony sklepu z pamiątkami klubowymi Everton FC, po prostu go wyśmiał. Powiedział, że nie ma mowy o pomyłce i na pewno nie były to 3 sekundy jak sugerował mu prokuratur, raczej trzy minuty. W każdym niemalże zdaniu przynajmniej raz podkreślał, jaką ważną pozycję zajmuje w klubie, jak gdyby dawał sędziemu do zrozumienia, że podważanie jego słów to jakaś niedorzeczność i kompletna strata czasu Widziałem, że wśród publiczności, wielu osobom dolne uzębienie się opuściło. Nie mogli uwierzyć, że ktoś taki, zeznaje na moją korzyść.Opowiedział wszystko tak jak było. Od początku do końca. Sędziemu nie chciało się robić nawet żadnego uzasadnienia. Oddalił pozew, równo z oddaleniem się świadka od barierki. Podziękowałem mu, po czym sprintem pobiegłem naciupać temu koniobijcy, prokuratorowi. Nie za to, że miałem przez niego przeyebane, tylko za to, że nazwał mojego ziomala Billy'ego kłamcą. Wredny choojek. Wszyscy uderzyliśmy na miasto do Chińczyka, by fetować zwycięską batalię. Zaprosiłem też oczywiście mojego wybawcę, szefa ochrony sklepiku. Grzecznie odmówił. Uścisnąłem mu witę i podziękowałem. Zapytałem jeszcze, czy zaakceptuje chociaż dobrego drina na mój koszt. Ponownie odmówił. Wyjaśnił mi, że nie czuje się jakby zrobił coś wielkiego. Po prostu powiedział prawdę. Nie ważne co sobie teraz myśli o mnie, nie dbam o to zupełnie, ale mogę go zapewnić, że tamtego dnia powiedział prawdę.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
27-08-2018, 13:45 #95
poniedziałek lub wtorek
Jak powiedział kiedyś kapitan Tytanica "Nigdy nie przestanę się dziwić temu, jak najspokojniejsze dni i podróże, potrafią zakończyć się katastrofą." Gdyby był kibicem Evertonu, pewnie miałby na myśli nasz wyjazd na Middlesbrough, parę sezonów temu. To było już po tym, gdy meczom tych dwóch zespołów, towarzyszyły sceny gwałtu i przemocy. Brutalne walki i liczne ofiary. Jednak tamten mecz z jakichś powodów, element chuligański akurat sobie odpuścił. Zwykle nawet jak firma nie jechała, to ja i tak się wybrałem,więc naruchałem jakiś transport i udałem się w podróż na mecz. Nie miałem najmniejszego zamiaru wplątywać się w cokolwiek. Nie jestem jakimś super-hero. W Boro jest ciekawie jak jedziesz ekipą. Samemu, tylko samobójca chciałby szukać wrażeń. Ja nie miałem myśli samobójczych. Miałem nadzieję, że będzie spokojnie. Niewielką, ale zawsze coś.
Zajechaliśmy wcześnie i bezboleśnie. Wypiliśmy parę drinków poza centrum i 5 minut przed meczem weszliśmy na stadion. Czasami tak trzeba i każdy kto twierdzi, że nigdy nigdzie tak nie jeździł z cichacza, jest albo kłamcą, albo Cockneym. Właśnie wchodziłem, gdy pojawiła się ta mała, ale wypasiona ekipka. Rozkminili mnie w momencie i zawołoli po nazwisku. W porządku kolesie. Przez lata jeżdżenia tam, popoznawałem ich główne twarze, tak samo jak oni nas.Zwykła gadka, to samo gówno co zwykle. "Gdzie twoje chłopaki?", "Co się z wami stało po meczu, w zeszłym sezonie na Goodison?", "Powiedz typowi co pochlastał Freda w '84,że jak go trafimy to nie żyje."Nurzące, co nie? Ja zawsze od nich robię się śpiący. Jako, że byłem sam jeden, zaproponowali mi olać mecz i uderzyć z nimi na bronka. Pomimo, że lubię alkohol i że po tych wszystkich stoczonych bitwach takie zaproszenie to był miły gest, nie zdecydowałem się go przyjać. Tak w razie "w". Wynik był 1:1 i zostało dosłownie parę minut. Przepchałem się do przodu by być gotowym do odlotu, a tu Boom! Franny Jeffers strzela gola i sędzia już nawet nie wznawia gry. Rozradowany strzelec bramki biegnie sprintem pod nasz młyn. Przyznam, że na paru ważnych meczach, wznieciłem się po golach dla nas i w euforii lądowałem na murawie. Jednak trzy punkty na Boro, jak dla mnie, do takich okazji raczej się nie zalicza. Dla mnie może nie, ale dla paru osób za moimi plecami, jak najbardziej. Wypchnięty, wraz z jakąś 20,znalazłem się na murawie. Na murawie, ale na pewno nie na boisku. Barier już nie było, a my ledwo przekroczyliśmy płotek odgradzający trybunę od boiska za bramką. Pomogłem jakiemuś dzieciakowi, przenosząc go z powrotem nad reklamą. Nagle łapie mnie jakiś mega-agresor steward i zaczyna się do mnie srać. Nieelegancko bardzo. Powiedziałem mu, żeby się odyebał, bo dostanie pstryczka w nos. Myślałem, że to koniec afery. Tak mi się wydawało. Ruszyliśmy do wyjścia. Boro zaatakowało kilku pierwszych wychodzących. To nie były chłopaki z ekipy, ale nie mieli nic przeciwko. Zaraz jednak wjechały psy i zaczęły psikać gazem. Zrobiło się trochę nerwowo. Czekałem przy wyjściu, bo wdychanie gazu do przyjemności nie należy. Nagle z doopy pojawia się pała i mnie zwija. Ki chooj? Nie podniosłem nawet głosu na niego, a co dopiero ręki.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 27-08-2018, 18:22 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
28-08-2018, 12:38 #96
Od nowa to samo. Rutynowa wizyta na dołku.Bez szans na oficjalne ostrzeżenie. Sprawa zostaje skierowana do sądu. Zarzut-Zakłócanie spokoju. Powrót do Boro we wtorek,a akurat zaczął się strajk paliwowy. Chyba naszczam do baku. Zayebiście. Typy, z którymi przyjechałem, czekali na mnie pod komisariatem. Jedyny bonus, że przynajmniej do domu wróciłem bezproblemowo. Towarzystwo było dobrze zrobione i kierowca nie miał z nimi łatwo. Jak on to znosi co tydzień? Ja bym tak chyba nie mógł. Niedobory w zaopatrzeniu w paliwo, praktycznie sparaliżowały kraj, a jazda transportem publicznym do Boro.. Ja pjerdole. Już chyba lepiej było iść na nogach. Razem z moim adiutantem Pud'em, wbiłem się w pociąg o wpół do siódmej z Lime Street. Przesiadka w Manchesterze, potem w Yorku i przed czasem jesteśmy na miejscu. Teraz tylko formalności i tradycyjna stówa grzywny od emerytowanego nauczyciela, który pewnie gdyby mógł, przełożyłby mnie przez kolano i zlał swoją trzcinką. Wyszliśmy z dworca i hmm... Gdzie teraz? Dałem Pud'owi wezwanie do sądu, żeby się wywiedział na postoju taksówek, gdzie to jest, a sam wbiłem do pubu się odlać. Gdy wyszedłem, Pud już czekał, z tradycyjnym - 2 wiadomości. Dobra i zła. Dawaj, kolejność obojętna. Dobra była taka, że budynek sądu, był oddalony o 5 minut spacerkiem. A zła taka, że miałem tam być wczoraj.
Do dzisiejszego dnia, nie wiem jak ja to poyebałem. Na wezwaniu stało czarno na białymTongueONIEDZIAŁEK. Poszliśmy do sądu i udawałem pełną nieświadomość mojego 24 godzinnego spóźnienia. Dyżurny prawnik, powiedział, że jest już nakaz mojego aresztowania i doprowadzenia do sądu, ale spróbuje to anulować. Trzymali mnie, dopóki nie odbędą się wszystkie zaplanowane posiedzenia i dopiero o wpół do siódmej, stanąłem przed specjalnym sądem.
Sędziowie i prokuratorzy są przeważnie wredni sami w sobie, ale głodni, zmęczeni i z pustym bakiem, są koorewskim zagrożeniem dla społeczeństwa i te skoorwysynki nie były żadnym wyjątkiem. Mój adwokat chciał, żeby sprawę załatwić szybko i sprawnie, jeszcze tego samego dnia. Powiedział, że inni oskarżeni za tamten mecz, wszyscy z podobnym zarzutem, otrzymali dzień wcześniej grzywny. Maksymalna 200£.Prorok nie chciał się na to zgodzić, twierdząc, że nie miał czasu na zapoznanie się z aktami. Poprosił o odroczenie. Mój prawnik próbował się spierać, ale chooja zdziałał. Na koniec sędzia oznajmił mi, że sprawy nie może rozpatrzyć i przekłada ją na inny termin. Od nowa to samo. Pamiętam, że myślałem wtedy, że gdybym miał ostatni galon benzyny, jaki został w tym kraju, to spalił bym ten pjerdolony sąd do fundamentów.
Mój papug, tak przy okazji, robił mi przysługę i to grubą, bo był tylko dyżurnym i fajerant miał już o siedemnastej. Poprosił w takim razie sędziego, by przynajmniej odroczył o parę tygodni, zanim sytuacja w kraju nie wróci do normalności i poruszanie się po kraju przestanie być zadaniem specjalnym. Chyba były powody żeby prosić o coś takiego. Sędzia się chwilę zastanawiał, ale bardzo krótką chwilę i kazał mi wrócić w pjerdoleny czwartek. Mój prawnik zaczął świrować i chwała mu za to, ale ponownie chooja zadziałał. No to do czwartku.
Dwa dni później pokonałem ten sam dystans, tylko po to, żeby się dowiedzieć, że akta jeszcze nie są gotowe i sprawa ponownie zostaje odroczona o miesiąc. Płakałem w duszy rzewnymi łzami. Wśród warunków kaucji nie było zakazu stadionowego, więc na mecze mogłem chodzić. Srałem na całą resztę. Jedyny pozytyw tego wszystkiego był taki, że postawa sędziego, który na każdym kroku próbował zmienić moje życie w koszmar, tak podkoorwiła tego dyżurnego papuga, że zobowiązał się mnie reprezentować do samego końca i nie dopuścić by spotykały mnie kolejne krzywdy ze strony sądu. Jeździłem tam jeszcze trzy razy. Specjalne akta, na które czekał prorok, to było kilka niewyraźnych zdjęć na których widać jak rozmawiam z typami z Boro. Oskarżenie nic tak naprawdę na mnie nie miało. Sąd nałożył na mnie tylko nakaz trzymania się zdala od miasta. Też mi coś. Bardziej zabolały mnie ceny biletów kolejowych i stracone dniówki. Pół roku i nakaz trzymania się zdala. Kuriozum, co nie?
Historia ta, jest doskonałym przykładem, jak wszelkie reguły są przez władze naginane, gdy przychodzi do rozprawy z chuliganką. Powiem wam coś. To nie jest koorwa w porządku. Ale jak to mówią, każda opowiastka piwinna mieć morał. Ta akurat, ma nawet dwa.
1.Zawsze dokładnie czytaj wezwanie do sądu, żeby ci się termin rozprawy nie pomylił, tak jak to mnie się zdarzyło.
2.Nie daj się zwinąć w przeddzień strajku rolników paraliżujących cały kraj, z powodu ceny jednego galona ropy.
Przy okazji. Gdybyście nie daj Boże, wpadli w jakieś kłopoty w Middlesbrough i potrzebowali prawnika, zawsze korzystacie z usług Kancelarii Hope & Matthews doradztwo. Pytajcie o Simona Walker'a z Appleby. Mam nadzieję, że dzięki tej reklamie skubnie trochę floty. Bo zapomniałem mu zapłacić.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-08-2018, 18:06 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
29-08-2018, 20:32 #97
Winny
W sądzie każdy potrzebuje odrobiny szczęścia. Ale oprócz tego, potrzebujesz jeszcze dwóch rzeczy, bez których nawet jak będziesz miał szczęście słynnego Luciano i wszystkich innych farciarzy świata, nic ci to nie pomoże.
Potrzebujesz dobrego prawnika. Kilka razy wychodziłem z sali sądowej mocno rozczarowany wyrokiem i było to zasługą typa, który mnie reprezentował, a jedyne na czym się znał, to wykłócanie się o mikrofale i odtwarzacz video, podczas spraw rozwodowych. Niektórzy po prostu łapią się za rzeczy, o których nie mają pojęcia i ich nie potrafią. Często dlatego, bo pochodzą z innego środowiska i żyją na zupełnie innej planecie. Gdybym słuchał moich prawników, za każdym razem gdy doradzali mi przyznanie się do winy, prawdopodobnie do tej pory przebywałbym w jakimś zakładzie karnym. Są tacy, co nie lubią się przemęczać i już w porze lunchu sączą swój Gin&Tonic z prorokiem. Ty w tym czasie jesteś już w drodze na Scrubs (więzienie na londyńskim Acton). Łatwo takich rozkminić i podczas moich batali sądowych, zwolniłem paru w przeciągu kilku minut. Zanim skończą czytać akt oskarżenia, już mają na końcu języka "Gdybym był w pańskiej sytuacji...", ale nie jesteś, więc wypjerdalaj. Zwalniam pana.
Musisz też mieć jaja. Im większe, tym lepsze. Stać przy barierce metr od typa, który właśnie próbuje cię posłać do pieca, a jego garniak wygląda jakby miał za chwilę eksplodować. Patrzyć w oczy 12 przysięgłym, co to łykają każde słowo wyczytane w the Sun i gdyby tylko od nich to zależało, zostałbyś stracony publicznie. Te rzeczy tylko z pozoru wydają się być łatwe. Jeszcze trudniej opanować emocje. Nie skoczyć przez barierkę do gardła psa, który właśnie składa oszczercze zeznania przeciw tobie. Dopaść skoorwysyna i dusić. Musisz się z tego wszystkiego wyłączyć, uwolnić umysł i skupić się na przekonywaniu różnych nieznanych ci ludzi, że kompletnie nic nie masz na sumieniu. Niezależnie od tego, czy masz, czy nie.
Są jednak sytuacje, kiedy musisz pochylić głowę i przyjąć na klatę, piwo z własnego browaru. Pomimo niepewności i obaw co do kary. Bo, że kara będzie, to już jest pewka. Znam chłopaków, co nigdy do niczego się nie pucują i są zwykle do przodu stosując taką taktykę. Pamiętać jednak trzeba, że szczęśliwa passa, nigdy nie trwa wiecznie. Gdy w końcu opuści cię pani Fortuna, od razu wpadasz pod pociąg ekspresowy. Żeby była jasność. W sądzie koronnym jak nie przyznajesz się do winy i przysięgli uznają cię winnym, to dostajesz z dubeltówy. Już wtedy nie ma przeproś. Po pierwsze, na koszt podatnika, chciałeś się wymigać od kary. Po drugie, w oczach sędziego jesteś nie tylko sprawcą zarzucanych ci czynów, ale jeszcze dodatkowo okazałeś się kłamcą. Bezwstydnym oszustem, nie posiadającym krzty odwagi by ponieść konsekwencje za popełnione przestępstwo. Dwa razy znalazłem się w takiej sytuacji, gdy do wyboru miałem urok, albo sraczkę. Zmieniałem zdanie chyba z tysiąc razy by ostatecznie podjąć decyzję o przyznaniu się. Nigdy nie przychodziło mi to łatwo.

ŚWIEŻO MALOWANE



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
30-08-2018, 19:15 #98
Pierwszy raz to było po idiotycznym incydencie drogowym, na Leyton Orient. Drugi raz, to był jeden z moich najpoważniejszych konfliktów z prawem, gdy po przedsezonowym meczu towarzyskim w Aberdeen, zostałem oskarżony o zamieszki i nielegalne gromadzenie. W każdym z tych dwóch przypadków, prawnicy radzili mi przyznanie do winy i normalnie bym sobie tym głowy nie zawracał. Ale tak jak napisałem. Są sytuacje gdzie można liczyć na farta i sporo wygrać. Są też jednak takie, gdy bukmacherzy nie przyjmują zakładów na to, że wyjdziesz wolny i tak było ze mną na Orient i w Aberdeen. Stawki na to ile posiedzę, były za to dość wysokie. 12 miesięcy przed sądem magistrackim na Orient i ciutkę więcej przed szeryfem High Court w Aberdeen, gdzie, co potwierdził, każdy jeden prawnik z jakim gadaliśmy, w przypadku uznania nas winnymi, istniała realna groźba wyłapania 7 lat. Jedyną naszą szansą, było przyznanie i oczyszczenie się przed sądem. Uwierzcie, nie było łatwo i po dziś dzień mam ciary na samo wspomnienie. Dobrze, że w każdej z tych spraw, miałem doskonale rozeznanie. Inaczej byłoby mi jeszcze trudniej.

Orient
Wiecie jak to jest, jak są takie miejsca, gdzie nie powinniście iść, albo jechać, ale prędzej, czy później jednak tam lądujecie. Później żałujemy i przypominamy sobie złe przeczucie, które tak beztrosko zignorowaliśmy, a które ostrzegało nas przed miejscówą gdzie czaiły się na nas kłopoty. Dokładnie tak było ze nie, gdy obudziłem się w celi, gdzieś w Londynie, 6 godzin po tym jak zostałem aresztowany, za przyjebbanie w zęby pyskatemu Cockneyowi o nazwisku Colin Walter Read.
Zaczęło się od wieczornej robótki, po której ja i dwóch kumpli,Shaun i Falco, poszliśmy się trochę zrelaksować. Na koniec wylądowaliśmy w smażalni, gdzie spotkała się zwykła mieszanina browców, małolatów szukających ofiary do spuszczenia wpjerdolu i nayebanych, samotnych matek, szukających księcia Czarującego. Gdy resztki wodnistego sosu curry, wylane zostały na ostatnie frytki z frytownicy, przycieliśmy paru typów, znanych nam dobrze, idących na pociąg. Powiedzieli nam, że mają podrobione bilety kolejowe i jadą do Londynu, o północy, na Euston. Pomysł wydawał się być przedni, więc i my wskoczyliśmy do pociągu odjeżdżającego z Lime Street. Nie wiedziałem tylko, jaki był cel tej podróży. Prawdę mówiąc to do dzisiaj nie wiem. Popijaliśmy w wagonie restauracyjnym, do samego Londonu.Na miejscu, uderzyliśmy prosto na market owocowo-warzywne, bo tam puby otwierają już o świcie dla zjeżdżających się całą noc handlarzy. Nie mieliśmy kłopotów z wmieszaniem się w tłum. O dziesiątej byliśmy już dobrze zrobieni i większością głosów 2:1,zdecydowaliśmy się na powrót do domu Falco miał jeszcze ochotę na parę browarów i zabawę w stolicy do samego wieczora,co było u niego normą, ale nie miał na to kasy, więc był zmuszony wracać z nami. Gdy czekaliśmy pod dworcem, nagle pojawiło się całe mnóstwo chłopaków. Znałem paru z nich i wiedziałem, że są z Wrexham. Okazało się, że grają mecz na Leyton Orient. Znalazł się więc powód, żeby zostać. No to odłożyliśmy plany powrotu na czas nieokreślony. Zwłaszcza, że znalazło się paru frajerów, ochoczo sponsorujących wiecznie niedopitego Falco.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-08-2018, 19:20 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
31-08-2018, 18:11 #99
O w pół do drugiej, nie widziałem już, czy jestem jeszcze na Leyton Orient, czy już na oriencie gdzieś w Azji. Niezbyt roztropnie, zdecydowaliśmy się wysiąść z metra na Leytonstone i iść w stronę stadionu. Wszystkie puby po drodze były jeszcze zamknięte, bo to było jeszcze za czasów, gdy alkohol sprzedawano od 15.
Może i byłem dobrze zrobiony, ale na brak kultury i chamstwo, reaguję zawsze stanowczo, niezależnie od ilości spożytego alkoholu. Gdy przechodziliśmy przez skrzyżowanie, jakiś błazen ze stojących w kolejce pojazdów, zaczął trąbić na starszą kobietę i jeszcze jej nawrzucał, żeby się szybciej ruszała Wierzyć mi się nie chciało w to co widzę i słyszę. Nie mogłem przejść obojętnie, wobec takiego zachowania. Opanowałem się jednak i tylko gdy kolo przejeżdżał, nazwałem go tak jak sobie na to zasłużył.Koniojebcą. To co nastąpiło potem, wywołało u mnie głęboki szok. Typ zatrzymał się, wychylił przez okno i napluł na mnie. Podejrzewam jednak, że i on był niemniej zszokowany odemnie, gdy już schował się do swojej złomowatej Cortiny i chciał odjeżdżać, gdy przez jego otwarte okno do kabiny wleciał mój prawy hak i czyściutko siadł mu na szczene.
Gdy podeszliśmy pod stadion, od razu mnie zawineli i odstawili na lokalny komisariat. Policjanci z patrolu, nadziali się na nas wcześniej. Do samego stadionu śledzili ekipę Wrexham. Widzieli jak uśpiłem narwańca za kierownicą i pod stadionem dali znać komu trzeba. Trudno się mówi. Specjalnie nie czułem się zdruzgotany. Gdy już znalazłem się w celi, uciąłem sobie drzemkę i dobudzili mnie na przesłuchanie dopiero po 6 godzinach.
Próbowali mi przybić pobicie na tle futbolowym. Typek się zgłosił na psy i zeznał, że jak przejeżdżał, to cała grupa coś skandowała. Wtedy zaczęliśmy kopać jego auto, a gdy się zatrzymał i wysiadł, został uderzony w twarz.
Baja straszna, ale nic się nie odzywałem. Na żadne z zadanych mi pytań nie odpowiedziałem. Puścili mnie o 22.W ostatniej chwili, żeby jeszcze złapać jakiś pociąg. Ucieszyłem się gdy zobaczyłem Shaun'a, którego też zamielili. Nie żebym był jakimś zawistnym sukinsynem i cieszył się czyimś niefartem, ale zawsze to jakieś towarzystwo w drodze do domu. I z powrotem do sądu też.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-08-2018, 19:06 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!

the Painter
Liczba postów:914 Reputacja: 3,265
31-08-2018, 23:03 #100
Radość niespodziewana, acz krótkotrwała. Okazało się, że jak czekał na mnie, próbował wyciągnąć kosę, ze specjalnego kontenera, do którego nawróceni nożownicy, mogą anonimowo i bez konsekwencji wrzucać przedłużacze. Dostał jednak za to tylko ostrzeżenie i tydzień później do sądu musiałem jechać sam. A, i jeszcze bilet powrotny musiałem mu kupić, bo te nasze podrabiane, skroiła policja, a on już od rana nie śmierdział groszem.
I znów wszystko zgodnie ze schematem. Najpierw jazda tam i z powrotem na posiedzenie wstępne. Przyznaje się? Nie przyznaję. Odroczenie. Potem kolejne. Strata kapuchy zanim w ogóle wyznaczono datę pierwszej rozprawy. Zarzuty to:ABH (sekcja 47 Przestępstwa przeciw zdrowiu. Uszkodzenie ciała. Do 5 lat. Ciężkie uszkodzenie to GBH) i uszkodzenie własności prywatnej. Że niby skopałem mu tego złoma. Typowy Cockney, co się połakomił na parę stów odszkodowania. Bardziej przepadlisty, niż czterech pazernych i pies. Jakbym skopał tego paścia, to już złomiarz by musiał go lawetą z tamtąd zabrać. Nawet gdybym mu wrzucił do środka koktajl Mołotowa, to zniszczenia nie przekroczyłyby raczej 200£.
Moim największym powodem do zmartwień, było to, że dopiero co wyskoczyłem z puszki parę miechów wcześniej i jeśli dodadzą sobie 2 plus 2, to wyjdzie im pięć, biorąc pod uwagę, że sprawa dotyczy stadionowego chuligana. Jeżeli tak by się stało, to mogłem znowu wjechać na pawilon,. Tym razem już na 12 miesięcy, albo coś w ten deseń. Właśnie to nie dawało mi spokoju i sprawiło, że w końcu zmieniłem zdanie i odnalazłem w sobie poczucie winy. Jeśli się przyznam, nie będą wzywać tego frajera do sądu. Nie będzie mu dane przedstawić długiej listy uszkodzeń, jakie spowodowałem w jego bezusterkowej, super-zadbanej Cortinie. A jestem pewien, że tak właśnie by było. Pewnie jeszcze jego narzeczona, przypomniałaby sobie, że była wtedy pasażerką i na widok tych wszystkich okropnych scen, poczuła mdłości i omal nie wymiotowała. Pewnie biedactwo do dziś ma flashbacki i cierpi na bezsenność, z którą chodzi do lekarza.
Wróciłem więc do sądu i oznajmiłem, że zmieniam swoje oświadczenie na "winny", czym wprawiłem wszystkich w głębokie osłupienie. Gdy jeszcze okazało się, że zarzuty kryminalne (uszkodzenia ciała), zostały odrzucone, przestałem sobie tą całą sprawą doopę zawracać. Poczułem się lepiej na wieść o tym, że chytry skoorwiel, nie zobaczy nawet złamanego pensa. Moja pani adwokat, okazała się gwiazdą. Nie tylko na sali sądowej, ale tak ogólnie też. Z wyglądu. Uświadomiła mi na samym początku, że w związku z tym, że dopiero co zostałem zwolniony z więzienia, to jeśli zostanę uznany winnym,6 miechów wyłapuję od kopa. Minimum sześć. Pewnie gdybym się położył, to nie jedną pamięciówe bym puknął, pod moją panią mecenas w jej obcisłym garniturku w paseczki. W sądzie zebrała wszystkie sztychy. Miała zayebistą bajerę i o futbolu nie było w ogóle mowy. Przekonała też sędziego, że powód to nie żadna ofiara, ale znerwicowany agresor drogowy. Powiedziała mi też, że biorąc pod uwagę moje wcześniejsze grzeszki, powinno się skończyć na grzywnie. Też bym sobie tego życzył.
Moje życzenie się spełniło. Sędzia docenił moją uczciwość. Pojechał po poszkodowanym jak po burej córce psa, odnosząc się do jego zachowania i powiedział mi też, iż to, że zostałem opluty, już samo w sobie, czyni ze mnie ofiarę napaści i powinienem złożyć pozew w tej sprawie, przeciw Colinowi Walterowi Read. Najlepsze przyszło jednak na koniec. Gdy przed ogłoszeniem wyroku, wysoki sąd zapytał czy miałem coś wcześniej na sumieniu. Odczytano mu, że parę razy zdarzyło mi się zakłócić porządek publiczny po pijanemu, w przeciągu kilku ostatnich lat i gdy czekałem na finał o mojej dopiero co zakończonej odsiadce, nie doczekałem się. Nie wspomniano o tym ani słowem.
Byłem wniebowzięty. Sędzia pouczył mnie, że sam rozumie jak ciężko na codzień mieć doczynienia z takimi tłustymi wrzodami jak mr. Read, to jednak nikt (oczywiście oprócz niego i jego kolegów po fachu), ale to nikt, nie powinien się brać się za wymierzanie sprawiedliwości własnymi rękami. Znów musiałem przyznać, ale już nie się tylko rację sędziemu. Czułem, że ma nie tylko rację, ale i odrobinę sympatii dla mnie, i że nie muszę się obawiać, że czekają mnie samotne dni pod celą i samotne noce z panią adwokat, co noc wyszukiwaną w mojej wyobraźni.
Rację miałem i ja. Zamiast odsiadki, kilka stów grzywny i tylko pięć dych odszkodowania dla powoda, za uderzenie pięścią. Chciałem zkontemplować, że gdybym wiedział, że będzie tak tanio, to bym mu yebnął przynajmniej raz jeszcze, ale w porę ugryzłem się w język. Wisienką na torcie, był buziak od panny W. paseczki przy wyjściu z budynku. Zaproponowałem jej lunch, ale odmówiła. Trudno. Najważniejsze, że jestem wolny i wracam do domu. Szkoda tylko, że.. bez niej.

ŚWIEŻO MALOWANE
Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-09-2018, 15:12 przez the Painter.



I raz i dwa i trzy. Jadą na mecz wiślackie psy.
Wkurwe ich. Wkurwe psich, wytrysków jebbanych.
I raz i dwa i trzy! My na przystanku czekamy.
Tak to My. Hycel squad. Litości nie znamy!






Skocz do: