Witaj! Logowanie Rejestracja
Za gatki



maczcz
Liczba postów:186 Reputacja: 363
03-02-2017, 13:46 #981
Zabawa-zagadka krążąca po sieci. Morderstwo czy samobójstwo? spróbuj znaleśc dowody
[Obrazek: FcP2TTl.jpg]



"Hasłem naszym jest Cracovii chwała!"
[Obrazek: 2rclo1z.jpg]
narkomani są genialnymi muzykami.


Geopijatyk-Fan Oderki
Liczba postów:703 Reputacja: 318
03-02-2017, 14:05 #982
Ja raz przyszedłem z qmplem do Kavika w celach rewindykacyjnych. Było trochę szarpaniny w przedpokoju. Stłukła się jedna doniczka i to wszystko. Po naszym odejściu Kavik zdemolował sobie mieszkanie, po czym wezwał policję.



Za treść postów mojego męża nie odpowiadam.

Barbara M.M.

Bucky Nome
Liczba postów:2,072 Reputacja: 495
03-02-2017, 15:29 #983
Zabawa-zagadka krążąca po sieci. Morderstwo czy samobójstwo? spróbuj znaleśc dowody

Prawdopodobnie morderstwo upozorowane na samobójstwo:

Nie da się tego jednoznacznie wykazać jedynie na podstawie obrazka. Należałoby upewnić się co do prawo/leworęczności i czasu zgonu.
Jeśli denatka była leworęczna i/lub zginęła po ciemku - na pewno morderstwo
Jeśli denatka była praworęczna i list napisała gdy było jasno oraz siedziała tyłem do okna - możliwe samobójstwo
Przypuszczalny języczek u wagi: umiejscowienie papierosa i stan spalenia papierosa w dłoni



gargamel9998
Liczba postów:6,117 Reputacja: 4,527
03-02-2017, 23:04 #984
Brak drugiego kapcia i przewrócone krzesło - zamordowana klocila się z kimś (szamotanina)



13 czerwca - Pamiętaj, abyś dzień święty święcił

"Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz"

Cracovia i Polonia - ślubowały sobie wierność do samego końca

Geopijatyk-Fan Oderki
Liczba postów:703 Reputacja: 318
17-08-2018, 16:31 #985
Zamieszczam opis fikcyjnej wycieczki do Krakowa w której biorą udział: Arek Bijak, Edek i ja. Waszym zadaniem jest odnaleźć merytoryczne błędy w tym tekście, które celowo zrobiłem. Na razie pierwsza część, po której nastąpi druga. Miłej zabawy.


Postanowiliśmy odwiedzić Kraków. Ostateczna decyzja w tej sprawie zapadła w sobotę tuż przed północą, w wodzisławskim barze Barbarossa, kiedy mieliśmy już dość piwa i trzeba było rozejść się do domu. Wybór padł na następny weekend, na ostatnią sobotę czerwca. Ponieważ w linii prostej, w przybliżeniu wzdłuż 50 równoleżnika szerokości północnej, z Wodzisławia do Krakowa jest około stu kilometrów, postanowiliśmy przeznaczyć na ten cel tylko jeden dzień. Każdy z nas był w Grodzie Kraka nie jeden raz, a ja – wliczając w to nie tylko okres studiów, ale i pokątne mieszkanie w różnych ciekawych i mniej ciekawych miejscach, związany byłem bezpośrednio z tym miastem co najmniej kilkanaście lat. Wliczając efemeryczne odwiedziny, powiedziałbym nawet, że prawie ćwierć wieku. Nie było więc potrzeby dokładnego zwiedzania miasta, mogliśmy sobie podarować oglądanie zabytków, wizyty w muzeach, uczestnictwo w imprezach kulturalnych. Cała wycieczka miała być krótką, jednodniową impresją. Ot, spacer starymi ulicami, połączony z wypiciem kilku piwek, zrobieniem paru zdjęć, zakupem jakiegoś drobnego prezentu dla najbliższych. Jeżeli opuści się Wodzisław wczesnym rankiem i wróci do niego późną nocą, na tak pojętą „wycieczkę” po samym Grodzie Kraka pozostanie dobrych dwanaście godzin, czas dla zrealizowania takich skromnych celów zupełnie wystarczający.
W następną sobotę, wczesnym rankiem, spotkaliśmy się na peronie dworca kolejowego w Wodzisławiu. Arka przywiozła żona, ja przyjechałem taksówką, a w parę minut po mnie, tuż przed przyjazdem pociągu przybiegł zziajany Edek, którego na dworzec podrzucił udający się do pracy kolega. Przybieganie w ostatniej chwili przed przyjazdem pociągu czy autobusu to jego specjalność, choć często przybywał na dworce lub przystanki już po ich odjeździe.
Wsiedliśmy do pociągu, zakupiliśmy u konduktora bilety, w tym również ich powrotne wersje i zainstalowaliśmy się w drugim wagonie po lewej stronie. Pociąg ruszył na północny wschód mijając budzące się ze snu górnośląskie wsie i miasteczka. Po nieco dłuższym postoju w Katowicach skręcił na wschód i jakby przyspieszył, choć być może było to jedynie nasze subiektywne wrażenie. Tuż za Mysłowicami minął most na Przemszy. Muzyka wirujących w takt toczącego się pociągu przęseł oznajmiła nam, że opuściliśmy Śląsk i wjechaliśmy do Małopolski. Pokonaliśmy Rów Krzeszowicki i po ponad trzech godzinach od opuszczenia Wodzisławia pojawiliśmy się na obrzeżach starej stolicy Polski. Widok Kopca Dmowskiego na wzgórzach Lasku Wolskiego zawsze był dla mnie sygnałem do rozpoczęcia procesu rozprostowywania kości, zdejmowania bagażu i przygotowywania się do wyjścia. Mydlniki jedne, drugie, Płaszów…. i wreszcie wtoczyliśmy się się na peron krakowskiego dworca.
Nowy dworzec, nowe rozwiązania architektoniczne, galeria sklepów i punktów usługowych…. Trudno się w tym połapać. Gdzie podziały się te czasy, kiedy po wyjściu ze starego budynku, który pamiętał jeszcze czasy kajzera prastarej naddunajskiej monarchii Franciszka Józefa, stawało się twarzą w twarz z umieszczonym na dachu budynku przy ulicy Pawiej neonem „Koleje radzieckie”. Jedno się nie zmieniło. Żeby się dostać z dworca w okolice Rynku trzeba się najpierw zanurzyć. Daliśmy więc nura w podziemne przejście i po chwili wynurzyliśmy się ponownie na powierzchni ziemi na Plantach, po drugiej stronie skrzyżowania, tuż obok monumentalnego, Teatru Mickiewicza, który minęliśmy z lewej strony.
Po chwili, że użyję takiej przenośni, trzech muszkieterów z małego górnośląskiego miasteczka położonego obok czeskiej granicy, weszło przy Bramie Floriańskiej na Królewski Trakt, a następnie obok Kościoła Mariackiego na Rynek. Ileż tam było ludzi! Wielobarwny tłum kłębił się przemieszczając ię w różnych kierunkach. Ludzie różnych ras, narodowości i typów antropologicznych rozmawiali ze sobą w językach, z których tylko część mogłem zidentyfikować. Takich tłumów w Wodzisławiu, a nawet w Ostrawie czy Katowicach się nie spotyka.
Podeszliśmy pod pomnik Juliusza Słowackiego, który jest głównym punktem Rynku. Przechodząc obok krakowskich kwiaciarek spłoszyliśmy stado gołębi. Pomnik Słowackiego! Ileż można by o nim opowiadać! W czasie drugiej wojny światowej został przez okupantów zburzony, a mimo to kwiaciarki w dzień imienin wieszcza składały kwiaty w miejscu usuniętego cokołu. Pod „Julciem” umawiali się ludzie robiący interesy i zakochani….. Przeszliśmy przez Sukiennice. Usiedliśmy w ogródku piwnym w pobliżu wylotu Ulicy Wiślnej, tuż obok Wieży Ratuszowej. Piwo drogie jak cholera, w górnośląskiej przykopalnianej mordowni za cenę jednego takiego mógłbyś kupić pięć. W końcu jednak jesteśmy na Rynku w Grodzie Kraka a nie w Marcelince pod Emma Grubą w Radlinie czy w mordowni U Reginy koło targu w Wodzisławiu.
O pełnej godzinie z wieży ratuszowej rozległ się dźwięk hejnału. Edek spojrzał zdziwiony na zegarek, a potem do góry na szczyt wieży. Uspokoiłem go:
- Przyzwyczajony jesteś do słuchania hejnału w południe, kiedy transmituje się go przez radio na całą Polskę. W rzeczywistości hejnał grany jest co godzinę, nawet w nocy. Spojrzeliśmy w górę. Hejnalista wystawiał z okienek Wieży Ratuszowej trąbkę na wszystkie strony świata i zgodnie z tradycją przerwał grę nagle, w ułamku sekundy, niczym trafiony tatarską strzałą.
Dalsza nasza droga biegła przez zabudowania Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na krótką chwilę weszliśmy na dziedziniec historycznego Collegium Maius, podziwiając zabytkowe krużganki. Stamtąd skierowaliśmy się ulicami Józefa Piłsudskiego i Marszałka Petaina pod stadion Cracovii. Nowoczesna sylwetka stadionu nie przypominała obiektu jaki utkwił mi w pamięci z tych starych czasów, kiedy jeszcze Odra Wodzisław grała w ekstraklasie. Odruchowo szukałem jakiś architektonicznych szczegółów które przypomniałyby mi te stare dni. Trudno było je jednak znaleźć, bo nie tylko bryła stadionu była zupełnie nowa, a i jej otoczenie całkowicie się zmieniło. Długo błądziłem wzrokiem aż wreszcie znalazłem ten szczegół, który mówiąc metaforycznie wiązał stare i nowe czasy. Obok obok stadionu, wtopiony w kępę przydrożnych drzew stał niewysoki, drewniany barak. Podeszliśmy bliżej. Wzruszyłem się, bo w jednej chwili powróciły do mnie wspomnienia sprzed kilkunastu lat.
- Whisky Bar!!!! – wyrwało mi się mimowolnie.
Arek i Edek spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.
- Tu zostawiłem wiele wspomnień, tu przechyliłem mnóstwo kufli. To stara knajpa związana z klubem Cracovia. Musicie koniecznie wypić ze mną kilka browarów w tym antycznym miejscu. Wchodźmy!
Budynek, a właściwie drewniana szopa, dawno nie był remontowany. Otwierające się na oścież, jak w westernowych saloonach dwustronne drzwi lekko skrzypnęły... Znać było, że zawiasy dawno nie były smarowane. Weszliśmy do środka, do małej izdebki w której panował półmrok delikatnie łagodzony nikłym blaskiem wiszącej u sufitu lampy. Do twarzy przykleiła mi się pajęczyna, którą otarłem dłonią. Za ladą, na tle gruboszklistych kufli i butelek różnorakich alkoholi stał posiwiały barman, który wycierał kieliszki. Odłożył ścierkę i utkwił wzrok we mnie. Również spojrzałem na niego z uwagą. Powróciły wspomnienia ze starych dni, kiedy to rzadko odpuszczałem mecze Cracovii, o noworocznych treningach nie wspominając.
Kelner przyglądał mi się z uwagą i niedowierzaniem. Wreszcie wykrztusił z siebie kilka słów:
- Geoś? Geopijatyk? Odra Wodzisław????
Uśmiechnąłem się i lekko skinąłem głową.
- We własnej osobie, a to są moi przyjaciele z Wodzia: Arek i Edek.
- Gdzieś ty się chłopie podziewał? Nie widziałem cię kilkanaście lat.
- Odra spadła z ekstraklasy, założyłem rodzinę, spetryfikowałem się mówiąc krótko. Przestałem więc jeździć na mecze do Krakowa. A co u ciebie?
- Jak widzisz nadal kelneruję w Whisky Barze jak za dawnych czasów. Jak wybudowali nowy stadion, to chcieli mi go zamknąć i zrównać z ziemią. Podjechał nawet buldożer, ale grupa zagorzałych kibiców, powołując się na tradycję, zabarykadowała się w środku. Siedzieli tu trzy dni, spali na materacach, jedli konserwy i popijając piwem i w końcu zdecydowali się zrobić wyjątek od wcześniejszych architektonicznych ustaleń i knajpę zostawić. Interes jednak słabo się kręci. Nowi kibice imprezują po meczu w lokalu w koronie stadionu, a tu zagląda jedynie stara gwardia. Na przykład w zeszłym tygodniu byli tu Kowal z Przegorzał, Knur, Zubereg, Ro-Man i Karwin. Pytali się nawet o Ciebie, ale nie byłem w stanie udzielić im żadnej informacji.
[Ciąg dalszy nastąpi.]



Za treść postów mojego męża nie odpowiadam.

Barbara M.M.

Geopijatyk-Fan Oderki
Liczba postów:703 Reputacja: 318
19-11-2018, 21:16 #986
Druga część opowiadania - zagadki. Należy znaleźć błędy merytoryczne, tak jak w opowiadaniu w poprzednim poście.

Dopiliśmy trzecie piwo, pożegnaliśmy barmana i skierowaliśmy się do wyjścia. Wychodząc z Whisky Baru Arek spojrzał na szeroką łąkę rozciągająca się po drugiej stronie ulicy i wzrok zatrzymał na stalowej konstrukcji wystającej ponad linię drzew, w odległości jakiegoś kilometra w kierunku północno-zachodnim:
- A to co?
- To tamto? – zapytałem chcąc się upewnić o jaki konkretnie szczegół architektoniczny krajobrazu koledze chodzi.
- Tak, tamto to. Ooooo! Taaaaam!
- A… tam…. Tamto! – pokazałem palcem.
Arek zrobił lewą dłonią daszek nad oczami, chcąc ochronić wzrok przed promieniami Słońca, a wskazującym palcem prawej dłoni wiercił dziurę w powietrzu:
- Tam, tamto! No to tam, o tam!
- A tam….. Jakby wam to powiedzieć……
Trudno jest mówić o takich rzeczach. Od czego by tu zacząć? Po chwili konsternacji zacząłem tłumaczyć:
- To jest Wawel. Nie, nie zamek królów polskich, tylko klub. Wawel Kraków, odwieczny rywal Cracovii. Od tej nazwy wzięła się ich piosenka używana jako hymn: „Jak długi na Wawelu Zygmunta leży koń”. Lepiej jednak tam nie patrzeć. Może by tak coś zjeść? W pobliżu jest tani bar gdzie jadałem jeszcze za swoich studenckich czasów.
Uciąłem rozmowę na temat stadionu znajdującego się po drugiej stronie łąki i zrobiłem wszystko, by oderwać od niego wzrok kolegów. Ulicą Syrokomli podążyliśmy do Flisaka, gdzie zjedliśmy obiad. Po obiedzie wpadliśmy do Smily Baru, gdzie na spokojnie wypiliśmy po dwa piwa. Następnie w Jubilacie zaopatrzyliśmy się w dwa sześciopaki na drogę i kilka bułek na zagrychę.
Zostało jeszcze trochę czasu, ale już nie chciało się nam chodzić po mieście. Zmęczeni całodniowym spacerem usiedliśmy na ławce przy biegnącej wzdłuż Wisły promenadzie. Rzeka wolno toczyła swoje wody, lekko marszcząc się w łagodnych powiewach wieczornego wietrzyka. Do odjazdu pociągu pozostawały dwie godziny, a powrotne bilety mieliśmy w kieszeniach. Nie było więc potrzeby się śpieszyć. Skupiliśmy się na konsumpcji zimnego, puszkowego Lecha. Trzy przytłumione dźwięki otwieranych puszek rozległy się kolejno, a z ich wnętrza wydobyły się blade dymki, którym towarzyszył syk przemieszczających się ku górze bąbelków. Patrzyliśmy milcząco na rzekę i rozmazane w zapadającym mroku południowe dzielnice Krakowa.
Nagle stało się coś tak dziwnego, że omal nie podskoczyliśmy na ławce ze zdumienia. Kępa nadrzecznych wiklin zatrzęsła się i wyskoczyło z niej pół tuzina postaci uzbrojonych w góralskie ciupagi. Krzyczeli w niebogłosy: Cracovia, Cracovia, Cracovia! Po kilku minutach zatrzęsła się druga kępa, z której wypełzło sześciu, również uzbrojonych w ciupagi, dryblasów. Ci zaś wymachując nimi we wszystkich kierunkach zaczęli skandować: Wawel, Wawel, Wawel! Początkowo obie grupy przyglądały się sobie w bezruchu. Po chwili zaczęły się do siebie zbliżać. A gdy już były całkiem blisko siebie, rozmazane w mroku zapadającego wieczoru postacie zaczęły okrążać się jak w zbójnickim tańcu.
- Scena jak z drzeworytu Władysława Skoczylasa, mruknął pod nosem Edek.
- To gdzie my w końcu jesteśmy, w Krakowie czy w Zakopanem na festiwalu ziem górskich, dodał ironicznie Arek.
- Nie gadajcie tylko patrzcie. Jesteście świadkami słynnego i rzadkiego wydarzenia. Drugi raz w życiu możecie czegoś takiego nie zobaczyć. Później wyjaśnię wam o co chodzi.
Wzajemne krążenie wokół siebie i skradanie się skończyły się jednak szybko i obie strony przystąpiły do frontalnego ataku. Dziki wrzask zmieszał się z łoskotem uderzających o siebie ciupag. W bezładnym kłębowisku trudno było rozpoznać kto do której grupy należy.
Zażarta walka trwała już dziesięć minut, gdy nagle zza drzew wyłonił się trzyosobowy patrol policji….
Tempo walki osłabło, dźwięk uderzanych o siebie ciupag ucichł, a wkrótce potem dwunastu ludzi stanęło nieruchomo. Jak wryci w ziemię wpatrywali się w zbliżających się mundurowych:
- Policja, psia ich mać! Co ich tu przywiało o tej porze!
Wiejemy!
Zmagający się ze sobą herosi dali bezładnie nura w krzaki. Ale patrol zmienił kierunek swojej drogi i wspiął się po schodach w stronę Wawelskiego Wzgórza. Wkrótce ostatni policjant zniknął w cieniu drzew. Trudno powiedzieć czy policjanci w ogóle nie zauważyli walki, czy też zmiana ich drogi była celowym manewrem wywołanym tym, że nie chcieli interweniować i po prostu udawali, że niczego nie widzą.
- Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Co to było? – zapytał Arek.
Uśmiechnąłem się lekko do siebie. Dobrze bowiem wiedziałem „co to było”.
Podeszliśmy do miejsca, które kilka minut temu było areną zmagań. Na ziemi leżały kawałki ciupag, między którymi dało się zauważyć dwa odcięte palce. Podniosłem coś czego w mroku nie mogłem dokładniej rozpoznać. Kiedy jednak zdałem sobie sprawę z tego, że jest to ludzka dłoń na której jakimś cudem trzymał się jeszcze zegarek, rzuciłem ją na ziemię i szybko wytarłem o trawę zabrudzone krwią ręce.
- To było moi drodzy coś, co przeszło do legendy. Może któryś z was o tym czytał lub słyszał?
- Czyżbyśmy byli świadkami…? Zapytał nieśmiało Edek.
- Czyżby to była słynna….? Usiłował dokończyć pytanie Edka Arek, ale również jemu nie przeszły przez gardło trzy krótkie słowa.
Postanowiłem więc ich wyręczyć:
- Tak moi drodzy, byliście świadkiem słynnej ustawki po krakowsku.
- Ustawka po krakowsku! Czyli walki krakowskich kibiców ciupagami. - Powiedział Edek. - Dużo o tym czytałem i zawsze chciałem zobaczyć coś takiego na własne oczy.
- No i zobaczyłeś.
- Czy wiesz może jakim cudem w Krakowie przyjął się zwyczaj walki kibiców sprzętem kojarzonym zazwyczaj z góralskim folklorem? - zapytał Arek.
Musiałem zrobić krótki wykład, żeby wyjaśnić kolegom najważniejsze kwestie:
- Fenomen ustawki po krakowsku był przedmiotem badań historyków, socjologów i kulturoznawców. Nie wdając się w szczegóły, w wielkim skrócie jej historia przebiegała mniej więcej tak:
Kraków leży na północnym skraju Karpat. Do podnóża Tatr jest stąd jedynie 90 kilometrów. Stąd też nie powinno dziwić, że kontakty kulturalne i handlowe Krakusów i Górali sięgają wielu stuleci wstecz. Ilustracją tego faktu może być chociażby tytuł wodewilu z końca XVIII wieku „Krakowiacy i górale”. Górale przywozili na krakowskie jarmarki typowe produkty swoich okolic, głównie sery owcze i wyroby z drewna. Wśród tych ostatnich były różne formy ciupag, zwłaszcza zabawki dla dzieci i ciupagi artystyczne. Tak więc mieszkańcowi Krakowa ciupaga nie jest obca. Nie było jednak w Krakowie ciupag bojowych.
Sytuacja w tej dziedzinie zmieniła się ćwierć wieku temu. Podczas wyjazdowego meczu w hokeju na lodzie w Nowym Targu, kibice „jednego z krakowskich klubów” (do dziś historycy kłócą się którego, a ich opinie nie są zbieżne), starli się na tamtejszym dworcu kolejowym z kibicami Podhala. Wyposażenie bojowe krakowskich kibiców było standardowe: kije, sztachety, sprzęt do hokeja, golfa i baseballa. Kibice „Szarotek”
zastosowali swoją własną Wunderwaffe – góralskie ciupagi. Część z nich miała zaostrzone końcówki, niektóre były nawet okute metalem. Starcie zakończyło się zdecydowanym zwycięstwem kibiców znad Dunajca. Krakowianie zostali rozniesieni. Niektórzy salwowali się ucieczką do miejscowego parku, inni zdążyli wskoczyć do pociągu relacji Zakopane – Kraków, który właśnie zatrzymał się na peronie dworca. Reszta włóczyła się po mieście biorąc udział w pomniejszych starciach, które przeciągały się do świtu.
Nietrudno odgadnąć, że po tym wydarzeniu w Krakowie gwałtownie wzrosło zainteresowanie ciupagą jako narzędziem walki. Zalety bojowe ciupagi stały się standardowym tematem zarówno rozmów prostych ludzi przy piwie, jak i fachowych opracowań ekspertów w dziedzinie sztuk obronnych. Rozwinęły się nawet szkoły walki ciupagami. Najważniejsze z nich, nazwane od nazw dzielnic Krakowa w których powstały, to szkoły: bronowicka, dębnicka, tyniecka i kobierzyńska. Każda szkoła kładła nacisk na inny element walki i nieco różniła się stylem od pozostałych. Tak na przykład walczący stylem bronowickim wykonywali ruchy powolne, przemyślane, walka zaś przypominała ludowy taniec weselny. Z kolei szkoła kobierzyńska kładła nacisk na siłę. Uderzenia walczących techniką kobierzyńską były gwałtowne, nieprzemyślane, mało finezyjne, za to niezwykle mocne i skuteczne.
Może już dość tego historycznego wykładu. Zapamiętajcie przynajmniej tyle: ustawka po krakowsku, to walka ludzi uzbrojonych w ciupagi. I nie zapomnijcie o tym niezwykłym wydarzeniu, którego byliście świadkami.
Skończyłem wykład i dopiłem piwo. Czas nieubłaganie leciał. Mrok okrył Wawelskie Wzgórze i rzekę. Pora wracać do domu.
Przeszliśmy obok ziejącego ogniem smoka i na przystanku tramwajowym koło Mostu Grunwaldzkiego wskoczyliśmy do „czternastki”, która zawiozła nas pod sam dworzec. Podziemnym przejściem dostaliśmy się na peron. Pociąg do Wodzisławia już stał, choć do odjazdu pozostał jeszcze dobry kwadrans. Weszliśmy do wagonu. Dwa rzędy siedzeń ustawione były jak w stambulskim barze: jedne siedzenie za drugim, z tym, że po lewej stronie siedzenia skierowane były do przodu, po prawej do tyłu. Edek zaproponował, by usiąść przodem do kierunku jazdy. Zaoponowałem:
- Wyjedźmy stąd tak jak wjechaliśmy, niech nas Górny Śląsk wciągnie tyłem. Proponuję więc usiąść pośladkami do kierunku jazdy.
Przekonałem kolegów, że trzeba zapamiętać światła opuszczanego Krakowa i patrzeć jak miasto niknie w oddali. Pociąg ruszył: Płaszów, Mydlniki jedne, drugie, …. most na Przemszy, Katowice. Tuż przed północą wjechaliśmy na peron dworca w Wodzisławiu.



Za treść postów mojego męża nie odpowiadam.

Barbara M.M.

Islander
Liczba postów:766 Reputacja: 293
04-12-2018, 01:18 #987
Geoś, super wypad. Niezły spontan. Koniecznie musimy się spotkać w Whisky Barze przy następnej wizycie, bo jak mniemam pewnie Edek i Arek będą chcieli koniecznie powtórzyć melanż. Może derby z Wawelem? Pozdrów chłopaków.



Geopijatyk-Fan Oderki
Liczba postów:703 Reputacja: 318
09-12-2018, 23:37 #988
Thx. Postaram się na wiosnę wyskoczyć do Grodu Kraka na jakiś mecz. Wysłuchać hejnału z Wieży Ratuszowej, odwiedzić Whisky Bar, może kopalnię cynq i ołowiu we Wieliczce, oskalpować jakiegoś Waweloka. Może koledzy dadzą się namówić. Islander czy my się znamy? Wybacz, ale ja nie kojarzę twarzy z nickami. Pozdro z Gliwic.

A teraz zagadka. Są kraje które nie mają dostępu do morza (Czechy, Mongolia, Paragwaj etc.). Jednak z każdego z nich, oprócz dwóch, możesz się dostać do morza (części Wszechoceanu) przekraczając tylko jedną granicę. Np. z Czech granicę czesko-polską lub czesko-niemiecką. Jedynie z dwóch krajów, żeby się dostać do morza musisz przekroczyć co najmniej dwie granice. Jakie to kraje?
Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-12-2018, 23:38 przez Geopijatyk-Fan Oderki.



Za treść postów mojego męża nie odpowiadam.

Barbara M.M.

Hrabia
Liczba postów:1,312 Reputacja: 470
10-12-2018, 00:10 #989
Uzbekistan, a drugi nie wiem jaki Smile Jeśli nikt nie odpowie, to napisz, bo jestem ciekawy Smile
Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-12-2018, 00:25 przez Hrabia.



Better dead than red.
Han pasado!

Geopijatyk-Fan Oderki
Liczba postów:703 Reputacja: 318
10-12-2018, 01:44 #990
Taki kraik między Austrią i Szwajcarią.



Za treść postów mojego męża nie odpowiadam.

Barbara M.M.

Hrabia
Liczba postów:1,312 Reputacja: 470
10-12-2018, 09:07 #991
Liechtenstein Smile



Better dead than red.
Han pasado!

KruszynaKSC
Liczba postów:8,560 Reputacja: 9,078
14-12-2018, 19:01 #992
[Obrazek: 0_1_92761_Zagadka_dla_chamow_przez_WhiteLady.jpg]



"Kocham, kocham tylko Ją!!!
Zawsze, zawsze będę z Nią!!!
Nawet, nawet w chwili zlej!!!
Nigdy, nie opuszczę Jej!!!"

Geopijatyk-Fan Oderki
Liczba postów:703 Reputacja: 318
21-03-2019, 11:14 #993
Zagadka historyczna:

Czym się różni język huński od huńskiej mowy? Wskazówka: Wbijcie sobie oba te hasła do polskiej Wikipedii.



Za treść postów mojego męża nie odpowiadam.

Barbara M.M.

Hrabia
Liczba postów:1,312 Reputacja: 470
21-03-2019, 16:18 #994
Sam podałeś odpowiedź, bo obydwa hasła są dokładnie opisane w wikipedii Smile Aczkolwiek już wcześniej wiedziałem o tych kwestiach, bo interesuję się Hunami, a "mowa huńska" cesarza Wilhelma II w kontekście tłumienia powstania "bokserów" też nie jest mi obca Smile



Better dead than red.
Han pasado!

the Painter
Liczba postów:883 Reputacja: 3,151
15-04-2019, 21:48 #995
Co ma wspólnego rzeka i poczet królów Polski?

Nie. Nie można prosić o powtórzenie pytania. Czas start.

Odpowiedź prawidłowa brzmi:
Na gtsie też co drugi biega w koronie i większość po 60.


ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY

the Painter
Liczba postów:883 Reputacja: 3,151
21-04-2019, 16:33 #996
[Obrazek: 22317a6e31908d8ba7a6867997b83779.jpg]
[Obrazek: f759170351f39996334ba7c156232f86.jpg]
[Obrazek: b2ed8c7ce6602d5f20afcab53f7567d8.jpg]

Ha! Któż nie pamięta, zażartej rywalizacji z Okocimskim o awans do II Ligi. Wyjazdu w Wielką Sobotę i tych wszystkich atrakcji, jakich dostarczył kibicom Pasów ten zaścianek pod Bochnią. To po tym meczu zaczęto mówić o CRACOVIA TERROR. W tamtych czasach o alkaidzie nie śniło się nawet analitykom CIA. Słowo terrorysta, kojarzono z Bader-Meinhoff Brigade, albo z Irlandzką Armią Republikańską. Z Baskami. I z Nami.
Pamiętamy to wszystko. Ale czy jest ktoś kto pamięta jak nazywał się funkcjonariusz prewencji odpowiedzialny za zabezpieczenie tamtego meczu?
Dla ułatwienia dodam, że straszny burak. Wyraźnie był podenerwowany wtedy w Brzesku, że przez Nas sobie nie zjadł, święconego jajczka.
Ach te psy. Tylko jaja im w głowie.

ŚWIEŻO MALOWANE



URODZONY BIAŁO-CZERWONY
WYCHOWANY NA CRACOVIA PANY






Skocz do: